Berta

W dniu, w którym przyszła na świat Berta, padał deszcz, nie wiało, nie było też specjalnie zimno. Krople deszczu tańczyły w powietrzu, wydzwaniały na parapetach, dachach, na czym tylko mogły, wesołe melodyjki, jedne drugim życząc dobrego lądowania. Szumiały w liściach nieco zmęczonych spiekotą dwóch letnich miesięcy, ale pogodnie, nie jak kaskada wśród nagich skał rzucająca się w przepaść, raczej strumieniem przemykającym ku ziemi, to tędy, to owędy. W kałużach, gdy już się pojawiły, pluskały unisono, dotykając ich powierzchni nie nachalnie, tylko tak aby, aby, rzec by można, głaszcząc lub pieszczotliwie, dla zabawy, stukając palcem, paluszkiem, opuszkiem palca z prośbą — „zgadnij, jakie jest moje imię”. Podobało się to małej Bercie, usłyszała też wtedy, a jeżeli nie wtedy, to niedługo potem, pierwsze słowa — „kocham cię”. Powiedziała tak, nisko pochylając się nad dziecięcym, rozdygotanym serduszkiem, mama. Potem mówiła to jeszcze wielokrotnie, zawsze z tym samym ciepłem w głosie. Zanim jednak Berta zdołała, poruszając nóżkami i rączkami, w niewymownym napięciu wysylabizować ma–ma, rodzicielkę o jasnych włosach w tajemnicy przed jej dzieckiem wywleczono z domu, wrzucono do dołu i zasypano. Amen. Umarła na tyfus. Właśnie zaczynała się po ciężkiej zimie wiosna, świat odradzał się. Mała Berta musiała się teraz przyzwyczaić do godzin spędzanych w samotności, do swojego głosu, gdy płakała, a potem do ciszy, która zazwyczaj stanowiła odpowiedź na wszelkie jej pytania i łzy. Musiała się też nauczyć innego, twardszego słowa — „tato”. To słowo jak kamień stawało jej w gardle, niejeden raz myślała, że ją zadławi. Rudolf Cheuff, jej ojciec, pił. Gdy okazało się, że mała jest kaleką, pociąga prawą nóżką, podrzuca głową i mówi niewyraźnie, wściekł się i oddał ją do sierocińca.

— Przekleństwo spadło na moją głowę! — krzyczał. — Lepiej zdechłaby w pierwszym dniu swojego życia.

Dwaj synowie, których miał z poprzedniego małżeństwa, zakosztowawszy niejeden raz jego pięści, uciekli z domu w nieznane, pozostawiając ojca pijaka swojemu losowi. Los zaś, twardy lichwiarz, poczekał jeszcze dwa lata, a potem wystawił rachunek i zażądał spłaty. Pewnego zimowego dnia, wyjątkowo mroźnego i śnieżnego, Rudolf, straszliwie pijany, przewrócił się, wracając do domu, i zasnął w rowie snem, jak się okazać miało, wiekuistym. Znaleziono go dopiero wtedy, gdy śnieg zaczął topnieć. Podobno uśmiechał się głupawo. Był to pierwszy uśmiech, jaki widziano na jego ustach od lat, i stąd wnoszono, że po śmierci Rudolf Cheuff stał się szczęśliwszy, niż był za życia.

Berta wyrosła w sierocińcu na dziewczynę pracowitą i bogobojną, także wrażliwą. Rosła tam, gdzie ją Bóg posiał, i bez specjalnych skarg znosiła swoje kalectwo. Moc do życia czerpała z wiary, do katolickiego kościoła na mszę chodziła codziennie, bo po matce bardziej się czuła katoliczką niż po ojcu protestantką. Nie miała własnego kąta, więc noce spędzała w przytułku. Cieszyła się tam pewnymi względami, prowadził go bowiem Jakub Rubbe, który wcześniej nauczał religii w sierocińcu, więc znał ją od dziecka i lubił. Parę groszy na utrzymanie zarabiała, pomagając miejskim gospodyniom, robiła pranie, zakupy, sprzątała mieszkania, warsztaty, zagrody dla zwierząt, nosiła wodę. Robiła wszystko, co kazali. Dzieciaki z ulic nazywały ją złośliwie „Potrykus” albo „Kaczka”. Nie lubiła tych dzieci, bo znęcały się nad słabszymi, obojętnie kto by to był: koledzy, koleżanki lub zwierzęta. Okrucieństwo ich stawało się niekiedy bardzo wymyślne, byle czym się nie zadowalało. Berta była szczególnie wdzięcznym obiektem ich polowań, drobna, ze względu na kalectwo nie potrafiła dość szybko uciec, obrzucana była zgniłymi owocami, kłuta gwoźdźmi i kopana. Dla zabawy. Doświadczała w tych spotkaniach losu bezpańskich psów, podwórzowych kotów lub pochwyconych w locie chrabąszczy. Prócz Boga w niebie, wysoko, daleko, tu na świecie przez Niego stworzonym, nie miała nikogo bliskiego. Bracia po ucieczce z miasta nigdy nie usiłowali jej odnaleźć.

