Ajsza-Bibi

Muzułmański kustosz mogiły świętej spotkał katolików, którzy go rozumieją! – Dobrze, że macie to święto. To święto pamięci. Człowiek, który nie pamięta, nie ma korzeni. Dziś w meczecie tego nie chcą rozumieć.

Księdza Piotra, panią Ludmiłę i sporą gromadkę taraskich Polaków pożegnaliśmy przed naszym hotelem. Oddano nas w pewne ręce pana Wiktora, ten zaś obiecał pokazać nam dwa największe w Tarazie i jego okolicy pomniki architektury średniowiecznej. Znów wyruszamy w drogę.

Śladów historycznego Tarazu po burzycielu Dżyngis–chanie, a także po latach sowieckiej unifikacji historii, dziś prawie nie widać. Kazachowie jednak szukają, jeśli nie dosłownie swojej historii, to przynajmniej historii na swoim terytorium, takiej, którą można zaadoptować.

Czas największego rozkwitu historycznego Tarazu to okres od X do XII wieku naszej ery. Archeologowie odnaleźli w tutejszej ziemi pochodzące z tego okresu kilometry rozwidlonych ceramicznych wodociągów i przewodów kanalizacyjnych, odkryli resztki pięknej architektury miasta, fragmenty tradycyjnych dla tego regionu łaźni, chodniki i bruk ulic, wyroby artystyczne. Na tej podstawie można było odtworzyć w dużym przybliżeniu plan ówczesnego miasta. Gród Taraz obejmował teren między dzisiejszymi ulicami Mirzojana i Tole bi, Bajzaka Batyra i Taszkiencką. Cytadela taraska otoczona była warownymi murami, które rozciągały się aż do obecnego rynku. Tam archeologowie odkopali całe ściany średniowiecznych budowli, w tym dwie łaźnie z X–XII wieku. Pomieszczenia uwieńczone były kopułami, wewnątrz udekorowane arkami, figurami podtrzymującymi nisze.

Ukąszona przez węża

Do naszych dni spośród unikalnych pamiątek taraskiej architektury niewiele się zachowało. Jednakże w odległości 18 kilometrów od miasta, w aule, który dziś nosi nazwę Ajsza–Bibi, zachował się kumbez — mauzoleum młodej dziewczyny o tym samym, irańskiego pochodzenia, imieniu: Ajsza–Bibi. Trwa kumbez i żyją legendy o młodej dziewczynie spoczywającej w tym monumentalnym grobowcu. Te legendy mówią niemało o mauzoleum i o historii jego powstania. Prócz żywych świadectw ludowej pamięci — wiedzy na ten temat nie posiadamy. Najpopularniejsza z legend opowiada o miłości i oddaniu młodziutkiej piękności Ajszy, córki bardzo bogatego człowieka imieniem Ajgorza, i odważnego, dzielnego, młodego rycerza Karachana.

Podobno młodzi ludzie zobaczyli siebie jeden jedyny raz, kiedy to powracający z boju Karachan przypadkiem zanocował i został godnie ugoszczony w domu rodziców Ajszy, za dzisiejszym Taszkientem. Inna wersja legendy opowiada, że Karachan i Ajsza–Bibi spotkali się w domu rodziców dziewczyny wcale nie przypadkiem, tak właśnie miało być. To pierwsze spotkanie sprawiło, że młodzi zapałali do siebie gorącą miłością. I wtedy to Karachan dowiedział się o najeździe wrogów na jego ojczyznę. Szlachetny rycerz, kierując się poczuciem obowiązku i miłością do ojczystego kraju, natychmiast wyruszył w bój, uzyskawszy wcześniej słowo dziewczyny, że ta niebawem do niego przybędzie.

