Bez miłosierdzia nie ma sprawiedliwości

Bez miłosierdzia nie ma sprawiedliwości

Paweł Kozacki OP: Jakie jest główne przesłanie encykliki „Dives in misericordia”?

Józef Zabielski: Najważniejszym przesłaniem dla współczesnego świata jest wskazanie na przymiot Boga, którym jest miłosierdzie Boże, oraz na potrzebę zaznaczenia jego większej obecności w badaniach teologicznych. Papież pragnie skorygować dotychczasową wizję miłosierdzia jako postawy chrześcijańskiej, jako cnoty. Potrzeba owej korekty wynika z faktu zniekształcenia miłosierdzia w historii ludzkości i Kościoła. Przyczyną tej deformacji było odejście od biblijnej wizji miłosierdzia mającej swoje źródło i wzór w Bogu. W konsekwencji niektórzy pojmowali miłosierdzie jako postawę pomocy, ale na potrzebującego patrzyli z góry. Jałmużna na płaszczyźnie materialnej lub duchowej rozumiana była jako „pański dar”. Dającemu jałmużnę, np. parę groszy, lub przebaczającemu winę, towarzyszyło przekonanie, które można ująć w stwierdzeniu: „znaj pana”, „stać mnie na to”. Była tu różnica poziomów: dający stał wyżej, potrzebujący niżej, często był nawet pogardzany.

Jan Paweł II przedstawia miłosierdzie w rozumieniu Biblii, czyli takie, jakie okazuje nam Bóg. W miłosierdziu Boga „ujawniają się wszystkie odcienie miłości”, zarówno ojcowskiej, jak i matczynej. Wyrażają to dwa starotestamentalne terminy hebrajskie, które Papież przywołuje i analizuje: hesedrahamim. Pierwszy — hesed — oznacza ojcowską łaskawość i wierność, zwłaszcza sobie samemu, czyli odpowiedzialność za swoją miłość. Drugi zaś — rahamim— ukazuje miłość matczyną nacechowaną dobrocią, tkliwością, cierpliwością, wyrozumiałością i gotowością przebaczenia. W Bogu, w Jego miłosierdziu obecne są te dwie postawy i formy pomocy człowiekowi. W encyklice Dives in misericordia Jan Paweł II, analizując miłosierdzie Boga i ukazując je światu, dokonuje korekty tego pojęcia i postawy, które zostały w ciągu historii zniekształcone.

Czy można wskazać korzenie, z których wypływa ta myśl Papieża?

Myśląc o posłudze miłosierdzia, dostrzegłbym je w działalności pastoralnej Karola Wojtyły, a zwłaszcza w jego znajomości osoby św. brata Alberta. Zafascynowanie — chyba nie będzie to za duże słowo — postacią i posługą brata Alberta daje się odczytać między wierszami tej encykliki. Natomiast gdy mówimy o miłosierdziu Boga i potrzebie zaakcentowania tej prawdy we współczesnym świecie, to choć nie ma w tekście Dives in misericordia nazwisk, jestem pewien, że w gdy pierwszych numerach encykliki Papież pisze, że w świecie wiele osób podejmuje kult miłosierdzia, to chodzi mu o dziedzictwo świętej Faustyny Kowalskiej i dzieło sługi Bożego ks. Michała Sopoćko, którego proces beatyfikacyjny jest zakończony.

Encyklika jest oparta w swoich źródłach teologicznych na przesłaniu biblijnym oraz dokumentach Kościoła. Jan Paweł II nie podjął tego tematu jako pierwszy, ale pogłębił widzenie biblijne. Przeprowadził egzegezę biblijną zjawiska miłosierdzia oraz terminów, które go dotyczą.

Jaki obraz Boga wyłania się z tej encykliki?

