A jeśli Boga nie ma…

A jeśli Boga nie ma…

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni, scen. i reż. Cristian Mungiu, wyst. Anamaria Marinca, Laura Vasiliu, Vlad Ivanov, Rumunia 2007

…to zaryzykujmy stwierdzenie z Augustyna, że przebywamy w krainie niepodobieństwa, albo powtórzmy za Mertonem, że pijemy wodę z „innej rzeki”, wykopaliśmy sobie przeciekające cysterny, nie chcemy Wody Żywej, znieczuliliśmy się na jej smak. Wygląd twarzy chropowaty i kościsty jak u Boscha, innym razem syty i ziemniaczany jak u Brueghla. Zagrzebani w sobie bardzo głęboko, w naszych izolowanych od rzeczywistości myślach, okopani na z góry upatrzonych strategicznych pozycjach. Takie piłkarskie „tu będziemy grali”, nigdzie dalej. Mogą nam zostać sny, raz obojętne, raz inne, szczególne i prorocze, potrafią przywrócić to, co z nas wycięte, o czym nie można zapomnieć. I cyfry: cztery miesiące, trzy tygodnie i jeszcze dwa dni. To tytuł filmu, ale w tym wypadku i wiek małego dziecka, niemego bohatera. Mogą być też inne cyfry, jak na przykład taka: 50 milionów – roczna liczba aborcji, powtarzam za Światową Organizacją Zdrowia, do której dodajmy tyle samo kobiet, pewnie ich partnerów, lekarzy, personelu medycznego, potem pomnóżmy, zsumujmy, liczmy. Kraina niepodobieństwa. Pięćdziesiąt milionów. Przebiegnijmy przez ostatnie lata i zobaczmy, ile to daje w sumie. Bez zbędnego moralizowania, ale poetyckie sformułowanie Jana Pawła o „cywilizacji śmierci”, to jednak rzeczywistość konkretna i twarda. Cierpiąca rana ludzkości.

Film traktuje o Rumunii lat 80., doskonałym odcieniu szarości krajobrazu, dobrze znanym także zza naszych okien tamtego czasu. Poświęcony jest aborcji, dokonywanej w hotelowym pokoju. Opowiada historię dwóch młodych dziewczyn decydujących się na ten dramatyczny krok. Jest też o cierpieniu i samotności. Duchowej pustce, którą pod skórą noszą wszyscy bohaterowie filmu. Znamienna scena imieninowego przyjęcia, rwane rozmowy, toast, kurtuazyjne wymiany zdań i w środku ekranu jedna z bohaterek, bezradna, bez wiary, że noszony dramat obchodzi kogokolwiek. Za chwilę będzie rozmawiać ze swoim chłopakiem i płakać, bo on nic nie zrozumie, gdy usłyszy pytanie o ich przyszłość. Coś wymyśli, na razie jest przecież dobrze. Słyszę w tej scenie echo zdania przeczytanego u Matki Teresy: „Samotność i uczucie, że się jest niechcianym – to najgorszy rodzaj biedy”.

Jest więc to opowieść o krzywdzie, ale doznanej przez naród, któremu narzucono błogostan, chowając jednocześnie kręgosłup moralny. W jednym z wywiadów reżyser mówił – „Jaką największą krzywdę wyrządził nam komunizm? W pewnym momencie zrozumiałem, że dla mojego pokolenia komunizm ma charakter mentalny. Wzrośliśmy w ramach pewnego sposobu myślenia. (…) Byliśmy tak skupieni na walce z upodleniem, że dotknęła nas ślepota, nie rozumieliśmy głębszego wymiaru naszych działań. (…) Skutki owej postawy będą jeszcze długo dawały o sobie znać, dlatego uważam, że należy stawiać pytania o kwestie moralne. Nie można nazywać siebie narodem religijnym i jednocześnie mieć pół miliona aborcji rocznie”. To wielki temat, los człowieka uwikłany w okrucieństwo historii, schwytany w jej miażdżące mechanizmy, upodlony i unicestwiony, choć przecież historia nie jest w tym filmie nieuchwytnym i niedefiniowalnym abstraktem. To konkret, relacja człowieka do człowieka: hotelowe recepcjonistki czy pseudolekarz pan Bebe. Reporterski styl opowiadania przypomina momentami Krzysztofa Kieślowskiego. Raz wyławia wyraziste szczegóły, na przykład wnętrze walizki z „przyborami medycznym” do usuwania ciąży, innym razem jakiś aspekt dnia powszedniego początku gospodarczych przemian Anno Domini 1987, jak sklep w jednym z pokoi w akademiku, gdzie zaopatrzyć się można w zachodnie kosmetyki. I w końcu pokazuje sytuację na granicy prawniczego kazusu, która zostaje podniesiona do granicy ogólnoludzkiej metafory. Nie próbuje usprawiedliwiać zachowań słowem wytrychem – „systemem”, ale wskazuje na konkretnych ludzi, którzy zadają ból i śmierć innym równie konkretnym ludziom. Odważne oko kamery, które każe nam w milczeniu popatrzeć w oczy nienarodzonemu zawiniętemu w brudny ręcznik na podłodze łazienki. Tak, Cristian Mungiu nie idzie drogą preparowanej fikcji. Opowiada ze środka dramatu, tak jak zapamiętał, ze swojej młodości czasów Ceausescu. Stara się pomóc swoim widzom zrozumieć to, co się wydarzyło. I trzeba przyznać, że ta wizja zimnego świata ludzi samotnych, odrzucających uczucia innych, jest zarówno mocno eschatologiczna, bo silnie splata życie ze śmiercią, jak i poważna w żałobnej nucie cierpienia bohaterów.