Bywały jednak i dobre chwile w życiu Berty Cheuff, gdy podczas wigilii dla żebraków śpiewano kolędy, albo latem, kiedy za parę groszy kupowała na targu ciastko drożdżowe z posypką, jadła je, a potem spała na słonku gdzieś, byle gdzie. Żarliwe ciepło dotykało jej twarzy, łagodny wietrzyk rozwiewał upięte pod czepkiem włosy. Wyobrażała sobie wtedy to, co wyobraża sobie niemal każda uboga i niezbyt ładna dziewczyna: że jest piękną panną, taką, jakich wiele widziała na mieście, w wytwornej sukni z koronkowymi kołnierzami, w bucikach na obcasach, że otwiera oczy, a po drugiej stronie alejki w parku siedzi młodzieniec o oczach niebieskich, niebieskozielonych, w kolorze morza. Po takim śnie wzdychała i czuła się zazwyczaj lepiej, jednak nie zawsze. Pewnego razu, obudziwszy się, płakała. Bardzo starała się uspokoić, ale nie mogła. Łzy lały się ciurkiem z jej oczu przez dobre pół godziny.

Choroby omijały ją, choć jadła byle co i spała byle gdzie. Widać surowa natura, już na początku drogi zabrawszy dziewczynie to, co najcenniejsze, postanowiła w swojej łaskawości na dalszą drogę pozostawić ją w spokoju. Którejś zimy, równie tęgiej jak ta, która utuliła do snu pijaka Rudolfa, szczęście uśmiechnęło się do sieroty. Przygarnęła ją dość zamożna rodzina Bossmansów, gorzelników ze Starego Przedmieścia. Zamieszkała na strychu ich starego domu przy kanale Raduni, obok warsztatów drzewnych i gorzelni. Swoją lichą izdebkę dzieliła z szarymi gołębiami, parką, którą nazywała Balbinami. Gołąbki jak to gołąbki — kochały się bardzo, dbały o siebie, siadały zawsze jedno obok drugiego, dzieliły się pokarmem i z niezwykłą starannością układały sobie piórka.

Berta przyglądała się im codziennie z uwagą. Bardzo brakowało jej miłości. Myślała czasami: „Nikt mnie nigdy nie pokocha”, bo zdawała sobie sprawę z tego, że ona, kaleka, brzydka, biedna, nigdy nie znajdzie sobie nikogo, nie zazna tego, o czym ludzie marzą skrycie.

Dwa lub trzy razy zaczepili ją na ulicy pijaczkowie. Uciekała przed nimi co sił, jak przed dziećmi. Czuła się wtedy jak ptak, co wyleciał z gniazda na swój pierwszy lot i spadł na bruk, i nie potrafi się wznieść, i jest coraz bardziej przestraszony, i próbuje, wciąż próbuje, bo widzi przed sobą kota i myśli o jego łapach i swojej zgubie.

Latem, gdy zaczęła się pora nadzwyczajnych lipcowych upałów, Berta zachorowała. Pojawił się ból gardła, kaszel. Miała zamiar położyć się na łaskawym słonku i wygrzać zaziębienie, ale akurat wtedy wszystkie gospodynie z ulicy zapragnęły wody, każda po kilka wiader. Rozgorączkowana nosiła je puste — pełne, puste — pełne, aż brakło jej tchu. Pot lał się z czoła. Przed oczami błyskały mroczki. Każdy krok przyprawiał o zawrót głowy. Chwiała się jak ojciec, kiedy wracał przed nocą z karczmy. Wtedy też, pod koniec tego strasznego dnia, ujrzała Jego. Dostrzegła odbicie na dnie studni, gdy wrzucała do środka puste wiadro ze sznurem. Mignął jej, przepadł, zanim go pochwyciła wzrokiem. Najpierw się przestraszyła — pomyślała, że to topielec, ale twarz miał zbyt jasną, potem przypomniała sobie opowieści starych kobiet o wodnikach zamieszkujących stare stawy w pobliżu młynów, więc może także studnie. Czy jednak od tego, kto żyje w czeluściach wodnych, biłaby taka jasność? Tylko iskierka pozostała po jego nagłym zniknięciu, a toń wody w studni wydawała się odmieniona. Wyglądała tak, jakby podniosła się w górę, ku słońcu, o metr, a może nawet o dwa.

Berta po czasie zdała sobie sprawę, że on musiał stać obok niej, za nią, bardzo, bardzo blisko, aby mógł znaleźć się na dole jako odbicie. Rozejrzała się wokół. Nikogo nie było.

Jego nagłe rozpłynięcie się w rozgrzanym powietrzu świadczyło, że nie był kimś zwyczajnym, nie zdziwiło to jednak dziewczyny. Świat musi być wypełniony tajemnicą — przeczuwała to od lat. Miała pewność, że w studziennej toni ujrzała niezwykłą twarz swego anioła stróża. Od tego pierwszego spojrzenia pokochała go żarliwie, była przekonana, że jak panicz ze snu miał oczy najpiękniejsze z pięknych, niebieskozielone.

