Bezpieczna telewizja

Paweł Kozacki OP, Tomasz Jastrzębowski: Skąd u Pana, absolwenta filologii polskiej KUL–u, wzięła się fascynacja mediami elektronicznymi? Jak wyglądała Pana droga do prezesury w telewizji?

Waldemar Gasper: Z telewizją związałem się nie dlatego, że ją bardzo lubię, ale dlatego, że jest bardzo ważna w kształtowaniu postaw. Zdałem sobie sprawę, że jeżeli ktoś chce, by wyznawane przez niego wartości były obecne w życiu publicznym, kształtowały wybory cywilizacyjne i kulturę, musi uczestniczyć w tworzeniu mediów elektronicznych.

Pracę w mediach rozpocząłem od „ResPubliki”. Gdy byłem studentem KUL–u, do współpracy zaprosił mnie Marcin Król. Moim zadaniem było wówczas założenie wydawnictwa książkowego „ResPubliki”. Później wydawałem „Tygodnik Literacki”. Rychło się jednak okazało, że zadajemy zbyt kłopotliwe pytania o literaturę. W rozumieniu politycznych decydentów odnosiły się one do całej sfery publicznej. W budżecie Ministerstwa Kultury nie znaleziono pieniędzy na pismo, w którego radzie programowej byli m.in. Gustaw Herling–Grudziński, Artur Międzyrzecki czy Ryszard Przybylski.

Następnie założyłem „Debatę”. Pismo miało niewielki nakład — 1,5 tys. egzemplarzy — a mimo to było bardzo opiniotwórcze, wpływało na postawy elit nielewicowych. W „Debacie” przedstawialiśmy opinie na temat państwa, w którym chcielibyśmy żyć, cywilizacji, jaką byliśmy gotowi budować.

Po nominacji Wiesława Walendziaka na stanowisko prezesa TVP Maciej Pawlicki, dyrektor Programu 1, zaproponował mi funkcję osoby odpowiedzialnej za programy polityczne i publicystyczne. Odpowiedziałem, że kultura jest ważniejsza. Chciałem się nią zajmować choćby po to, aby bronić jej autonomii wobec polityki, aby pokazywać, że polska kultura jest całością. W rezultacie zostałem szefem redakcji kulturalnej, społecznej, widowisk artystycznych i rozrywki.

Interesowało nas promowanie wartości oraz postaci ważnych dla kultury narodowej, które powinny oddziaływać na życie intelektualne i społeczne. Efekty naszej pracy były widoczne. Okazało się, że to, co miało być balastem — wypełnianie tzw. misji telewizji publicznej, czyli edukacja w sferze kultury narodowej, zachowywanie pamięci historycznej, żywe spory o kształt naszej kultury i historii — wszystko to zostało zaakceptowane przez widzów. Przełożyło się to na znakomite efekty gospodarcze Programu 1. Zatrzymana została spadkowa tendencja oglądalności, wzrosła liczba ocen dobrych i bardzo dobrych przyznawanych przez telewidzów. Wzrosły wpływy reklamowe. Okazało się, że prawda jest ciekawa a dobro może być atrakcyjne.

Ci pracownicy Woronicza, którzy bali się zmian, początkowo przezywali nas: „wucety” — to był wypromowany na łamach tygodnika „Nie” skrót od wartości chrześcijańskich. Później pieszczotliwie nazwano nas „pampersami”, uznając, iż jesteśmy podobno nieprzygotowani do profesjonalnego tworzenia oferty programowej, że doprowadzimy do katastrofy finansowej i organizacyjnej. Obiektywne wyniki finansowe i dane o wielkości widowni sprawiły, że określenie „pampersy” zaczęło być używane bardziej ambiwalentnie. Okazało się, że to „fachowcy” z epoki Sokorskiego i Szczepańskiego nie rozumieją współczesnej telewizji, dlatego uciekali i dzisiaj znowu uciekają w banał, w ideologię, w najbardziej wulgarne przekroczenia obyczajowe i estetyczne.

Gdy zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia telewizji, programy cieszące się dużą popularnością były zdejmowane z anteny. Zniszczono „Swojskie klimaty”, cykl „Kultura duchowa narodu”, wiele innych programów rozrywkowych i publicystycznych. Zamiast kryteriów warsztatowych stosowano kryterium poprawności politycznej.