Najwięcej mówi jej tytuł: Bóg bogaty w miłosierdzie. Jest to zaczerpnięty z Biblii obraz miłosiernego ojca. Jego postać jest obecna w całym dokumencie. W pogłębionej analizie przypowieści o miłosiernym ojcu Bóg jest przedstawiony jako ten, który przygarnia każdego człowieka. W świetle takiego postrzegania Boga inaczej jawi się ludzki grzech, ludzkie zło. Powinno ono być dostrzeżone, bo miłosierdzie nie przekreśla zła, nie pomniejsza go, ale pokazuje sposób dojścia do Boga, uzyskania przebaczenia. Dokonuje się ono w Kościele przez sakramenty święte. Oczyszczenie ze zła człowiek może uzyskać również poprzez służbę miłosierną. Są to dwa sposoby spotkania z miłosiernym Bogiem: jeden kultyczny, religijny — sakramenty, modlitwa, cześć Bogu miłosiernemu oraz drugi — postawa człowieka na płaszczyźnie społeczno–egzystencjalnej rozumiana jako cnota miłosierdzia, świadectwo. Jedna forma nie wyklucza drugiej. Człowiek, który korzysta z miłosierdzia Boga, nie może być niemiłosierny. Papież bardzo podkreśla, nawiązując do błogosławieństwa Chrystusa: „Błogosławieni miłosierni, bo oni miłosierdzia dostąpią”.

Papież rysuje relację między sprawiedliwością a miłosierdziem. Czy mógłby Ksiądz ją wyjaśnić?

Trzeba na tę relację spojrzeć z historycznego punktu widzenia. Niektóre poglądy w teologii przeciwstawiały miłosierdzie sprawiedliwości. Ta encyklika eksponuje, że miłosierdzie jest podstawą sprawiedliwości, a więc nie ma sprawiedliwości bez miłosierdzia. W przeciwnym wypadku sprawiedliwość byłaby zimna i nieludzka. Z drugiej strony nie można mówić o miłosierdziu jej pozbawionym, ponieważ wtedy przekreślilibyśmy czy umniejszyli pojęcie zła, wprowadzilibyśmy relatywizm. Bóg, będąc miłosierny, nie może nie być sprawiedliwy.

Z tego wynika, że o tyle jestem sprawiedliwy, o ile zachowuję w swoim domaganiu się sprawiedliwości wzgląd na osobę, jej godność. Człowiek ze względu na wyższe racje może bowiem zrezygnować z roszczeń wynikających ze sprawiedliwości. Czytamy w Ewangelii wiele przypowieści o człowieku, który darował dług należący mu się ze sprawiedliwości, okazał postawę miłosierdzia, widząc pewne racje. To nie oznacza, że dług przestał być długiem. Sprawiedliwość i miłosierdzie współistnieją ze sobą. Papież w swoim dokumencie Tertio millennio adveniente przygotowującym jubileusz milenium, mając na względzie sytuację społeczno–gospodarczą w świecie, pisał o potrzebie darowania długów krajom ubogim. Gdy państwo jest zadłużone, dług trzeba spłacić ze sprawiedliwości, ale powinna wejść tu postawa miłosierdzia, darowanie go.

Jan Paweł II twierdzi, że nie można mówić o miłosierdziu, jeżeli doznający go nie czuje się obdarowany.

To jest novum, zwłaszcza w aspekcie historycznym. Posługa miłosierdzia w ostatnich wiekach, w wieku XIX i XX została trochę wypaczona. Ten, który dawał, czynił to na zasadzie obdarowującego pana. Stąd przyjmujący dar miał prawo czuć się upokorzony. Zresztą samo słowo „jałmużna” w języku polskim ma odcień pejoratywny, stawia niżej tego, który przyjmuje pomoc. Papież bardzo mocno podkreśla konieczność zrównania dwóch stron, postawienia na jednej płaszczyźnie darczyńcy i darbiorcy, gdyż każdy z nich równocześnie daje i otrzymuje. Dający otrzymuje od tego, kto przyjmuje, dobro duchowe, ma okazję do świadczenia dobra, dostępuje od Boga łaski. Z kolei ten, kto przyjmuje dar, doświadcza dobra wynikającego bezpośrednio z wartości daru. Nie ma tutaj stojącego niżej i wyżej, ponieważ każda ze stron tej relacji stoi na tej samej płaszczyźnie, którą jest godność człowieka.

