Bal dominikański

Bal dominikański

Kiedy zbliżają się moje imieniny i urodziny, 8 lutego, w dawniej obchodzonym dniu św. Jana z Mathy, od lat już ogłaszam w kościele po mszy świętej następujący komunikat: „Jak powszechnie wiadomo, zbliżają się moje imieniny i urodziny (ogólny śmiech). W związku z licznymi zapytaniami (śmiech), co chciałbym otrzymać, nieśmiało informuję, żeby nie przynosić mi alkoholu ani słodyczy, ale jedynie rzeczy pożyteczne, takie jak narzędzia ogrodnicze na Jamną lub Lednicę, materiały budowlane lub sprzęt biurowy albo taczki, jeśli ktoś może”. Ludzie się śmieją, bo ani powszechnie nic nie wiadomo, ani żadnych zapytań nie było, ale co mi szkodzi podtrzymywać o sobie opinię niewyrośniętego egocentryka, powtarzaną przez ludzi, którzy własnego zdania nie mają, a żyją tylko z odbicia, żerując na myśli cudzej. A jeśli ktoś czasem przyniesie młotek albo kombinerki, to zawsze jest trochę radości i pożytku dla wszystkich, „dla dobra wspólnego”, jak to się mówi w kościelnym nauczaniu.

Cieszę się zawsze z inicjatywy młodzieży, cenię inicjatywę tych, którzy razem ze mną troszczą się o rozwój bazy materialnej ośrodka nad Lednicą czy na Jamnej. Stąd też pomysł urządzenia drugiego już balu dominikańskiego ucieszył mnie ogromnie, choć nie podniecał, bo pomyślałem sobie: jak mają pomysły, to niech też zrobią rzecz do końca. Między ustami a brzegiem pucharu jest duża odległość, a często dla wielu jest ona nie do pokonania. Ludzie rzucają pomysły, a potem uciekają przed wprowadzeniem ich w życie. Determinacja Hani i Reginy doprowadziła bal do skutku. Wspaniały bal przebierańców ubranych w stroje postaci z filmów. Były potrawy, sałatki przygotowane przez Marzenę, stoły ozdobione przez panią Danusię, bal prowadził najlepszy w tym kraju wodzirej Kazek Hojna, mąż Reginy, który jako zabity krakowiak po żonę przyjechał do Poznania do naszego duszpasterstwa, co świadczy o jakości naszego środowiska.

Charytatywny charakter balu miał pomóc nam wykończyć ośrodek nad Lednicą. Przepraszam, że powtarzam wątek Lednicy, ku zirytowaniu niektórych, którzy czytając powierzchownie, widzą w moim pisaniu monotematyczność, nie zauważając próby drążenia w głąb. Były więc bilety, loteria i licytacja, wszystko, o zgrozo, na nasz Uniwersytet Wiary nad Lednicą, bo tak młodzież kazała mi nazywać campus lednicki.

Aby licytacja miała smak i była atrakcyjna, młodzi wymyślili, że wydrą ode mnie atrakcyjne przedmioty, które licytowane we właściwej atmosferze przyniosą dochód niezbędny do pokrycia naszych długów budowlanych. Kiedy chłopcy wtargnęli do mojej celi, w której wszystko mimo bałaganu jest na właściwym miejscu, rzucili się kolejno: na obraz Staszka Rodzińskiego Ukrzyżowanie, obraz Świętej Rodziny na szkle Krzysztofa Okonia z Krakowa, gobelin Matki Bożej Jamneńskiej, skóry z jakiegoś rozsypanego zwoju zapisane hebrajskim pismem, moje pióro z biurka, kilka akwarel z Jamnej, wiosło św. Wojciecha z faksymile Ojca Świętego i wiele innych rzeczy. Kiedy tak obładowani wychodzili z mojej celi, patrząc na gołe, niemalowane od lat ściany, powiedziałem sam do siebie półgłosem: – Tak będzie wyglądała moja cela po mojej śmierci. Wszystko wyniosą, zostawiając gołe ściany. Trochę mi było głupio wobec samego siebie i tej mojej niewierności w stosunku do tych, którzy mi to wszystko podarowali. Ale Ojciec Święty jest przykładem, kiedy przekazuje dalej to, co otrzymał.

