Ateista może być zbawiony

Dyskusja Czy poza Kościołem rzeczywiście nie ma zbawienia? odbyła się 27 października 2007 roku w klasztorze oo. dominikanów w Krakowie pod patronatem Dominikańskiej Szkoły Współczesności i Wydawnictwa W drodze.

Grzegorz Chrzanowski OP: Naszą dyskusję o zbawieniu poza Kościołem zainspirowało opublikowanie przez wydawnictwo „W drodze” książki francuskiego jezuity ojca Bernarda Sesboüégo Poza Kościołem nie ma zbawienia. Historia formuły i problemy interpretacyjne. Autor jest wybitnym francuskim teologiem. Wykładał na uniwersytecie katolickim w Lyonie, na którym w latach 60. obecni byli wielcy teolodzy XX wieku, m.in. Henri de Lubac, Jean Daniélou czy Hans Urs von Balthasar. Był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, dziś jest emerytowanym profesorem fakultetu teologicznego St. Sèvres w Paryżu i należy do Grupy Dombes, zrzeszającej teologów katolickich i protestanckich. Znana jest zwłaszcza jego czterotomowa Historia dogmatów.

Książka Poza Kościołem nie ma zbawienia składa się z dwóch części. Pierwsza śledzi historię dogmatu, formuły czy – jak czasami się to ujmuje – aksjomatu teologicznego. Już sama geneza sugeruje, jak należy go rozumieć. Autor sformułowania, ojciec Kościoła z III wieku, Cyprian z Kartaginy nie adresował go do innowierców czy pogan. Zwracał się do chrześcijan, chcących odejść z Kościoła. Jest to więc napomnienie o charakterze bardziej duszpasterskim niż teologicznym. Kardynał Ratzinger mocno podkreślał, że twierdzenie Cypriana dotyczy chrześcijan zagrożonych odejściem z Kościoła. Chodzi w nim bardziej o jedność Kościoła niż o negatywny osąd na temat wyznawców innych religii.

Ojciec Sesboüé pokazuje następnie, jak doktryna ewoluowała, nabierając samodzielnego charakteru. Wyjęta z kontekstu napomnienia biskupa wobec wiernych, stała się zasadą teologiczną, punktem, z którego dochodzono do rozmaitych wniosków. Ta historia rozpoczęła się od jednego z uczniów świętego Augustyna, Fulgencjusza z Ruspe, teologa z Afryki Północnej z przełomu V i VI wieku. Twierdził on, że znajdujący się poza Kościołem – niechrześcijanie, którzy się nie nawrócą – nie będą zbawieni. To klasycznie ekskluzywistyczna interpretacja.

Im dalej w średniowiecze, tym dosłowniej rozumiano formułę. Tak powtórzy ją sobór florencki w XV wieku. W epoce odkryć geograficznych i lepszego poznania religii niechrześcijańskich zaczęto się zastanawiać, czy możliwe jest, by ludzie pozostający poza zasięgiem Ewangelii znaleźli się w piekle. Dużą część książki stanowi analiza wypowiedzi soboru watykańskiego II, który nie powtarza tezy „poza Kościołem nie ma zbawienia” i przyznaje, że w innych religiach znaleźć można ziarna prawdy.

W drugiej części książki ojciec Sesboüé pyta: „mamy bardziej otwarte podejście do religii niechrześcijańskich, ale to wygląda na zmianę stanowiska Magisterium Kościoła o 180 stopni – kiedyś mówiono: »poza Kościołem nie ma zbawienia«, a teraz: »poza Kościołem jest zbawienie«. Jak to rozumieć?”. I pokazuje, w jaki sposób wypowiedzi Magisterium podlegają interpretacji. Stąd konieczność rozpatrywania poszczególnych sformułowań w kontekście historycznym.

Jarosław Makowski: Uznajmy, że w tej dyskusji, dla jej ożywienia, przyjmę rolę adwokata diabła. Postaram się więc sprostać zadaniu. Otóż kiedy wziąłem do ręki książkę Bernarda Sesboüé, miałem poczucie, że czytam dobrego teologa katolickiego. Jego metoda jest typowa dla katolickich teologów, a więc spora część książki – prawie 70 procent – to muzeum. Nie twierdzę, że chodzenie do muzeum nie jest pouczające – i w tym sensie również wejście w lekturę i śledzenie niemalże dzień po dniu (bo autor robi to z precyzją chirurga) rozwoju formuły jest pouczające. Paradoksalnie, problemem książki nie jest to, czy poza Kościołem jest zbawienie, czy go nie ma. Jest nim natomiast zmieniający się w czasie sposób interpretowania formuły. Istotne w mrówczej pracy Sesboüé wydaje się, że nie ma tekstu bez kontekstu, że nie ma teologii bez kontekstu. To dlatego sformułowanie św. Cypriana przybierało rozmaite interpretacje w ciągu dziejów.