W jednej i w drugiej wersji legendy powtarza się główny motyw — szalona miłość. Siła dziewczęcych uczuć była tak wielka, że naruszając stary obyczaj i wolę rodziców, Ajsza wyruszyła w drogę do Tarazu, do domu ukochanego. Czy wypełniała dane słowo, czy tak bardzo pragnęła podzielić z nim radość jego zwycięstw i gorycz porażek w walkach z najeźdźcami, że wyruszyła w niebezpieczną w tych trudnych czasach drogę? Podobno ostatniego wieczoru przed wyprawą, jeszcze w rodzinnym domu, jej widząca przyszłość niania ze łzami w oczach przepowiedziała jej: „szczęśliwie przejdziesz sześć rzek, kiedy zaś dojdziesz do siódmej — zginiesz”.

Tak też się stało: przewędrowała sześć rzek szczęśliwie, pozostała jej do przejścia Assa, ostatnia, siódma rzeka. Na horyzoncie błyszczały już złote kopuły taraskich pałaców i meczetów. Usiadło dziewczę nad brzegiem rzeki, by odpocząć przed ostatnim etapem drogi, przed upragnionym spotkaniem z ukochanym. I wtedy to jadowity wąż wpełznął do jej weselnego saukele 1. Ukąszona przez gada dziewczyna umarła na rękach ukochanego, który powiadomiony o zdarzeniu przybył natychmiast na miejsce tragedii. Przybył na próżno, nie potrafił jej już pomóc. Ajsza umarła. Zrozpaczony, porażony cierpieniem Karachan nakazuje najpierw dokonać obrzędu zaślubin z martwą już dziewczyną — ten obrzęd podyktowany był nadzieją, że dobry Bóg pozwoli im połączyć się na wieki w innym świecie — następnie nakaże wznieść na jej mogile mauzoleum. Prosty lud niemal natychmiast zaliczy Ajsza–Bibi do grona świętych, jej zaś kumbez stanie się miejscem pielgrzymek i modlitwy. Tak jest i dziś.

Mułła

Tam właśnie, do islamskiego kumbezu, zawiózł nas w chrześcijański dzień Wszystkich Świętych pan Wiktor, Polak, katolik i gorący patriota Tarazu — jego małej Ojczyzny. Kiedy tylko tam przyjechaliśmy, zza budowli wyszedł nam na spotkanie starannie ubrany mułła. Pokornie się pokłonił.

— A salem alejcham.
Alejcham salem.
— Skąd jesteście, przybysze?
— Z Ałmaty. To teraz, bo tam mieszkamy, a w ogóle to z Polski.
— Z Polski. Słyszałem. Ktoś z mojej rodziny poległ w Polsce w czasie wielkiej wojny. Słyszałem, że Polacy wierzą w Boga. Są katolikami. Papież Jan Paweł jest Polakiem. On u nas był. U nas, w Kazachstanie. Godnie go przyjęliśmy.
— Tak, to prawda, ja już tu byłem, byłem wtedy w Astanie. I jesteśmy wierzący.
— To dobrze. Człowiek musi w Boga wierzyć i musi Bogu wierzyć.
— A wy, Ojcze, z jakiego meczetu?
— Ja nie z meczetu, ja od Ajsza–Bibi. Oni nas w meczetach nie szanują. Nazywają nas chranitielami trupow. Pogardzają nami.
— Ale lud was szanuje i kocha.
— Lud kocha pamięć o Ajsza–Bibi, tu, u jej mogiły się modli. To jest ważne. A my? Słudzy jesteśmy.
— Wiecie, że w naszej, katolickiej tradycji jest dzień Wszystkich Świętych. Czcimy w tym dniu pamięć naszych zmarłych, wszystkich zmarłych. Dzisiaj cała Polska jedzie na mogiły swoich bliskich, za nich się modli. Wszystkie polskie cmentarze płoną dziś ogniem świec i zniczy. To ogień pamięci. Tu, w Kazachstanie też są polskie cmentarze, modliliśmy się na nich wczoraj wieczorem i dziś.

Patrzyłem na jego twarz. Kiedy mówiłem, słuchał z natężoną uwagą, w jego obliczu zaś była niepojęta radość. Muzułmański kustosz mogiły świętej spotkał katolików, którzy go rozumieją! — Dobrze, że macie to święto. To święto pamięci. Człowiek, który nie pamięta, nie ma korzeni. Dziś w meczecie tego nie chcą rozumieć. Ale dlaczego mieliby rozumieć? Od ilu lat oni są w meczecie? Kiedy doń przyszli? I najstraszniejsze: po co przyszli? Dziś to się przecież opłaci.