Po odejściu z publicznych mediów zastanawialiśmy się, jak uczestniczyć w rynku medialnym. Większość z nas związana jest ze słowem pisanym, myśleliśmy więc o narzędziach prasowych i wydawnictwach książkowych. Wkrótce jednak Wiesław Walendziak został poproszony przez biskupów o pomoc w uruchomieniu Radia Plus. Ja z kolei zostałem zaproszony do współpracy przez Prowincję Ojców Franciszkanów. Miałem pomóc w odpowiedzi na pytanie: czy i w jaki sposób można stworzyć samodzielną organizacyjnie i finansowo telewizję katolicką. Owocem tej współpracy był projekt, który roboczo nazywaliśmy Telewizją Familijną.

Ma to być stacja uniwersalna, w której obecne są wszystkie gatunki sztuki telewizyjnej, a cały przekaz będzie nakierowany na promowanie stylu życia oraz wartości wynikających z religijnych wyborów ludzi. Telewizja ta ma pełnić funkcję informacyjną, tłumaczyć sens bieżących wydarzeń oraz przedstawiać ich bohaterów. Mam nadzieję, że da ludziom godziwą, niedeprawującą rozrywkę.

Istnieje jednak powszechne przekonanie, poparte zresztą badaniami, że wysoką oglądalność zapewniają raczej programy niezgodne z chrześcijańskimi wartościami, wypełnione przemocą i seksem.

Nie da się tej prawidłowości udowodnić, jeśli na danym rynku telewizyjnym zostaje stworzony monopol jednej wizji programowej, jeśli widz może wybierać tylko pomiędzy brutalnością w telewizji publicznej i brutalnością w telewizji prywatnej, kiedy jego wybór sprowadza się do alternatywy pomiędzy różową serią w TVN–ie i Różową Landrynką na Polsacie. Można natomiast łatwo pokazać, że programy rozrywkowe, informacyjne, filmy pozbawione agresji i brutalności sprzedają się lepiej. Badania polskiej widowni telewizyjnej prowadzone podczas ubiegłorocznych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego pokazały, że najliczniejszą widownię zgromadziły kolejno: film o życiu Jezusa Chrystusa, świąteczne odcinki seriali „Klan” i „Złotopolscy” (relatywnie bardzo przecież konserwatywnych i próbujących dostosować się do lokalnego kontekstu), czwarte miejsce zajął film z cyklu przygód Jamesa Bonda, też stosunkowo najbardziej konserwatywnej wersji kina akcji. Prezesi różnych polskich stacji telewizyjnych w ogóle nie byli w stanie zrozumieć tych wyników i logicznie ich skomentować. Przecież nasycili swoje świąteczne oferty najbardziej brutalnym kinem akcji, dodali trochę ostrej erotyki o obyczajowej prowokacji, a tu taki „skandal”. Ten i wiele innych przykładów udowadnia empirycznie, że zło nie jest bardziej fotogeniczne niż dobro, że koniec końców ludzie, zmęczeni codziennym brakiem smaku, czekają po prostu na normalność. Z przeprowadzonych przez nas badań, wynika, iż najbardziej pożądana jest telewizja bezpieczna, przy której mogliby razem zasiąść dzieci i rodzice, nie bojąc się, że zostaną nagle poczęstowani obyczajowym przekroczeniem, na które wcale nie mają ochoty.

Mocno zakorzeniony zabobon głoszący, że tylko zło jest „komercyjne”, że ludzie na zło czekają, wynika z tego, że tak właśnie postrzegają świat osoby tworzące dzisiaj stacje komercyjne i publiczne. To jest swoiste perpetuum mobile. Ludzie o wykrystalizowanych, czasem bardzo skrajnych poglądach tworzą media komercyjne i publiczne, a promując przemoc i brutalność, wychowują sobie odbiorcę, który z braku innej propozycji, wybiera wulgarne programy.

Obecną sytuację na rynku telewizyjnym porównuję czasem do potencjalnej sytuacji, w której na rynku słodyczy dostępna byłaby tylko gorzka czekolada. Konkuruje ze sobą wielu jej producentów, którzy w ogóle nie proponują „banalnej” czekolady mlecznej. My oferujemy czekoladę mleczną, bo ludzie na nią czekają, tyle że nie mają szansy zrealizować swojej potrzeby na pozornie pluralistycznym, a w rzeczywistości bardzo głęboko zmonopolizowanym rynku.