Na początku sens tej formuły skierowany był do wewnątrz. Był kijem, którym straszono: „Jeżeli opuścisz wspólnotę chrześcijańską, zostaniesz potępiony”. I tutaj mamy całą plejadę teologów – wielkich ojców Kościoła – jak właśnie Cyprian, ale również Augustyn, którzy lekkim pociągnięciem pióra wysyłali do piekła całe narody. Ale potem chrześcijanie odkrywają nowe lądy i nowe ludy, i zaczynają się zastanawiać, czy rzeczywiście ludzie nieznający Chrystusa mają zostać potępieni.

Teologia katolicka musiała wyjść z twarzą, przyznając, że interesująca nas formuła nie dotyczy tych, którzy się poza Kościołem znajdują. Przez długie lata nie można było znaleźć odpowiedzi na pytanie, co się stanie z tymi, którzy nie znają Chrystusa. Do soboru watykańskiego II obserwujemy jakby buzujący wulkan. I tu pojawiają się teologowie (jak jezuita, późniejszy kardynał Henri de Lubac), którzy zauważają, że nie można tej doktryny wyrażać w sposób wykluczający, ekskluzywistyczny. De Lubac proponuje w zamian formułę „Zbawienie przez Kościół”. Mamy więc do czynienia z interpretacją pozytywną. Sobór watykański II idzie jeszcze dalej, bo – ponieważ Kościół (czy Kościoły) jest formułą węższą niż Chrystus – proponuje „poza Chrystusem nie ma zbawienia”.

Dziś jednak, przez takich myślicieli jak John Hick, anglikański teolog i filozof, o którym napisał książkę ojciec Grzegorz Chrzanowski i który problem możliwości zbawienia w Kościele i poza nim postawił na ostrzu noża, znowu wydaje się ona niewystarczająca. Mówiliśmy: „poza Kościołem nie ma zbawienia”, co znaczy, że formuła ta ma charakter wykluczający. „Poza Chrystusem nie ma zbawienia” – analogicznie. Teraz proponuje się, żeby to Boga postawić w centrum.

Odkrycia geograficzne sprawiły też, że Kościół otworzył się na dialog. Właśnie sobór watykański II jest najlepszym tego świadectwem. Nawet taka słynna już formuła jezuickiego teologa Karla Rahnera, jak „anonimowi chrześcijanie”, która miała przecież stać się otwarciem Kościoła na innych, w zasadzie była przejawem arogancji. Mówić, że ktoś jest anonimowym chrześcijaninem, to jakby powiedzieć: „Nawet jeżeli świadomie nim nie jesteś, tak czy siak będziesz zbawiony; nie martw się i tak będziesz w naszym niebie”.

Klucz do rozumienia takich formuł, jak „poza Kościołem nie ma zbawienia”, polega na tym, by nie traktować teologii jak cepa do okładania innych. Ważne dla omawianej tu książki jest stwierdzenie dominikanina ojca Yves’a Congara dotyczące naszej formuły: „ten fałszywie jasny aksjomat”. Congar postuluje, żeby sama zasada (skądinąd prawdziwa) była zachowywana, pod warunkiem że będzie podlegać nieustannemu wysiłkowi interpretacyjnemu. W moim przekonaniu książka Sesboüégo jest więc pochwałą interpretacji. W podsumowaniu autor przywołuje opinię innego wielkiego współczesnego teologa, jezuity Avery’ego Dullesa, który przekonuje, że słowo Boże powinno być przez nas traktowane w sposób elastyczny i giętki. Podobnie zresztą jak formuły dogmatyczne; „Gdyby dogmat był nieelastyczny, to byłby niezmiernie kruchy; ponieważ ma on wewnętrzną giętkość, może przetrwać i przetrwa”. Innymi słowy: formuła dogmatyczna przypomina wieżowiec, który musi drgać, żeby oprzeć się wichurom, i statek, który musi przylegać do krzywizny fal.

I na koniec trudno nie zgodzić się z samym Sesboüé, który przekonuje, że nie wystarczy mówić prawdy o chrześcijańskim objawieniu. Bo należy mówić ją tak, żeby mogła być rozumiana w prawdzie, czyli jako dobro nie tylko dla wiernego katolika, lecz także dla każdego człowieka dobrej woli. Tylko wtedy zyska ona moc uwodzenia i przyciągania.

Tomasz P. Terlikowski: Istnieje niezmienna treść orzeczeń dogmatycznych, różnie wyrażana, nie będąca jednak jedynie czystą interpretacją, w której wszystko można wywnioskować ze wszystkiego. Jeśli z danej treści wyinterpretujemy coś, co jest z nią sprzeczne, wtedy dogmatu po prostu nie ma. Nie sądzę, by można było przypisać tej książce twierdzenie, że formuła „poza Kościołem nie ma zbawienia” jest martwa. Wręcz przeciwnie! Z książki wynika, że choć używamy dzisiaj innych określeń, to nadal wypowiadamy tę samą treść. Jarek powiedział, że książka ojca Sesboüégo przypomina mu muzeum. Ale na tym właśnie polega Kościół! Traktuję go jako skarbnicę tradycji, która uczy ogromnej pokory.