I znów ból. Trudne te posowieckie zmiany. I nie tylko nam łatwo o postawę starszego brata z przypowieści o miłosiernym ojcu i marnotrawnym synu, choć czy to tylko ta postawa powoduje jego bolesne oceny?

Obok mauzoleum Ajsza–Bibi stoi drugi pomnik architektury tego okresu. Legenda głosi, że to mauzoleum Babadżi–Chatun, niani Ajszy, która przepowiedziała jej straszną przyszłość, a potem wyruszyła z nią w drogę, mając nadzieję, że uchroni ją od przeznaczenia. Kiedy zaś ono wypełniło się — pękło serce starej niani. Proste to mauzoleum, jego dekoracje — oszczędnie surowe. I może dzięki temu zachowało się ono w zdecydowanie lepszym stanie od kumbezu nieszczęsnej dziewczyny, przez wieki średnie zaś w tym regionie służyło za wzór dla architektury ściśle muzułmańskiej.

Karachan niewiele przeżył swoją ukochaną: ten chrobry rycerz umarł z rozpaczy. W centrum miasta Taraz znajduje się jego przebudowane w 1906 roku mauzoleum. Jest to dokładnie odtworzony pomnik architektury z XI wieku. W jego centrum znajduje się nagrobek z fragmentem Koranu: „Nie ma Boga prócz Allacha i Mohammed jest Jego prorokiem”. I znów legenda głosi, że zbudowano to mauzoleum tak, by przy ładnej pogodzie z tego miejsca można było zobaczyć odległe o blisko dwadzieścia kilometrów mauzoleum Ajsza–Bibi. Czy tak jest rzeczywiście? Zanim dojechaliśmy do mauzoleum Karachana, zaczął zapadać zmrok, nie mogliśmy więc tej części legendy zweryfikować.

Msza po polsku

Rankiem wyruszyliśmy na mszę świętą do ojca Piotra, do jedynej w obwodzie dżambulskim parafii katolickiej. Stoi sobie na kraju miasta maleńki kościółek, mniejszy niż polskie, wiejskie kościoły na ziemiach odzyskanych. Parafię przed wielu już laty założyli tu miejscowi Niemcy, w 1976 roku dotarł do nich ksiądz z Łotwy, o polskim nazwisku, Pawłowski, zapewne Ładgal, zapewne zesłaniec, który tu w ramach „sowieckiej łaski” otrzymał administracyjny nakaz osiedlenia. Od blisko czterech lat już nie żyje, zmarł w swojej rodzinnej Rydze, jego miejsce zajął młody chłopak z Polski, który mówi, że całe życie marzył o misjach.

Po lewej stronie skromnego ołtarza okolicznościowa, biało–czerwona dekoracja z portretem generała Władysława Sikorskiego w centrum. Kościół się zapełnia. Kiedyś, przez całe lata w Kościele katolickim dominowali Niemcy i Polacy. Dziś Niemców prawie nie ma — wyjechali do Vaterlandu. I Polaków ubywa, za to przychodzą Rosjanie, Koreańczycy, odnajdują swoje miejsce i siebie Litwini. Pojawili się pierwsi Kazachowie. Deo gratias! Dziś jednak msza święta będzie wyjątkowo po polsku. Owszem, w parafii jest polska msza święta, raz w tygodniu, w sobotę. W niedzielę zaś naturalnie dominuje język rosyjski. Tym razem specjalny to dzień: dzień zaduszny i w parafii polscy goście. Niespodzianka, prawie cały kościół bierze aktywny udział w polskiej liturgii.

Po mszy świętej spektakl poetycki przygotowany przez panią Joannę z tutejszymi dziećmi, poświęcony pamięci generała Sikorskiego. Język polski uczniów pani Joanny zaskakuje, ale przecież dzieci jeżdżą regularnie na wakacje do Polski, marzą o studiach w Polsce. Ta Polska dla nich, tak samo jak dla ich dziadów i rodziców, jest wymarzoną Arkadią. Na koniec Rota, która na obczyźnie zawsze głębiej chwyta za serce. Tak, tu inaczej ją się śpiewa.