Gdy po projekcji przyjdą nam na myśl sformułowania o zracjonalizowaniu zachowań, w imię bólu, krzywdy, społecznej ochrony, prawa do normalnego życia, to może wtedy właśnie ucieknie nam perspektywa, którą przywoływał Benedykt XVI podczas zeszłorocznej wizyty w byłym obozie Auschwitz-Birkenau, że „wtedy gdy liczy się tylko zysk wymierny, jedno życie staje się niewarte życia i jest niepotrzebnym elementem historii”. Ta perspektywa kierowałaby nas w stronę szerszej konkluzji – ogromnego dystansu, jaki ma do pokonania człowiek współczesny, gdy chce przywrócić sens swojej egzystencji. Konieczne wówczas jest żmudne poszukiwanie drugiego dna rzeczywistości. Pytanie o to, na czym opiera się moje ja. Ćwiczenia świadomości, że wszystko czego dotykamy i co widzimy, przestanie kiedyś istnieć. Krzesło, na którym siedzę, komputer, biurko, dom, miasto, kosmos. Gdy pytania filozoficzne zmienią się w religijne, może zaczniemy korespondować z ewangelicznym pojęciem „zjednoczenia z Chrystusem”, tak jak je nam zostawił: „wytrwajcie we Mnie, a Ja w was trwał będę”. I to już nie będzie metafora, ale słowa o wyzwoleniu od tego, co przemija, co zasłania obraz Boga, w końcu słowa o Jego miłości. Tej, która nie chce zatracenia, ale chce ocalenia każdego i z każdej sytuacji. Dominikanie odwołają się w tym miejscu do krzyku Ojca Założyciela o tym, co stanie się z grzesznikami, który szturmował Boże Miłosierdzie za tych i dla tych, którzy dali sobie zapuścić kotwice zła w sumienia i ześlizgują się niepostrzeżenie w obłędne zło, za którym nie stoi już żadna racja.

Ratunkiem jest odwaga chrześcijaństwa i jego metody prewencyjne. System nawracania i upartego powtarzania, że nic nie jest zdeterminowane, życie może być uzdrowione, że jest sens w wychodzeniu ze stęchlizny własnego ja. To zmaganie jest nieustanne, bo wciąż atakowane są nasze pragnienia i stawiani jesteśmy w sytuacjach granicznych, w których częściej okazujemy się intelektualnymi prostakami niż pobożnymi zwycięzcami. W którymś momencie musimy rozstać się z „człowiekiem bez właściwości” odchowanym na słowniku pojęć, w którym nie ma mowy o Zmartwychwstałym, grzechu i łasce. Z tym, przy którym nie wolno mówić pewnych słów i zwrotów, takich jak „Pan Bóg”, „sumienie” i „naród”, bo wtedy tupie nogami i zatyka uszy, jak pisał Herbert. Inaczej zostaniemy uwięzieni w małym świecie bez możliwości wyjścia, jak bohaterki za szybą w hotelowej restauracji – akwariowe złote rybki na oknie w akademiku, pokazane na początku filmu.

A jeśli Boga nie ma…
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...