Adieu, Paris…
fot. cristian newman / UNSPLASH.COM

Adieu, Paris…

Listopadowy wieczór. Od dwóch miesięcy mieszkam w Paryżu i teraz na bulwarze Saint-Michel czekam na autobus. – Bon soir, Paul – słyszę nagle. Jean-Pierre, jeden z moich francuskich współbraci, stanął obok. Znałem go tylko z widzenia. Mieszkał w Rouen, ale do Paryża przyjeżdżał regularnie – był tu dyrektorem prowadzonej przez dominikanów galerii sztuki. Nie spodziewałem się, że zna moje imię. Po przywitaniu uśmiechnął się do mnie i powiedział: Kilka milionów ludzi na świecie marzy teraz o tym, żeby się znaleźć w tym mieście, a my tu jesteśmy! Czytał w moich myślach, bo przecież chodziłem po paryskich ulicach z lekkim zawrotem głowy, urzeczony i szczęśliwy. Jeszcze przede mną była seria zamachów bombowych w metrze i trzytygodniowy strajk miejskiego transportu, które chwycą za gardło to miasto. Bo Paryż to nie tylko kafejki, muzea, teatry i sklepy, lecz także uśpiona bestia, która czeka na zew rewolucji.

Dlaczego tak się dzieje? – pytałem siebie po raz kolejny, kiedy pod koniec minionego roku oglądałem w mediach obrazy zniszczonych Champs-Élysées. Oczywiście można wskazywać na ekonomię, jednak jest coś jeszcze, coś bardziej podstawowego, co kryje się za agresją i przemocą społecznych protestów, które wybuchają we francuskiej stolicy. To ostry i wszechobecny podział klasowy. W ojczyźnie wielkiej rewolucji rządzi bogata burżuazja, która wysadziła z siodła arystokratów, ale skwapliwie zajęła ich miejsce i strzeże zazdrośnie swoich przywilejów. Co prawda król oddał głowę pod gilotynę i rządzi prezydent, ale czy ten ostatni nie jest współksięciem Andory, kanonikiem honorowym laterańskiej bazyliki św. Jana, a jego przybyciu do parlamentu czyż nie towarzyszą saluty i fanfary Gwardii Narodowej? Zaiste, piękna monarchiczno-republikańska tradycja. To tylko przykład, proszę się nie obawiać – nie zamierzam reformować francuskiej polityki. A jednak wielokrotnie natykałem się na ślady klasowych murów i barier, bo jako ksiądz i zakonnik miałem możliwość bywania po obu ich stronach. Taksówkarze, kiedy okazywało się, że jestem doktorantem prestiżowej uczelni, dziwili się, że chcę z nimi rozmawiać o ich pracy. – Pana to naprawdę interesuje? Przecież pan jest z innego świata – usłyszałem od jednego z nich. A kiedy indziej, dokładnie ten sam powód, czyli moja szkoła, wywołał kiepsko ukrywane zdumienie pewnej bogatej paryżanki, która chwilę wcześniej ze wzruszeniem opowiadała mi o swoim wolontariacie wśród studentów obcokrajowców. Imigranci, owszem, ale na swoim miejscu, tak jak robotnicy, rzemieślnicy, sprzątaczki, drobni sklepikarze. Oni zresztą też nie zostają dłużni i patrzą na „patronów” spode łba. Mój przyjaciel Sylwek, kucharz, który ciężką pracą dorobił się własnego bistro w Paryżu, przez pewien czas samochodem jeździł tylko po zaopatrzenie, a po mieście drałował na piechotę, bo wszystkie pieniądze wkładał w utrzymanie firmy, żony i dwójki dzieci. Miesiącami mieszkał w pokoiku nad barem, mimo to dla swoich pracowników był wyzyskiwaczem i burżujem. Nie fakty się liczyły, ale przynależność klasowa.

Zostało Ci jeszcze 35% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się