Wszystko, co piękne, przechodzi, mija. Żegnamy się z Ojcem Piotrem, z panią Joanną, panią Ludmiłą, panem Wiktorem i całą gromadką parafian.

— Nie zapominajcie o nas… Przyjeżdżajcie.
— Da Bóg — przyjedziemy.

Miodowe chaziajki

Przed nami ponad sześćset kilometrów drogi do domu. Ruszamy. Za Mierkie — bartnicy. Zatrzymujemy się przy kontenerze, obok którego na nabywców ich złotego skarbu czekają mama i córcia. Mama około czterdziestki, opalona, krzepka blondynka, córcia uśmiechnięta od ucha do ucha do potencjalnych klientów w dobrym, amerykańskim samochodzie z czerwonymi tablicami. Obie zapraszają serdecznie, radośnie prezentują swój wspaniały towar. A ileż go… A jaki… I dla nas, przywykłych do ałmackich, wielkomiejskich cen — jaki tani.

Wybieramy miód słonecznikowy, tu najzdrowszy, w wielkich, pięciolitrowych słoikach.

Od razu widać, że obcokrajowcy.
Skąd ty to wiesz, Katiusza?
— A skąd pan wie, że ja Katiusza.
— Katieńka, przed chwilą mama twoja tak właśnie odezwała się do ciebie.
— A tak. Rzeczywiście.
— A skąd macie tu słonecznikowy miód? Przecież w tych stronach słonecznika jak na lekarstwo?
— O!!! — w naszą rozmowę włączyła się mama. — Od wiosny, jak tylko puszczą mrozy i aż do jesieni jeździmy z pszczołami na tych kontenerach po całym Kazachstanie. Za słonecznikiem jeździmy najczęściej pod Pawłodar i Pietropawłowsk.
— A Katia to do szkoły nie chodzi?
— Chodzi, ona mi tylko w wolne dni pomaga.
— A w wakacje to jeżdżę z mamą i z tatą po całym kraju.
— Dobrze, Katieńka. Powiedz przynajmniej, w której jesteś klasie?
— Już w ósmej.
— A wiesz już, co chciałabyś w życiu robić?
— Aha, chciałabym być farmaceutą i zajmować się miodem na poważnie.

No, no, no, zadziwiła mnie odpowiedź Kati.

— Katiu, życzę ci konsekwencji. Dokonałaś doskonałego wyboru.
— To dobre dziecko. I uparte, jak coś postanowi… A wy to skąd jesteście, bo tak już sama nie wiem. Niby innostrancy, a dobrze po rusku mówicie.
— No tak, a wy ruscy?
— Nii, tak szczerze, to my chachły, ale tutejsi.
— To po co my się po rusku męczymy. Dawajcie, pobałtamy na ridnoj, ukrainskoj mowie.
— Uch ty, Katieńka, chachły! Ale my tutejsze, nie rozmawliajem na ukrainśkoj…, moja matusia, to rozmawla. Ja ni.
— A żal, dobrze byłoby, żeby Katia poznała język swojej babci.
— Ja to rozumiem, jak babcia mówi. Pewnie się też nauczę.
— Daj Boże, a my nie chachły, my Polacy, ale i moja babusia była rodem z Ukrainy. Szczęść wam Boże.

Zanim zdążyliśmy odjechać, ukraińska miodowa chaziajka zdążyła nas jeszcze na drogę miodowymi słodkościami obdarować i żując blaszki woskowo–miodowe, nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy zapadł zmrok. Zauważyliśmy dopiero przedmieścia Ałmaty i bramy naszych tutejszych domów.

Święty Krzysztofie, dzięki Ci, że cali i zdrowi powróciliśmy. Przed nami zaś wciąż wiele dróg, co daj nam, Boże. Amen, amen, amen…

1 Saukele — ślubne okrycie dziewczęcej głowy.

Ajsza-Bibi
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...