Zgodzę się z Jarkiem co do jednego: to książka niezwykle aktualna. Czytam ją i interpretuję jako stawiającą dwa odmienne pytania. Najpierw, co formuła znaczy dla wyznawców innych religii czy też innych wspólnot chrześcijańskich. I drugie pytanie: czy istnieje możliwość zbawienia poza Kościołem, czy powinniśmy mówić o chrześcijaństwie bez Kościoła? Czy mamy do tego prawo? Jak traktować tych (i jak oni sami siebie powinni traktować), którzy z własnej, nieprzymuszonej woli odchodzą z Kościoła? Czy powinniśmy przypominać im formułę „poza Kościołem nie ma zbawienia”? Nie należy uciekać od tych pytań, prowokowanych przez świętego Cypriana, odwołując się do włączenia i dialogu, ponieważ dotyczą one zbawienia, a nie tego, czy będziemy dla kogoś mili.

Pytanie o odnoszenie się chrześcijan do pozostałych religii jest kwestią naszego chrześcijaństwa i tego, kim jest Jezus Chrystus. Jeśli traktujemy chrześcijaństwo jako wydarzenie, przyjście Osoby, w której Bóg objawił się w pełni, przyznajemy: „poza Chrystusem, poza tą Prawdą nie ma zbawienia”. Niewyznający Chrystusa, jeśli będą zbawieni, to tylko przez Niego. Jeżeli twierdzimy, że ich zbawienie dokona się przez jakieś ich własne drogi, to negujemy absolutny charakter tego jedynego wydarzenia.

Z pytaniem o Kościół wiąże się spór między chrześcijanami, czy fundamentalny dla nas jest tekst objawiający prawdy Boże (tak chce, najogólniej mówiąc, fundamentalizm biblijny), czy też najważniejsza jest treść Objawienia – bo był okres bez spisanych Ewangelii, ale zawsze istniała Dobra Nowina, pierwotna wobec wspólnoty (to, w uproszczeniu, będzie wizja luterańska), czy też najważniejsza jest wspólnota, która wokół tego wydarzenia powstała i odgrywa rolę nośnika objawionej treści? Ostatnie ujęcie to jedna z możliwych interpretacji spojrzenia katolickiego czy prawosławnego. Bez wspólnoty Kościoła nie ma treści, bo nie ma kto jej głosić.

Jeśli przyjmujemy, że mamy do czynienia z jedynym, wyjątkowym wydarzeniem, to godzimy się również na skandaliczną z punktu widzenia współczesnej mentalności tezę, że ta partykularna, mniejszościowa w świecie wspólnota (straszliwie grzeszna i omylna) jest nośnikiem czegoś, co inne wyznania i religie mają w stopniu niepełnym i nie tak istotnym, jak Kościół katolicki. Trudno sobie wyobrazić katolika, mówiącego: „i prawosławni mają rację, i katolicy mają rację, i anglikanie mają rację, a tak naprawdę, to może i żydzi mają rację”. To jest możliwe tylko w jednej sytuacji – przywołam anegdotę, zasłyszaną od przyjaciela, zaangażowanego w dialog międzyreligijny. Najbardziej lubi dialogować z żydami. Na pytanie: „Dlaczego?” odparł: „To proste: muzułmanie nie piją w ogóle (przynajmniej ci, którzy dialogują), buddyści piją słabo albo wcale, hinduiści nie piją, a jak się z żydami usiądzie i wypije jedną, drugą, trzecią, flaszkę, już im wszystko jedno, czy Mesjasz przyszedł, czy przyjdzie”.

W innych sytuacjach nie jest jednak wszystko jedno. I nie chodzi tylko o to, że Chrystus przyszedł na świat w zapyziałej części Imperium Rzymskiego i że spotkać się z Nim mieli okazję naprawdę nieliczni, ale także o to, że teologia chrześcijańska tworzyła się w konkretnym kontekście kulturowym. Ona jest helleńska – grecka, łacińska – i nie możemy od tego uciec. To jedno z pytań, które stawia Georges Florowski: czy mamy prawo postulować dehellenizację chrześcijaństwa? Florowski odpowiada, że nie, gdyż partykularyzm chrześcijański zakłada, że prawdy wiary wyraziły się w takim, a nie innym kontekście kulturowym. Wyrywając je, sprzeciwilibyśmy się Bożemu planowi.

Wróćmy na chwilę do wątku obwieszczania odchodzącym chrześcijanom: „poza Kościołem nie ma zbawienia”. Widzę tu wyzwanie dla apologii Kościoła. Apologetyka, z różnych powodów, zniknęła lub przekształciła się w teologię fundamentalną. Wciąż jednak istnieje potrzeba przypominania, po co istnieje Kościół i jaka jest jego rola. Chęć i otwartość dialogu zakłada nie tylko gotowość do spotkania z drugim, ale również własną tożsamość. A chcemy do niej przekonywać nie dlatego, że poza nami nikt nie może dostąpić zbawienia. Teza, że poza Kościołem nie ma łaski (czyli że nikt poza widzialnym Kościołem nie zostanie zbawiony), została potępiona przez Piusa XII, a nie – jak mogłoby się wydawać – przez modernistycznych papieży, których tradycjonaliści niespecjalnie lubią.

