Andrzej

Wmówił nam, szukającym ciągle ulepszonej wersji samych siebie, że jest chuliganem wolności, a my – jak te matoły z wiersza Brodskiego lękające się zbić szybę – połykaliśmy jego jędrne i płciowe zdania niczym wyposzczona gęś gałki. Chuligan wolności? Kosmopolak? Przemierzając wojenną Francję na rowerze z Tadziem – swoim Sancho, który odkrył, że „Francuzi to łapciuchy i mineciarze” – wyglądał raczej na Don Kichote’a. Cóż z tego, że rower? Rower jest przecież formą ekstremalnie odchudzonego konia w pepegach, któremu trzeba pomóc pod górkę – pęd wiatru na twarzy jest ten sam i widoki z wysokości siodła podobne: tu wije się Garonna, tam pętający się bez żadnej dyscypliny żołnierze, jedynie wozy z żarciem idą w porządku. A tu znowu na szosie „zaczynają się ukazywać żółto-czarne tablice i drogowskazy niemieckie. Podawana na nich odległość do leżących po drodze miasteczek jest zawsze o 1 km lub 2 km większa albo mniejsza od umieszczonej na takich samych tablicach francuskich. Bo ONI zawsze wszystko lepiej wiedzą: nie 45 km, lecz 46 km. Das ist ja doch ein Unterschied. Czy oni to powtórnie mierzyli?! U nich wszystko możliwe”. Tak naprawdę jednak to on dla mnie jest picaro. I niech mnie – niewykształconego księdza – wyśmiewają „badacze owadzich nogów”, a ja i tak ustawię go w jednym rzędzie (mimo niezłego pochodzenia, bo tatuś generał brygady, a stryj wiceminister komunikacji budujący kolejkę linową na Kasprowy) z Guzmanem de Alfarache, Łazikiem z Tormesu czy Estabanillem Gonzalesem. Picaro, czyli łotrzyk. Ten akurat picaro nie jest cyniczny i nie jest złodziejem – nie wierci dziur w kufrach i nie kradnie kiełbasy, nie oddaje w zastaw pewnemu prałatowi swojej żony, ale przecież łotrzyk. Nie dlatego, że strzelał z każdej broni i mógłby w innej epoce napadać na drogach, że pływał, jeździł konno i na nartach – mógł więc wyjść cało z każdej opresji.

Picaro to nie chytrość i spryt, ale natura serca, któremu duszno. Duszno i ciasno. Zawsze. Choć przerażeni jego wyborami zacni i spokojni obywatele zapewniają, że wszystko zmierza przecież ku normalności, choć oczywiście między jednym a drugim kornerem zagazowano tysiąc osób, i czego tu chcieć, skoro giełda ruszyła! „Rozpiera mnie. Żal? Za czym, do diabła? Za tamtym życiem? To był koszmar, bezustanne duszenie się. Koszmar lat gimnazjalnych, koszmar tego życia, do którego przykrawałem się, nie mogąc się nigdy spotkać z samym sobą. Rozmawiałem z sobą przez innych. I to przez kogo! Poprzez co? Cholera!”. Podejmuje więc picaro wędrówkę aż do kresu głodu. Mając 150 dolarów w kieszeni i bez znajomości hiszpańskiego (choć znał biegle francuski, niemiecki i angielski), wyrusza na statku „Jagiełło” do Gwatmali. Łotrzyk to ten, kto wie, że jest sam i że może liczyć tylko na samego siebie, i nie dziwi się temu, musi się uczyć szybko i nie powtarzać błędów z przeszłości. Musi być dla samego siebie duchową podporą – w tym jakoś przypomina świętych przestępców z książki Zandera o ojcach pustyni, którzy nie tylko opisali zasłyszane doświadczenie z secum esse (bycie z sobą), ale je podjęli przez znajdowanie głębokiego sensu w niewyrafinowanych czynnościach. Picaro ma poza tym dwie ręce – „lewą, którą przygarnia wszystko, co ukochał, i prawą, którą zadaje celne i bolesne ciosy”. Tak pisał o Andrzeju Bobkowskim Kazimierz Wierzyński. To znaczy jego bunt i opór wobec złośliwości i hipokryzji społeczeństwa nie przybiera nigdy formy nienawistnej rewolucyjnej gnozy ścierającej z tablicy cały „niesłuszny” ideologicznie jego dorobek, nie ma w nim pełnego obietnic gęgania, szczekania, wycia i ujadania zachwalających wdzięki buntownika, nie ma wreszcie brudnych marzeń o strzelaniu w potylicę bogatemu wrogowi.

Zostało Ci jeszcze 57% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się