Wchodzicie Państwo na rynek już ukształtowany. Czy nie obawia się Pan, iż za jakiś czas będziecie musieli zrezygnować z pewnej części wartości, gdyż okaże się, że telewizja nie jest w stanie osiągnąć wymaganego poziomu oglądalności?

Chcemy tworzyć media, które posiadać będą zdolność samofinansowania, ale naszym celem nie jest maksymalizacja zysku. Mamy pełną świadomość, że przy użyciu mniejszych środków można by osiągnąć ten sam albo nawet większy zysk. Zamiast tworzyć kosztowny program informacyjny moglibyśmy przecież kupić kilka odcinków telenoweli.

Nie musimy robić wszystkiego, by zarobić jeszcze więcej pieniędzy. Nasi inwestorzy nie są nastawieni na maksymalizację zysku. Nie zrezygnujemy np. z talk–show Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny na rzecz „Wielkiego Brata” — programu żerującego na pokusie podglądactwa.

Noszę w sobie głębokie przekonanie, że ludzie są normalni. To trywialne stwierdzenie. Jednak jeżeli się żyje w pewnej medialnej maszynce, jest się poddawanym pewnym napięciom, emocjom. Wtedy traci się kontakt ze swoimi odbiorcami, zamyka się we własnym świecie. Ludzie lubią rozrywkę, film kryminalny czy sensacyjny, nawet z dreszczykiem, ale nie lubią epatowania skrajną przemocą i brutalnością. Wbrew temu, co głoszą autorytety medialne, że nie da się udowodnić związku pomiędzy tym, co się ogląda, a życiem emocjonalnym i zachowaniem, rodzice chcą chronić swoje dzieci przed agresywnymi obrazami. Jedną z największych, naturalnych tęsknot ludzkich jest pragnienie bycia bezpiecznym, widzowie nie chcą być straszeni, oglądać filmów z rozbryzgiwanymi na ścianach mózgami ani programów informacyjnych perwersyjnie skupiających się na pokazywaniu zbliżeń ofiar zbrodni i zamachów.

Warto posłużyć się przykładem amerykańskim. Telewizje niepłatne, niekodowane, robią to, co w Polsce nazywa się dzisiaj cenzurowaniem (nie rozumiejąc sensu pojęcia cenzury), a tak naprawdę chronią swoich widzów przed niepotrzebną przemocą czy wulgarnością. Można wyobrazić sobie sytuację, w której jedna lub dwie sceny decydują o niedopuszczeniu filmu do emisji w otwartej telewizji amerykańskiej lub w Telewizji Puls. Kupując filmy, staramy się o zgodę, by przygotować wersję, która nie wywoła dyskomfortu u publiczności. Tak robi np. BBC, zarówno z filmami, jak też z teledyskami. Polscy specjaliści od piętnowania cenzury obyczajowej prawdopodobnie nawet o tym nie wiedzą.

Mamy to szczęście, że tworzymy telewizję katolicką. Katolicy w Polsce są bardzo różni, dokonują różnych wyborów politycznych. Nasza stacja nie może być telewizją partykularnego wyboru, a jednocześnie nie może być neutralna światopoglądowo. Tłumacząc sens wydarzeń życia publicznego i politycznego będziemy w świadomy sposób nawiązywać do tego, czego naucza Kościół.

Nie rezygnują Państwo z emisji filmów sensacyjnych, kryminalnych. Gdzie wytyczają Państwo granice między filmami, które będą mogły być pokazane, i tymi, które wyemitowane nie zostaną?

Byłbym dumny i szczęśliwy, gdybyśmy mogli pokazać np. Braveheart. Tam też pokazuje się walczących, ginących ludzi. Jednak te sceny nie służą przestraszeniu widzów. Przypominają o wierności, o lojalności, o patriotyzmie, mówią o cenie, jaką za kultywowanie tych cnót trzeba nieraz płacić. Nie mamy zamiaru tworzyć jakiejś katolickiej wersji „politycznej poprawności”. Chodzi o przekaz i o sens filmu. Istnieje w mediach silna tendencja do emitowania filmów, w których pokazuje się zbrodnie i udowadnia, że zbrodniarze są sympatyczniejsi od goniących ich przedstawicieli prawa. Relatywizuje się wybory etyczne. Nam zależy na pokazywaniu filmów, w których dobro zwycięża ze złem, w których dobro nazywane jest dobrem. Jednocześnie nie chcemy pokazywać świata nieprawdziwego, uładzonego, w którym nic złego się nie dzieje, w którym wszyscy się kochają. Po prostu nie chcemy epatować złem, przemocą, agresją. Dotyczy to również programów informacyjnych.