GCh: Podczas lektury zaczęło mi się narzucać pytanie o nieomylność Kościoła – przy tej „pozornej” zmianie o 180 stopni: od „poza Kościołem nie ma zbawienia”, do praktycznie „poza Kościołem jest obfitość zbawienia”? Myślę, że nieomylność polega na odrzucaniu przez Kościół interpretacji skrajnych – ani w pełni nie zaakceptował dosłownego rozumienia „poza Kościołem nie ma zbawienia”, ani z niego nigdy nie zrezygnował, mówiąc: „istnienie Kościoła nie ma znaczenia dla zbawienia”, „granice Kościoła nie są istotne”. Pół wieku temu bostoński jezuita Leonard Feeney został ekskomunikowany za głoszenie w sposób dosłowny doktryny „poza Kościołem nie ma zbawienia”. Poza Kościołem znalazł się ktoś, twierdzący, że tylko w Kościele jest zbawienie! Z drugiej strony odrzucano również takie interpretacje, jak wspomnianego Johna Hicka, że każda religia ma wartość soteriologiczną sama z siebie, ponieważ prowadzi do Boga.

Sesboüé pokazuje, w jaki sposób rozumieć i interpretować współcześnie zdanie „poza Kościołem nie ma zbawienia”. Jestem gotów przyjąć jego myśl, składającą się z hermeneutyki formuły „poza Kościołem nie ma zbawienia”, którą można ująć w trzech punktach. Po pierwsze: „»poza Kościołem nie ma zbawienia« trzeba przedstawiać pozytywnie: „zbawienie jest w Kościele”. Jest on uprawniony do sprawowania posługi zbawienia i Bóg chce, żeby je rozszerzał. Po drugie: „poza Kościołem nie ma zbawienia” znaczy – „poza Chrystusem nie ma zbawienia”. Chrystus jest jedynym Zbawicielem – inaczej nasza religia przestaje być chrześcijaństwem. Trzecie wyjaśnienie mówi, że Chrystus działa przez Kościół w świecie. Nie można myśleć o Chrystusie w oderwaniu od Kościoła i o Kościele w oderwaniu od Chrystusa. Dlatego Sesboüé mówi: „»poza« znaczy »bez«”, czyli nie „poza Kościołem nie ma zbawienia”, tylko „bez Kościoła nie ma zbawienia”. Albo: bez jakiegokolwiek związku z Kościołem nie ma zbawienia. Wyznawca innej religii może dostąpić zbawienia dzięki Chrystusowi i dzięki istnieniu oraz działaniu Kościoła. W słynnej deklaracji Dominus Iesus z 2000 roku, mówiącej między innymi o religiach niechrześcijańskich, nie pojawia się w ogóle sformułowanie „poza Kościołem nie ma zbawienia”, ale kardynał Ratzinger i jego pomocnicy piszą, że Kościół jest konieczny do zbawienia.

JM: A czy znacie słynną tezę, że Jezus Chrystus chciał królestwa Bożego, a przyszedł Kościół? Mamy z nim problem, jak zresztą z samą postacią Chrystusa, która – według takich teologów jak John Hick – cały czas dzieli. Uważają oni, że w centrum powinien być nie Kościół, nie Chrystus, a po prostu Bóg.

W tej książce kluczowe pytanie dotyczy relacji, jaka zachodzi między tekstem a rzeczywistością. Franz Rosenzweig mówił, że „język to więcej niż krew”. W Kościele katolickim istnieje przeświadczenie, że jeśli zapanujemy nad językiem, powiemy, że „poza Kościołem nie ma zbawienia”, tak się stanie. Otóż nie! Dominus Iesus jest rozpaczliwą próbą przywołania do pionu katolickich teologów – ale tylko i wyłącznie na płaszczyźnie językowej, gdyż rzeczywistość wydaje się inna. W jednym z numerów „W drodze” poświęconym dialogowi międzyreligijnemu pojawił się tekst dominikanina Augustino Di Noia, współpracownika kardynała Ratzingera. Autor opowiada w nim o międzynarodowej konferencji, podczas której wśród pięciu katolickich prelegentów tylko on był gotów bronić tezy wyjątkowej roli zbawczej Jezusa Chrystusa. Kolejny sobór, bo w końcu musi do niego dojść, będzie soborem chrystologicznym, bo dziś na ostrzu noża staje pytanie: co to znaczy, że partykularne wydarzenie, jakim było pojawienie się w konkretnym czasie i miejscu Jezusa Chrystusa – BogaCzłowieka konkretnej religii – jest zarazem uniwersalnym Zbawicielem?

TT: Teza modernistów (niekoniecznie katolickich), że miało być królestwo Boże, a przyszedł Kościół, jest słowem pięknym i chwytliwym, tylko co ma wspólnego z rzeczywistością?

Sobory chrystologiczne już były i warto, by chrześcijanie – poza nieustannym odnoszeniem się do „jedynego słusznego” Soboru Watykańskiego II – wracali też do tych wcześniejszych: chalcedońskiego czy efeskiego. Chrześcijaństwo kształtowało się w świecie analogicznym do naszego – wieloreligijnym. I to tam padały skandaliczne słowa św. Pawła, że tylko w Chrystusie jest zbawienie.