Papież często pisze w tej encyklice o godności człowieka. Dlaczego ta kwestia pojawia się w kontekście mówienia o Bogu miłosiernym?

Można byłoby się zdziwić, gdyby się nie pojawiła. Miłosierdzia potrzebuje ten, czyja godność została naruszona lub zatracona. Człowiek mógł sam swoją godność naruszyć lub utracić, mógł tego dokonać ktoś inny. Przykładów jest wiele. Przywołajmy szczególne: potrzebowali miłosierdzia pierwsi rodzice — Adam i Ewa, gdyż utracili swą godność przez nieposłuszeństwo woli Stwórcy; a biblijny marnotrawny syn, czyż nie zniszczył swej godności i nie oczekiwał miłosierdzia od ojca? W takiej lub podobnej sytuacji jest każdy człowiek: przez własne grzechy wszyscy tracimy swą godność, często jeszcze inni ludzie nas poniżają, stąd też wszyscy potrzebujemy miłosierdzia — Bożego i ludzkiego.

Nawiązując do poprzedniej odpowiedzi, zapytam, w jaki sposób każdy człowiek świadczący miłosierdzie względem bliźniego dostępuje łaski Boga?

Sam Bóg o tym nam mówi i wskazuje zapłatę za czyny miłosierdzia, czyli Jego łaskę. Przypomnijmy te szczególne słowa Boga. Jezus Chrystus, wypowiadając swoje „błogosławieni”, mówi: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7). Tłumacząc zaś przykazanie miłości, powiedział: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5, 44–45). Ucząc wrażliwości wobec potrzebujących, Jezus dodał: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych (…), zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody” (Mt 10,42). Miłość nieprzyjaciół i modlitwa za nich, podanie spragnionemu kubka wody — to podstawowe czyny miłosierdzia. Za nie człowiek dostępuje miłosierdzia, staje się synem Ojca, który jest w niebie; to wszystko są postacie Bożej łaski, której dostępują świadczący miłosierdzie bliźnim.

Papież pisze, że miłosierdzie jest odpowiedzią Boga na zło świata.

Nawet podkreśla, że miłość Boga w dziejach świata naznaczonego złem nie może się objawiać inaczej, jak tylko jako miłosierdzie. Jako grzeszni ludzie potrzebujemy od Boga miłości, którą Papież nazywa miłosierdziem. Człowiek nie może się bez niego obyć, bo nie może sam, z własnej woli, uzyskać uwolnienia od zła, czyli przebaczenia. Dokonuje się ono tylko i wyłącznie z inicjatywy Boga, która wyraża się w całym dziele zbawczym. Inicjatywa ta trwa i jest kontynuowana w Kościele, zwłaszcza w posłudze sakramentalnej. Nie mogę do Boga wrócić inaczej, jak tylko dzięki miłosierdziu czy poprzez nie. Jako człowiek nie mam mocy, by przełamać zło, którego jestem sprawcą. Podobnie jest w życiu społecznym. Najbardziej mogę się zbliżyć do drugiego człowieka, jeśli jest on w potrzebie duchowej, materialnej. Warunkiem tej posługi jest naznaczenie jej prawdziwą miłością. W przeciwnym wypadku wracamy do jałmużny czy litości, która poniża jednych i wywyższa drugich.

W tym kontekście naszą odpowiedzią na miłosierdzie jest nawrócenie.

