Ateiści idą na wojnę

Ateiści idą na wojnę

Sekularyzacja definitywnie miała uwolnić człowieka ze złowrogich szponów wiary. Tej przedziwnej choroby, zdaniem niejednego ateisty, która zatruwa ludzki umysł i serce. To w konsekwencji sekularyzacji, czyli obiektywnych procesów modernizacyjnych i rozszerzającej się idei postępu wszystko, co stałe, miało wyparować, a wszystko, co święte, ulec profanacji. Człowiek raz na zawsze miał się uwolnić od „wirusa wiary”. Nie bez kozery piszę tu w czasie przeszłym, bo jak się okazało, to sekularyzacja wylądowała ostatecznie na śmietniku historii, a nie – jak wieszczono – religia. I jak zapewniają wybitni amerykańscy socjologowie Rodney Stark i Roger Finke, religia dziś tryumfuje: „(…) wydaje się, że nadszedł czas, aby doktrynę o sekularyzacji zanieść na cmentarz błędnych teorii i wyszeptać requiescat in pace”. Gdyby religie potrafiły mówić, mogłyby rzec: „co mnie nie zabija, to mnie wzmacnia”.

Czy zatem religia, w tym i chrześcijaństwo, może odetchnąć z ulgą? Czy krach sekularyzacji oznacza, że Bóg wrócił z wygnania, i nic Mu już nie zagraża? Nic z tych rzeczy. Bo w miejsce obiektywnych procesów sekularyzacyjnych, które miały zmieść religie, pojawili się „osobiści przeciwnicy Boga”. Człowiekiem-ikoną, który chce leczyć ludzkość z „wirusa wiary”, jest brytyjski biolog Richard Dawkins – autor światowego bestselleru Bóg urojony, masowo czytanego także w Polsce.

Co więcej, Dawkins zdaje się stać na czele światowego ruchu ateistycznego, którego jedynym celem jest walka z religią. Tym bardziej że – jak przekonują amerykańscy ateiści, którzy spotkali się na początku października w stanie Wirginia, by się policzyć i pokrzepić – są oni najbardziej prześladowaną grupą społeczną.

Jednym z głównych bohaterów tej konferencji był Dawkins, który „chłostał” ludzi religijnych. „Marzy mi się – przekonywał – abyśmy mogli być tak samo wpływowi jak organizacje religijnych Żydów”. Z kolei w jednej z broszur rozdawanych w czasie tego spotkania można było przeczytać inną mądrość Dawkinsa: „Jeżeli jedna osoba ma jakieś urojenia, nazywa się to szaleństwem. Jeśli wiele osób cierpi na to samo urojenie, nazywa się to religią”. Albo hasła, jakie widniały na sprzedawanych T-shirtach: „Wyjdź z religijnych uprzedzeń”, „Biblia i Koran, czyli broń masowego rażenia”. I ostatnie: „Głupie chrześcijańskie legendy są dla dzieci”. Czy to przypadek, że ateiści manifestują swoją niewiarę w kraju, który od prawie siedmiu lat rządzony jest przez prezydenta, który – jak sam wyznaje – swoje decyzje dotyczące państwa i polityki podejmuje po rozmowie w Bogiem?

Jednak co innego daje do myślenia. To mianowicie, że książka Dawkinsa także w katolickiej Polsce, jak niektórzy złośliwie podkreślają, cieszy się ogromną popularnością. W ostatnim czasie mogliśmy przeczytać kilka rozmów z brytyjskim biologiem oraz jego teksty publikowane w rodzimych dziennikach. Powstała także internetowa Lista Ateistów i Agnostyków, gdzie na głównej stronie znajduje się motto z Boga urojonego Dawkinsa, zaczynające się do słów: „Być ateistą to żaden wstyd. Wprost przeciwnie: wyprostowana postawa, która pozwala spoglądać dalej, powinna być powodem do dumy – bo ateizm prawie zawsze świadczy o zdrowej niezależności umysłu… Wielu jest ludzi, którzy w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie”.

Zastanawiające, skąd w Polsce właśnie teraz bierze się ta potrzeba manifestowania swego ateizmu? Czyż ateizm nie jest prywatną sprawą tak samo, jak prywatną sprawą jest wiara? A może zachodzi tu jakaś korelacja, polegająca na tym, że im bardziej religia wciska się w sfery życia publicznego, tym częściej ateiści będą chcieli manifestować swoją niewiarę? Czy wodą na młyn dla osobistych wrogów Pana Boga nie są też wypowiedzi najważniejszych polityków naszego kraju, którzy głoszą, że Kościół katolicki jest „dzierżycielem jedynego powszechnego systemu wartości”? Czy z takiego postawienia sprawy nie wynika, że ci, którzy nie przynależą do Kościoła i nie wierzą w Boga, są zarazem ludźmi bez zasad?

Richard Dawkins jako krytyk religii jest teologicznym i filozoficznym analfabetą. Tyle że w jego książce nie idzie o argumenty, choć ciągle o nich mówi, co raczej właśnie o zamanifestowanie swojego ateistycznego światopoglądu. To oczywiście nowo-stary sposób walki z religią, który w dużo subtelniejszy sposób prezentował już choćby Ludwik Feuerbach. Problem z ateistyczną krucjatą Dawkinsa polega na tym, że nie tyle jest on skłonny do dyskusji, między religijnym i niereligijnym postrzeganiem świata, który wydawał ciekawe owoce także w Polsce, co raczej do radykalnej bitwy. Czy jednak w ten sposób nie próbuje się nas zaprzęgnąć do kolejnej złudnej zimnej wojny między fundamentalizmem religijnym a fundamentalizmem ateistycznym? I czy ostatecznie dużo ciekawszy nie jest dialog, w którym szuka się tego, co łączy, a nie tego, co dzieli?

Ateiści idą na wojnę
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego.Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...