Oczywiście, toczy się dialog na temat miejsca Chrystusa, podziału między SłowemLogosem a Chrystusem ziemskim. Jednak chrześcijaństwo mówiące: „Chrystus był jednym z wielu zbawicieli” albo: „Chrystus był jedną z wielu emanacji boskości” byłoby formą zeuropeizowanego hinduizmu. Podobnie jak trudno sobie wyobrazić, że powiemy: „Usuniemy Chrystusa, zostawimy Boga”. Bóg również dzieli, bo niektórzy buddyści spytają: „Jaki Bóg? Nic na ten temat nie wiemy”. A mamy jeszcze ateistów!

Nasuwa się jeszcze pytanie, które stawia chociażby Pius XII, używając słynnej formuły, że Kościół jest mistycznym Ciałem Chrystusa. Czy konieczny jest związek Kościoła i zbawczego działania Chrystusa? Czy może istnieć działanie zbawcze, nieprzechodzące przez Kościół? Inny jeszcze problem to tendencja traktowania Kościoła jako rzeczywistości socjologicznej i historycznej. Nie taka była patrystyczna wizja. Św. Justyn, męczennik pierwszych wieków, bez problemu mówił: „Sokrates był chrześcijaninem. Platon – w pewnym sensie – był chrześcijaninem” – chociaż historycznie tak nie było. Św. Klemens Aleksandryjski nie miał żadnego problemu, żeby powiedzieć: „w Nowym Testamencie jednoczą się dwa Objawienia: Kościół Starego Przymierza i Kościół Greków, tworzący Kościół Nowego Przymierza”. Kościół to nie tylko ludzie, ale także chóry anielskie, to Anioł Stróż, który jest zawsze obok nas. To wreszcie wszyscy święci – nie tylko ci, którzy byli wprost chrześcijanami, ale też ci (tego Kościół nigdy nie negował), którzy poprzedzali Chrystusa, jak Noe czy patriarchowie żydowscy.

Głos z sali: Rozmawiając o tym, że poza Kościołem nie ma zbawienia, o jakim Kościele myślicie? Obecny papież zawęził przecież rozumienie Kościoła do Kościoła rzymskokatolickiego.

JM: Ostatnie dokumenty Watykanu mówiące o tej sprawie przypominają trochę rzucanie kłód pod nogi dialogowi ekumenicznemu. Zdumiewający wydaje się niedawno wydany suplement do tekstu Dominus Iesus. Oczywiście zaraz po opublikowaniu mówiono, że nie ma w tym tekście żadnych nowych stwierdzeń. Po co więc produkować kolejny dokument, w którym nic nowego się nie dopowiada?

Tak czy inaczej, spór zdaje się dotyczyć jednego zwrotu: subsistit in – co znaczy, że Kościół Chrystusowy „trwa” w Kościele rzymskokatolickim? Zgodzono się po soborze, że trwa on również w innych wspólnotach chrześcijańskich. Wciąż jednak istnieje pokusa największego Kościoła chrześcijańskiego, rzymskokatolickiego, żeby wystawiać cenzurki: „wy jesteście Kościołem, a wy jesteście wspólnotą kościelną”. A jak to zmierzyć? Kto jest bardziej wierny Chrystusowi? Czy bardziej wierny był Luter, czy papież? Sesboüé pokazuje, że we wspólnej deklaracji o usprawiedliwieniu z 1999 roku strony luterańska i katolicka musiały z czegoś zrezygnować, aby do jej podpisania w ogóle doszło. Dialog ekumeniczny toczy się na szczęście w parafiach, między ludźmi, gdzie problemy, którymi zajmuje się papież oraz członkowie Kongregacji Nauki Wiary, nie są – dzięki Bogu – istotne.

TT: Bardzo się cieszę, że mamy nową, nieomylną instancję, decydującą o sprawach wiary – Jarka Makowskiego, który spokojnie mówi: „Te dokumenty są kuriozalne, jakaś Kongregacja Nauki Wiary coś dopisała, jakiś papież podpisał – kuriozum absolutne!”.

Ale odpowiadając na pytanie, fundamentem jest chrzest, który włącza w konkretną wspólnotę Kościoła katolickiego. Nie mam żadnych wątpliwości – zgadzam się w tej kwestii nie tylko z Benedyktem XVI, ale i z soborem watykańskim II – że wspólnotą, w której w pełni trwa Kościół Chrystusowy, jest Kościół katolicki. Podkreślam: „w pełni”, bo oczywiście Kościół Chrystusowy trwa również w innych wspólnotach chrześcijańskich, najmocniej z nich zaś w Kościele prawosławnym. Ale i w nim nie ma tej pełni, którą mamy w Kościele katolickim. Nie, Dominus Iesus nie zrobiła kroku do tyłu – a przynajmniej nie w stosunku do soboru watykańskiego II, tylko, co najwyżej, w stosunku do pewnych późniejszych interpretacji jego ustaleń.