Człowiek, który się opowiedział za Bogiem, dokonuje nawrócenia ciągle. Nawiązując do słów poety: „Raz na wieki uczyniwszy wybór, w każdej chwili wybierać muszę”, można powiedzieć, że to wybieranie jest nieustannym nawracaniem się, czyli unikaniem zła. Papież mówi, że miłosierdzie jest wydobywaniem dobra spod nawarstwień zła. Mogę okazywać sobie miłosierdzie, jeżeli sam się wyzwalam ze zła. Wtedy jestem darczyńcą i obdarowanym. Natomiast naszą odpowiedzią na otwarcie się Boga miłosiernego jest chęć skorzystania z Jego miłości. Można tu przywołać obraz miłosiernego ojca, który czekał na marnotrawnego syna, wychodził na drogę i wypatrywał. Doczekał się. Ja, któremu Bóg wyświadcza miłosierdzie, mogę nie skorzystać z tego miłosierdzia. Bóg jest miłosierny i czeka, ale czy człowiek z tego skorzysta? Oby każdy z nas był w roli powracającego syna. Zawsze mamy pewność, że spotkamy miłosiernego Ojca, który przyjmuje w otwarte ramiona. Ojciec miłosierny jawi się inaczej niż człowiek. Człowiek, przebaczając komuś, zawsze coś wypomni winowajcy. „Przebaczam ci, ale widzisz, coś narobił, ileż tego zniszczonego dobra”. Ojciec miłosierny nic nie mówi, co więcej — obdarowuje syna, czyli przywraca go do godności, którą utracił.

Marnotrawny syn mówi w pierwszej osobie: „Ojcze, zgrzeszyłem”. To ważne, bo w dzisiejszym świecie, kiedy człowiek wyznaje grzechy, mówi często w formie bezosobowej: „Grzeszyło się, nie odmawiało się pacierza, nie chodziło się do kościoła, przeklinało się…”. Syn marnotrawny jest świadomy swego zła, mówi: „nie jestem godzien nazywać się twoim synem”. Bierze odpowiedzialność za swoje zło i zgadza się ponieść jego konsekwencje: „uczyń mnie choćby jednym ze swoich najemników”. Przyjmuje pokutę. Bardzo często współczesnemu człowiekowi trudno podejść tak krytycznie do swego zła, postawić sobie pytanie: „Co teraz chcę z tym uczynić? Jakie podejmę kroki nawracania? Co zaproponuję, żeby wyrównać krzywdę?”. To są ważne pytania w relacjach społecznych.

Papież mówi, że dzisiejszy świat woła o miłosierdzie. Czy rzeczywiście nasz świat jest świadomy tej potrzeby? Czy nie zamyka się w pysze?

W encyklice mamy fragment o zagrożeniach świata. Największe są te, które sam sobie człowiek przygotuje. Czy wszystko, co mieści się w popularnym rozumieniu słowa postęp, rzeczywiście sprzyja rozwojowi człowieka? Czy wszystko, czego autorem jest człowiek, faktycznie rozwija w sensie integralnym jego człowieczeństwo? W kontekście zagrożenia, które człowiek sam sobie wytwarza, okazuje się, że bardziej dziś boi się on tego, czego sam dokonał, aniżeli sił przyrody w przeszłości.

Gdzie ma się zatem zwrócić? Nie do drugiego człowieka, bo jest on tym, który zagraża, często jest bezduszny, bez miłosierdzia. Potrzebuje więc innego ratunku. Postać miłosiernego Boga jawi się jako jedyne źródło ucieczki. Jeżeli zabrakłoby Go, człowiek staje przed nieprzebytym murem, na krawędzi otchłani. Wobec doświadczenia niesprawiedliwości świata i jego zagrożeń sam obraz Boga jest już bardzo optymistyczny. Człowiek, doświadczając zagrożeń, własnego zła i grzechu, coraz jaśniej przekonuje się, że nie ma innej możliwości, jak pomoc Boga.