Choroba trwała kilka tygodni i miała ciężki przebieg. Przychodziły odwiedzać Bertę młode Bossmansówny z matką, kobiety z przytułku opiekowały się chorą. Raz nawet zaszedł na stryszek opłacony przez gospodarza medyk — puścił krew, zapisał mikstury i okłady. Ksiądz i pastor przy łożu chorej ucięli sobie przyjemną pogawędkę. Mówili: „Berto, przygotuj się na najgorsze”. Przygotowywała się radośnie. On był blisko, wierzyła w jego obecność, zwłaszcza w nocy.

Poprzez gorączkę i sen zdawało się jej, że czuje jego dotyk, że to on, a nie troskliwa dłoń Jadwigi z przytułku przytyka do jej warg miseczkę z wodą, ociera ręcznikiem twarz, zmienia okłady. Słyszała też łopot jego skrzydeł, takich samych, jakie miały Balbiny, tyle że większych i pełnych blasku, promieniujących na całą izdebkę. Nie mówiła o tym nikomu, nawet spowiednikowi. Było to jej najczulsze wspomnienie z tych dni. Kiedy już wszyscy położyli na niej krzyżyk, po dwóch miesiącach leżenia, wstała. Podeszła do okna, pierwszą rzeczą, którą ujrzała na zewnątrz, na dachu sąsiedniego domu, był deszcz. To jesień — zdziwiła się. Lubiła deszcz od chwili swoich narodzin. W pewnym sensie — pomyślała — urodziłam się powtórnie.

Lata biegły szybko, a Berta, otaczana opieką swego anioła stróża, podróżowała po życiu, nie gromadząc tego, co przemijające, lecz to, co wieczne i trwałe. Nie ustawała w pomocy innym, bardziej od siebie potrzebującym, nie odmawiała jej nikomu. Nawet dzieci przestały ją tak drażnić, nawet pijacy zastępujący jej drogę nie napełniali jej strachem. Miała przecież obrońcę, widziała go na dnie studni. Wiedziała, że jej miłość do anioła być może jest grzeszna, lecz od tamtego wejrzenia w niebieskozielone oczy nie przestawała go kochać. To uczucie nosiła stale przy sobie i choć nigdy więcej nie udało się jej ujrzeć ponownie swego opiekuna, tamten raz wystarczył za wszystkie inne. Miała pewność. Jej serce przepełnione było dobrocią, która zrodziła się z tego niezwykłego uczucia.

Młode Bossmansówny powychodziły za mąż. Starzy zostali sami. Berta przeniosła się do nich i opiekowała się nimi aż do śmierci, potem ich wnukami, a potem, na stare lata, zamieszkała znów na strychu starego domu przy kanale Raduni. Nowi gospodarze, pomni jej zasług dla rodziny, nie chcieli się na to zgodzić, była jednak uparta, jak to często bywa z ludźmi starymi, i postawiła na swoim. „Będzie mi tam dobrze” — tymi słowami odpierała wszelkie błagania, prośby, groźby i nakazy.

Na strychu mieszkała nowa parka gołębi, tym razem nie były to jednak szare dachowce, lecz dumne grzywacze, młode i duże jak kurki. Patrzyły zrazu nieufnie na kogoś, kto zakrada się do ich cichego królestwa. Musiały się przyzwyczaić. Patrzenie na ptaki sprawiało staruszce ogromną radość. Na swoją śmierć musiała Berta Cheuff poczekać jeszcze trzy lata, do zimy 1789 roku. Umarła we śnie. Śmierć pojawiła się o świcie, niewyspana, była jak pierwszy śnieg, opadała niczym welon utkany z mgły na wyciągnięte sztywno ciało. Nie trwało to długo, cisza i chłód wypełniły poddasze. Prześcieradło, w które wpaść miała skrzydlata dusza Berty, Śmierć narzuciła na łóżko szerokim gestem, niczym rybak ciskający przed siebie sieć. Wcześniej zamknęła szeroko otwarte usta, oczy, które podpierały lodowatym spojrzeniem sufit. Musiały ustąpić.

— Nie ma już nic do oglądania — powiedziała Śmierć, siadając na krawędzi łóżka, jakby była sąsiadką, co przyszła w odwiedziny do chorej. Spłoszył ją łopot skrzydeł, zdziwiła się, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna. Spod prześcieradła, które rozpostarło się niczym chorągiew, wyprysła dziewczyna. „To nie dusza” — spojrzała na nią Śmierć, była mocno zaskoczona. Ciało, które trzymała za rękę, było stare, chore, ludzkie, a zatem godne współczucia, to zaś, co przypadło do ściany plecami, za którymi usiłowały trzepotać niewprawnie skrzydła, było jasne, pierzaste, anielskie. Wyskoczyło z grobu doczesności prosto w słońce Boga.

— Anioł — powiedziała Śmierć półgłosem, pomyślała też, że już za długo żyje i sama zasługuje na śmierć, bo męczy ją i to, że wszystko przebiega ciągle tak samo, i to, że czasami zdarza się coś innego.

Berta
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz. Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....