Zwróciłeś, Jarku, uwagę na jeszcze jedną rzecz – kto ma to osądzać? Za każdym razem, gdy następowała w historii schizma (niekiedy z przyczyn czysto językowych, co pokazują chociażby deklaracje patriarchy asyryjskiego Kościoła Wschodu i patriarchy Rzymu), zarówno Kościół odchodzący, jak i pozostający zaczynał oceniać ten drugi. Asyryjczycy twierdzili, że u Efezjan (bo mówimy tu o czasach soboru efeskiego) pojawiła się nowa reguła, niezgodna z chrześcijaństwem – wyznający ją nie tworzą więc w pełni Kościoła. A na to chrześcijanie efescy (czy później chalcedońscy) odpowiadali, że właśnie odchodzący nie mają pełni, bo nie wierzą w Chrystusa tak, jak powinni.

GCh: Szkoda, że dyskusja na temat rozróżnienia między Kościołami a wspólnotami kościelnymi zdominowała recepcję Dominus Iesus. Różnica sprowadza się do tego, że Kościoły to wspólnoty, które, po pierwsze, mają właściwą teologię Eucharystii (jako realnej obecności Chrystusa), po drugie, sukcesję apostolską (nieprzerwany łańcuch przekazywania święceń od apostołów – pierwszych uczniów Chrystusa – aż do dzisiejszych czasów: do biskupów i kapłanów). W definicji tej mieści się Kościół rzymskokatolicki oraz Kościół prawosławny. Inne wyznania nazywa się wspólnotami chrześcijańskimi. To spowodowało straszny krzyk, że Kościół innych traktuje arogancko. Nie jest to krok wstecz w stosunku do soboru, który mówi o kręgach przynależności do Kościoła, zaznaczając, że Kościół Chrystusowy najpełniej subsistit in – trwa w Kościele katolickim, ale w innych jest też obecny. Wyznawcy innych religii, osoby niewierzące znajdują się w dalszych kręgach przynależności. Mogę zrozumieć, że to kogoś uraża, ale zdania nie zmienię.

Głos z sali: Luteranie mówią za św. Pawłem: wiara bierze się z osobistego stosunku do Jezusa. Wyraża się we wspólnocie, ale uprzedza ją, dlatego że inaczej wspólnota znalazłaby się poza Bogiem – niezależnie od tego, czy nazwalibyśmy ją Kościołem, czy tylko wspólnotą kościelną. Bronię luteranów, twierdząc, że oni również są Kościołem, bo żeby być chrześcijaninem, trzeba w sercu wyznać: „Jezus jest Panem”, a nie pójść na Eucharystię. Eucharystia jest konsekwencją tego wyznania.

JM: Kiedy ukazał się dokument Dominus Iesus i podniosły się głosy sprzeciwu – również w samym Kościele rzymskokatolickim – kardynał Kasper użył takiej formuły: „Oczywiście, protestanci nie są Kościołem w rozumieniu, jakie nadaje mu Kościół rzymskokatolicki, ale trudno, żeby Kościół katolicki tłumaczył luteranom, jak mają siebie rozumieć”. To tak, jakby ojciec Chrzanowski powiedział do mnie: „Słuchaj, Makowski, powiem ci teraz, kim jesteś, bo ty sam siebie nie rozumiesz”. Taki – nie do zaakceptowania – styl dyskusji prezentuje Kongregacja Nauki Wiary. Spytałem ostatnio profesora Bogusława Milerskiego, duchownego luterańskiego, o to, jak się czuje, czytając, że nie należy do Kościoła, a do wspólnoty kościelnej. Odpowiedział: „Najgorsze jest to, że ktoś z zewnątrz mówi ci, kim jesteś, bo wydajesz mu się na tyle niedorozwinięty, że sam nie potrafisz się określić”. Chciałbym znaleźć teksty luterańskie, które dzisiaj z podobną arogancją odnoszą się do Kościoła katolickiego.

TT: Jarka nie zadowalają teksty sprzed kilku wieków, wchodzą one jednak w skład ksiąg kanonicznych Kościołów ewangelicko-augsburskich i duchowny ewangelicko-augsburski przysięga na nie w czasie swojej ordynacji. Ale jeżeli oczekujesz, że znajdę teksty współczesne – proszę bardzo: polecam uważną lekturę dokumentów Kościoła luterańskiego synodu Wisconsin ze Stanów Zjednoczonych. Stamtąd się dowiesz, że papież jest Antychrystem, a Kościół katolicki Wielką Nierządnicą. Ale mnie opinia Kościoła luterańskiego synodu Wisconsin nie dotyka. To dokument skierowany do wiernych Kościoła luterańskiego synodu Wisconsin.

Na dokumentach Kongregacji Nauki Wiary nie napisano: „List okólny do wiernych Kościołów ewangelicko-augsburskich, luterańskich, reformowanych, ewangelickich i zielonoświątkowych. Nie jesteście Kościołem, tylko wspólnotą chrześcijańską!”. Dominus Iesus jest skierowany do katolików: teologów, biskupów, hierarchów, księży, wreszcie wiernych katolickich. Jego zadaniem jest przypomnieć, jak wierzy mój Kościół, a nie przypomnieć luteranom, co o nich sądzimy. I kardynał Kasper bardzo trafnie to ujął!