Istnieją rozmaite teorie rozwoju społecznego. Żadna nie gwarantuje osiągnięcia celu, nie poprawi bytu ludzi, nie pokona lęku, który w sobie noszą. Brakuje otwarcia na miłosierdzie Boga, na Jego łaskę, brakuje postawy miłosierdzia jako cnoty, która gwarantuje komfort psychiczny, spokój duchowy płynący z zawierzenia miłosiernemu Boga. Gdyby ludzkość zaczęła praktykować tę postawę, nie mielibyśmy się czego obawiać. Jeden drugiego by nie oszukiwał ani nie okradał. Człowiek byłby ocalony w sferze duchowej, w sferze psychicznej, a także cielesno–materialnej. W takiej sytuacji wolałbym doświadczać krzywdy od innych, ale mieć poczucie, że nikogo nie krzywdzę. Wolałbym doświadczać braku miłosierdzia, ale mieć poczucie, że jestem sprawiedliwy i miłosierny.

Tu znowu można się odwołać do błogosławieństw Chrystusowych. „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości”. Weźmy łacińskie słowo beatus, to znaczy szczęśliwy. Jak może być szczęśliwy człowiek, który cierpi prześladowanie? Jednak czy rzeczywiście szczęśliwszy jest ten, kto sprawia cierpienie? Może jednak ten, który cierpi? W kontekście biblijnym bardziej szczęśliwy jest ten, który doświadcza niesprawiedliwości, niż ten, który jest niesprawiedliwy, bo to on zasługuje na akceptację Boga, na jego miłosierdzie.

To jest program dla herosów moralnych. Większość z nas potrzebuje miłosierdzia, bo wszyscy grzeszymy. Czy jest możliwe, by ten świat uznał potrzebę Bożego miłosierdzia?

Nie mam wątpliwości, że jest możliwe uznanie przez ludzi potrzeby Bożego miłosierdzia. Tę możliwość upatruję w naturze ludzkiej — rozumnej i wolnej. Człowiek rzeczywiście zastanawiający się nad sobą, z pewnością — zwłaszcza uwzględniając własną grzeszność — jest świadomy, że sam sobie „ze sobą nie poradzi”, potrzebuje więc Boga — Jego pomocy, czyli Bożego miłosierdzia. Faktem jest, że różne zawiłości świata zewnętrznego oraz — a może szczególnie — zawiłości własnej natury, problemy ludzkiego wnętrza, utrudniają, nawet blokują uświadomienie potrzeby pomocy Boga oraz zwrócenia się o to do miłosiernego Ojca. Stąd też niekiedy dopiero wyjątkowe doświadczenia osobiste lub zewnętrzne okoliczności życia pozwolą człowiekowi doświadczyć takiej potrzeby. Trafną ilustracją tego problemu może być postawa młodego chłopaka, którego pokazano kiedyś w telewizji, a który wypowiedział charakterystyczne słowa: „Pan Bóg jest mi bardziej potrzebny niż ja Panu Bogu”. Trzeba wiedzieć, że powiedział to chłopak opuszczony przez rodziców, w sposób bohaterski opiekujący się swoją małą siostrą, który przeżył już wiele biedy i krzywdy. Życzę wszystkim, aby w swoim sumieniu i sercu zawsze nosili przekonanie, że Bóg jest człowiekowi bardziej potrzebny niż człowiek Bogu. Takie przekonanie jest szczególnym wyrazem potrzeby Bożego miłosierdzia.

Jaki program dla Kościoła wynika z tej encykliki?

Odpowiedź na to pytanie trzeba rozpatrywać na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to kultyczno–religijna. Widziałbym tu przede wszystkim kult Bożego miłosierdzia w formach zaproponowanych przez objawienia siostry Faustyny i opracowanych przez ks. Michała Sopoćkę. Mam na myśli koronkę, litanię i nowennę do miłosierdzia Bożego oraz celebrowanie Niedzieli Miłosierdzia. Tekst Jana Pawła II jest też wezwaniem do podejmowania tematu miłosierdzia w badaniach teologicznych. Kontynuacją są myśli przekazane przez Papieża podczas ostatniej pielgrzymki eksponujące prawdę o miłosierdziu Boga i zawierzające jemu świat. Wprawdzie były one związane bezpośrednio z poświęceniem sanktuarium w Łagiewnikach, ale nauczanie Ojca Świętego ma w tym wypadku wymiar uniwersalny.