Na bal poszedłem w habicie. W końcu to był bal dominikański w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa, bal środowiskowy, dla przyjaciół i znajomych. Kiedy wszedłem do holu, powitały mnie poprzebierane postaci ze świata filmowego. Niektóre aż trudne do rozpoznania, przecież nie oglądałem wszystkich filmów, a nawet pod tym względem jestem swego rodzaju barbarzyńcą.

Najpierw mnie przywitano, jak wszystkich, potem ja witałem wszystkich, polonez, poszczególne tańce, przekąska, i tańce, kolejne przywitania, rozmowy, spotkania. Gębę miałem w stałym uśmiechu. Aż bolały mnie policzki. Rzadki dar Boży takich chwil radości, kiedy jesteśmy wszyscy razem i tak niedaleko do drugiego człowieka…

Padałem już z nóg, ale do licytacji musiałem dotrwać, aby opowiedzieć o tych przedmiotach i ich autorach i zachęcić do licytowania. Wszystko szło pięknie, ale w zmęczeniu nie kontrolowałem się i powiedziałem o studentach, którzy wtargnęli do mojej celi, oczywiście za moim przyzwoleniem, i pozdejmowali obrazy ze ścian, i że patrząc na to, pomyślałem, że tak będzie wyglądała cela po mojej śmierci…

Rozpoczęła się licytacja. Ceny idą w górę, więc się cieszę, że zapłacę długi budowlane obiektu nad Lednicą. W ten czas pan Wojtek ze Strzelna powiada, że on licytuje do upadłego, ponieważ chce, aby obraz na szkle wrócił do mojej celi. Zrobiło mi się gorąco. Wylicytowana cena stała się nieważna. Ważna stała się wola, by obraz wrócił do mnie. I uparł się co do tego. Nie podejrzewałem takiej wrażliwości u przedsiębiorcy zajmującego się prowadzeniem firmy budowlanej, która niebawem ma przystąpić do zrobienia nam łazienek nad Lednicą.

Wzruszony i poruszony taką delikatnością wróciłem do klasztoru i położyłem się spać szczęśliwy, że moi wychowankowie i przyjaciele potrafią się nie tylko modlić, ale też bawić na najwyższym poziomie. I że potrafią ten bal sami zorganizować, a nie tylko korzystać z usług innych.

Po balu szkoła została posprzątana i śladu po naszej zabawie nie było, kiedy studenci wrócili w jej mury. Z tego też byłem dumny. W dwa dni później przywędrował do mnie wylicytowany obraz, poleżał w duszpasterstwie kilka godzin i zaniosłem go do celi na stare miejsce, bo przecież gwóźdź pozostał w ścianie. Obraz zawisł, jak wisiał przez kilkanaście lat. Jakież było moje zdumienie, kiedy wróciwszy do celi, obrazu na ścianie nie zastałem… Po usilnych poszukiwaniach znalazłem go na podłodze za łóżkiem, a że obraz jest malowany na szkle, szkło było pęknięte w poprzek dwa razy.

No to, pomyślałem sobie, Święta Rodzina nie chce już być ze mną albo nasze ludzkie kombinacje nie mają znaczenia, jak dałeś, to nie udawaj, że ci teraz żal. Zniosłem go na dół na powrót do duszpasterstwa, szukając ratunku dla sprawy niemożliwej. I oto przypomniałem sobie, że Wojtek z Poznania robi niekiedy cuda i zna magika, który skleja szkło.

Kiedy nastały moje imieniny i urodziny oprócz owoców w pięknym koszu przybył do mnie sklejony niemalże bez śladu obraz podarowany mi przed laty przez krakowskiego wiolonczelistę i malarza Krzysztofa Okonia. I przypomniała mi się legenda o świętym Janie Kantym, który podarowawszy rankiem kosz jabłek biednemu studentowi, otrzymał go wieczorem z powrotem nienaruszony. Kosz bowiem, obiegłszy wiele osób i uczyniwszy sporo dobra, powrócił do świętego podobnie jak mój obraz. I wszystko byłoby podobnie, tylko że ja mam jeszcze wiele do zrobienia z własną świętością. Na przyszły rok mam zamiar wystawić ten obraz jeszcze raz na licytację. Wtedy to dopiero będą cuda.

Bal dominikański
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...