Zresztą ten dokument poświęcony był generalnie czemu innemu. Abstrahując od ostrej dyskusji, jaką wywołał rozdział 4, spora część teologów i luterańskich, i ewangelickich uznała Dominus Iesus, zaakceptowała całą analizę, że poza Chrystusem nie ma zbawienia. Nie doprowadzajmy sprawy do absurdu! Kongregacja Nauki Wiary ma prawo mówić katolikom, jak interpretować pewne formuły dogmatyczne. Jeżeli zapytałbyś luteranina, gdzie pełniej trwa Ewangelia, odpowiedziałby: „Moim zdaniem, w Kościołach poreformacyjnych”. I czy mam się tym czuć dotknięty?

JM: Wyciągasz z moich wypowiedzi tezy, których nie postawiłem. Powtórzę więc, co chciałem powiedzieć: aby wyrazić to, kim my jesteśmy, nie musimy od razu mówić, że na pewno nie jesteśmy tymi wierzącymi, żyjącymi obok nas, choć oni też wyznają, że Jezus jest Panem.

TT: Napisz do Kongregacji Nauki Wiary, jak powinni to wyrazić. A teraz bądź tak miły i powiedz: jak można określić, czym się różni Kościół od wspólnoty, bez użycia przykładów?

JM: Można, tylko – po co? W tym dokumencie odniesienie do innych nie było Rzymowi potrzebne, żeby wyrazić wiarę w Chrystusa.

TT: Pojawiły się późniejsze dokumenty, wyrażające tę samą opinię, bynajmniej nie międzyreligijne, a eklezjologiczne.

Głos z sali: A jaką szansę na zbawienie mają ludzie innych religii?

GCh: W teologii religii, zajmującej się kwestią zbawienia w innych religiach, jedno z kluczowych pytań brzmi: czy wyznawca innej religii jest zbawiony dzięki temu, że jest uczestnikiem innej religii czy raczej pomimo tego. Właściwie to pytanie o stosunek do pluralizmu religijnego: czy uważamy go za zamierzony przez Pana Boga, czy traktujemy jako wyraz ludzkiego zbłądzenia? Skłaniam się do stwierdzenia, że człowiek będzie zbawiony raczej dzięki swojej religii – bo przecież wielkie religie światowe, o ile nie nauczają czegoś złego, prowadzą do jakichś doskonalszych form istnienia – w sensie miłości, otwartości, praktyki. Ale wierzę również, że w tym wszystkim jest działanie Chrystusa. Sobór watykański II w konstytucji Gaudium et spes powiedział, że Bóg dociera do wyznawców innych religii w sposób tajemniczy, dla nas nieznany. Podoba mi się to wyznanie niewiedzy, połączone z nadzieją, że kiedyś będziemy wiedzieli więcej.

TT: Wyjątkowo zgadzam się z przedmówcą (zapewne z powodu zmiany przedmówcy), ale dodałbym jeszcze jedno spostrzeżenie. Mimo generalnej zgody na tego typu sformułowania bardzo trudno jest rozmawiać na tak wysokim stopniu ogólności. Powinniśmy mówić o teologiach poszczególnych religii. Zupełnie inny jest stosunek do religii pierwszego Przymierza, do judaizmu, gdzie łatwiej jest powiedzieć: „poprzez”. Inny jednak będzie stosunek do islamu – nawet nie ze względu na przemoc, ale dlatego że to wielka religia monoteistyczna, czerpiąca z podobnych źródeł, jednak późniejsza niż chrześcijaństwo. Trzeba by tu postawić pytanie o sensowną chrześcijańską teologię islamu. Czy mimo wszystko – jak by chciał np. Olivier Clément – jest pewnym przygotowaniem plemion arabskich do idei monoteizmu, przyniesionej przez chrześcijaństwo? Czy też wypaczeniem idei monoteizmu, którą Mahomet dostrzegł w chrześcijaństwie, ale przeinaczył? W odmienny sposób trzeba by spojrzeć na buddyzm czy hinduizm, chociaż tu sytuacja może się wydawać prostsza, bo mamy do czynienia z objawieniami naturalnymi. Z drugiej strony warto pamiętać o kategoriach biblijnych – o trzech Przymierzach, w które jako chrześcijanie wierzymy: Przymierze noahickie, obejmujące wszystkich, również rozmaite kulty religijne; Przymierze abrahamiczne, obejmujące trzy wielkie tradycje monoteistyczne – z pewnym zastrzeżeniem co do islamu; i wreszcie Objawienie dokonane w Chrystusie, z którego dopiero wynika dialog ekumeniczny.

JM: Ja nie mam bladego pojęcia, jakie są Boże zamysły, natomiast podziwiam tych, którzy z taką pewnością wyrokują, że ktoś będzie albo nie będzie zbawiony. Ja mam nadzieję powszechnego zbawienia, która wpisuje się w wielką tradycję, zdobywającą sobie coraz mocniejszą pozycję również w teologii chrześcijańskiej. Mieć nadzieje, nie znaczy wiedzieć.