Druga płaszczyzna, na której warto podejmować przesłanie encykliki, to postawa miłosierdzia. Chodzi o ciągłe uświadamianie światu potrzeby miłosierdzia w różnych aspektach, oczyszczenie samego pojęcia miłosierdzia, przypominania, że każdy z nas go potrzebuje.

Takie dzieła są podejmowane. Wskazałbym chociażby opiekę nad zagrożonym życiem. Czyż nie jest aktem miłosierdzia ochrona życia nienarodzonego albo życia kończącego się? Niech ludzkość zrozumie, że przeciwieństwem eutanazji jest miłosierdzie, opieka paliatywna nad chorymi. Brałem kiedyś udział w forum poświęconym eutanazji. Była na nim lekarka zajmująca się od wielu lat opieką paliatywną. Zapytana, czy któryś z chorych zwrócił się do niej z prośbą o przyspieszenie śmierci, odpowiedziała zdecydowanie: nikt. Miłosierne pochylenie się nad chorym jest zatem odpowiedzią wszystkim zwolennikom eutanazji. Kościół wezwany jest do głoszenia i czynienia miłosierdzia we wszystkich krytycznych momentach życia ludzkiego. Miłosierdzie to również wezwanie do spieszenia z pomocą materialną, zarówno przez indywidualne osoby, jak i w wymiarze ogólnoludzkim, przez takie organizacje, jak Caritas czy podobne. One nie muszą nawet wprost być związane z Kościołem. Daj Boże, by współpraca pomiędzy różnorakim organizacjami charytatywnymi się rozwijała i pogłębiała.

Papież podkreśla potrzebę modlitwy, wołania o miłosierdzie. Jaka jest rola odwoływania się do miłosierdzia Boga w modlitwie?

Skoro człowiek uświadamia sobie, że miłosierdzie Boże jest mu potrzebne i nawet zimna kalkulacja podpowiada mu, że potrzebuje bardziej miłosierdzia niż sprawiedliwości, to w sposób naturalny będzie o nie wołał do Boga. Treścią prawie każdej modlitwy są prośby o miłosierdzie. Tak jest chociażby w Ojcze nasz, w którym pierwsza prośba o dobro duchowe, o zbawienie, jest wołaniem o coś, co jest uwarunkowane miłosierdziem Boga. W konsekwencji można powiedzieć, że prosząc Boga o jakiekolwiek dobro, proszę Go o miłosierdzie. Jeżeli Bóg staje mi się najbliższy, to dzieje się tak właśnie przez miłosierdzie. Jeżeli w modlitwie mam Boga uwielbiać, to najbardziej za miłosierdzie. Skoro człowiek ma potrzeby materialne i nie może im zaradzić, to też prosi Boga o miłosierdzie. W Modlitwie Pańskiej wołamy: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” — zwracamy się do Boga, żeby natchnął ludzi, którzy mogą mi pomóc. Istnieje wiele świadectw o tym, że ktoś niespodziewanie spotkał się z czyjąś pomocą. W kategoriach wiary dostrzegamy tu działanie Boga miłosiernego poprzez ludzi. Jest potrzeba modlitwy o miłosierdzie. Zresztą, popularność objawień Faustyny wskazuje na głęboko tkwiące w człowieku pragnienie przylgnięcia do Bożego miłosierdzia, jest znakiem potrzeby ludzi, by w taki sposób czcić Boga, w taki sposób realizować swoje chrześcijaństwo.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Bez miłosierdzia nie ma sprawiedliwości
Józef Zabielski

urodzony 19 września 1953 r. – polski duchowny katolicki, kapłan archidiecezji białostockiej, teolog, etyk, prof. dr hab. UKSW, rektor AWSD w Białymstoku, prałat, kanonik gremialny Kolegiackiej Kapituły Krypniańskiej....

Bez miłosierdzia nie ma sprawiedliwości
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....