A co zrobimy ze zewangelizowanymi?
fot. mon aung / UNSPLASH.COM

A co zrobimy ze zewangelizowanymi?

Miałem właśnie zasiąść do myślenia nad kolejnym felietonem, gdy jeden z moich znajomych zamieścił w Internecie taki post: „Hmmm... «Mam nadzieję, że Polska jest wzorcem nowej ewangelizacji dla Europy» (George Weigel)”. Tym samym rozstrzygnął mój dylemat. Właściwie chętnie bym podzielił nadzieję Weigla. Ale ponieważ jestem marudą wychowaną na śląskiej prowincji, to Weigelowska deklaracja nie wzbudziła we mnie entuzjazmu. Może ktoś, kto spogląda na nas z zewnątrz, ma przesłanki ku temu, by żywić taką nadzieję. Mnie jednak od dłuższego czasu prześladuje pewna obawa. Może to tylko prowincjonalne lęki dają znać o sobie? Oby. Zatem, licząc skrycie na autoterapeutyczne skutki pisania, zamierzam się z czytelnikami podzielić moją obawą.

Obawa dotyczy treści i kształtu imprez, z którymi nowa ewangelizacja kojarzy się o tyle słusznie, że często noszą oficjalny szyld organizacyjny biur ds. nowej ewangelizacji, koordynatorów ds. nowej ewangelizacji czy wreszcie wspólnot nowej ewangelizacji. Bardziej może niż o same eventy chodzi mi o pewien stereotyp, który w polskim Kościele jeśli jeszcze się wszędzie nie zadomowił, to z wolna powstaje: nowa ewangelizacja to w istocie akcje związane z (re)ewangelizacją kerygmatyczną, mocno zaprawione „stylem charyzmatycznym” (cokolwiek to znaczy). Wiadomo, jak to jest ze stereotypami: nie oddają całej prawdy, upraszczają boleśnie i ostatecznie szkodliwie, jednak nierzadko ujmują jakiś fragment rzeczywistości.

Zostało Ci jeszcze 66% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się