Głos z sali: Czy w ogóle możemy mówić, że dany człowiek będzie zbawiony lub potępiony?

TT: Nie spotkałem się z sytuacją, żeby ktoś poważny zajmował się mówieniem: „Ty jesteś ateistą, więc nie będziesz zbawiony”. Problem polega na pytaniu: jeśli dobrze żyje, w jaki sposób dokona się jego zbawienie? Jeśli rzeczywiście żyłby w zgodzie z własnym sumieniem (co jest oczywiście skomplikowaną kategorią), powiedziałbym raczej: „pomimo” niż: „poprzez” jego ateizm – chociaż nie ja go będę sądził.

GCh: Rozmawiając o problemie zbawienia poza Kościołem, nie mówimy, kto będzie, a kto nie będzie zbawiony. Pytamy o pewną możliwość: czy szansa zbawienia dana jest również poza Kościołem. Ateista może zostać zbawiony – czy tak się stanie, to już kwestia jego życia, wyborów.

Głos z sali: Jak zatem Kościół ma reagować na ludzi odchodzących?

GCh: To bardzo dobre pytanie, skoro tyle się mówi o wolności religijnej – i ludzie faktycznie z Kościoła odchodzą. Czy mamy prawo mówić: „Nie odchodźcie, bo poza Kościołem nie ma zbawienia?

Chciałbym przywołać wybitnego teologa, niemieckiego jezuitę Karla Rahnera, który w książeczce O możliwości wiary dzisiaj mówił o odchodzeniu z Kościoła, pisząc już z perspektywy posoborowej. Przyznaje, że jesteśmy wolni religijnie i każdy – także on sam – mógłby odejść od Kościoła. Co go w takim razie trzyma? Mówi: „Żeby to zrobić uczciwie, musiałbym gdzieś – w jakiejś filozofii, idei, wspólnocie – znaleźć więcej światła, mądrości, większe dobro, niż znajduję w Kościele. Jeżelibym coś takiego znalazł, prawdopodobnie odszedłbym od Kościoła i przestał być chrześcijaninem. Ale ponieważ czegoś takiego nie znajduję – dla mnie najwięcej dobra, światła, prawdy jest w Kościele katolickim – dlatego właśnie w Kościele katolickim pozostaję”. Jeżeli ktoś odchodzi, mówiąc: „Znalazłem większe dobro”, cóż mu można powiedzieć? Czasami jednak warto zapytać: „Czy odchodzisz dlatego, że znalazłeś coś lepszego, jakieś większe dobro?”. Bo odejście bez alternatywy jest utratą. Cyprian również mówił: „Nie odchodźcie od Kościoła, bo coś tracicie, bo od »więcej« przechodzicie do »mniej«”.

TT: Możemy powtarzać formułę Cypriana pozytywnie – „Zbawienie jest w Kościele”, „Zbawienie jest w Chrystusie”. Jeżeli ktoś odchodzi od Kościoła, nie muszę (a nawet nie bardzo mam prawa) mówić: „Na pewno będziesz potępiony”. Mogę użyć formuły historycznej, ale jeżeli pójdę do kolegi, który właśnie odkrył buddyzm, mówiąc: „na pewno będziesz potępiony, bo poza Kościołem nie ma zbawienia!”, czy będzie to skuteczne? Wypowiedź Rahnera (z którym się akurat nie utożsamiam, ale był bez wątpienia wielkim teologiem) przypomina, że konieczne jest mówienie o skarbach, które się w Kościele znajdują.

JM: Rozumiem, że pytanie odnosi się również do akcji „Apostazja”, do strony internetowej, która się pojawiła, i do ludzi zgłaszających się do swych proboszczów po to, żeby powiadomić ich o swoim odejściu z Kościoła. Zawsze warto pytać o przyczyny odejścia: czy problem leży tylko w tym, kto chce odejść, czy może także my, jako wspólnota, popełniliśmy jakieś błędy? Powiedz nam, czy robimy coś takiego, że nie chcesz być już z nami, nie chcesz utożsamić się z tym Kościół? Kiedy ktoś mówi, że odchodzi, to sytuacja jest analogiczna do tej, kiedy mąż mówi do żony (albo żona do męża): „Odchodzę”. Wtedy pierwsze pytanie brzmi: „dlaczego?”. Jeżeli nie ma „dlaczego?”, sytuacja jest beznadziejna. Jeżeli jednak jest jakieś „dlaczego” – to nie wszystko stracone.

Ateista może być zbawiony
Grzegorz Chrzanowski OP

urodzony w 1965 r. – dominikanin, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznym oo. Dominikanów i UPJPII, członek Komisji ds. Życia Intelektualnego Prowincji, redaktor naczelny Wydawnictwa W drodze (2000-2003). Do zakonu w...

Ateista może być zbawiony
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...

Ateista może być zbawiony
Tomasz Terlikowski

urodzony 10 września 1974 r. w Warszawie – doktor filozofii, dziennikarz, publicysta, tłumacz, działacz katolicki, przewodnik, pasjonat religioznawstwa (szczególnie bliskie są mu Kościoły wschodnie). W 2003 roku obronił do...