Nasza hierarchia tematów jest inna niż w konkurencyjnych mediach. Co innego uważamy za ważne. Obowiązkiem dziennikarza, zwłaszcza katolika, jest pokazywanie świata takim, jaki on jest. W wielu swych wypowiedziach mówi o tym również Ojciec Święty. W tym świecie istnieje również zło. Trzeba je nazywać po imieniu i pokazywać, jak je pokonać.

Istnieje taki stereotyp, że dziennikarz nie powinien komentować, tylko ograniczyć się do pokazywania tego, co się dzieje. Apologeci tego stanowiska są często właścicielami mediów. Wbrew temu, co deklarują, nie przedstawiają jednak świata takiego, jaki on jest — w zamian ukazują wydarzenia ekstremalne i zwykle nie stronią od ideologicznego komentarza. Czym innym jest poinformowanie, że stało się coś złego, nawet dramatycznego, a czym innym świadome wykorzystywanie ludzkich tragedii i emocji do robienia produktów komercyjnych.

Czy reklamy również będą dobierane pod kątem wartości?

Absolutnie tak. Z całą pewnością niektórych produktów nie będziemy promować bez względu na motywacje reklamodawców i pieniądze, które można by w ten sposób zarobić. Nie wyemitujemy reklamy środków antykoncepcyjnych, nie będziemy promowali pewnych poglądów, np. że eutanazja czy adopcja dzieci przez pary homoseksualne są dobrodziejstwem. Nie będziemy też pokazywać reklam naruszających dobre obyczaje. Widziałem wiele bulwersujących ogłoszeń, które zbudowane są nie na ciekawym, trudnym, nieoczywistym pomyśle twórcy reklamy, ale na prostackim przekroczeniu granic estetycznych i etycznych. Nie pokażemy ich, choćby to była reklama wafelków, perfum czy telefonów komórkowych.

Moim pierwszym doświadczeniem „cenzorskim” na tym polu było zatrzymanie — jeszcze, gdy pracowałem w TVP — reklam, które miały jakoby zapobiegać AIDS. Chodziło o dużą kampanię pod hasłem „prezerwatywa chroni”. Reklamy zrobione były efektownie, ale mówiły nieprawdę. Prezerwatywa nie chroni, a jedynie znacznie zmniejsza możliwość zachorowania. Należy o tym mówić, ale bez wprowadzania w błąd odbiorcy. W dodatku owe reklamy jednoznacznie promowały uprawianie seksu przez ludzi bardzo młodych i w sytuacjach bardzo specyficznych, czyli promowały zwiększenie ryzyka zachorowania.

W zamian przygotowaliśmy szybko inną kampanię pod hasłem: „zaufaj wierności”.

Wydaje się, że zasady, o których Pan mówi, powinny być respektowane zwłaszcza przez telewizję publiczną. Gdyby tak było, dla Telewizji Puls nie byłoby miejsca.

Tak, wtedy skupilibyśmy się tylko na drugim naszym projekcie — kanale tematycznym, który w 100% poświęcony byłby życiu Kościoła. Sytuacja byłaby idealna, gdyby TVP realizowała Ustawę o telewizji publicznej, tzn. respektowała wartości chrześcijańskie, była skoncentrowana na promocji kultury i tożsamości narodowej, rzetelnie informowała, tłumaczyła, gdyby chociaż respektowała zasady dobrego smaku. W związku z tym, że tak nie jest Telewizja Puls będzie odgrywała istotną rolę opiniotwórczą i rynkową.

Przyciągnęliście Państwo do nieistniejącej jeszcze telewizji gwiazdy: Wojciecha Manna, Krzysztofa Maternę, Waldemara Ogińskiego, Krzysztofa Skowrońskiego. Nie są to osoby, które w społecznym odbiorze kojarzy się z promowaniem tradycyjnych wartości, z telewizją katolicką. Jak udało się Państwu zachęcić gwiazdy do udziału w projekcie?

Wszystkie wymienione osoby są katolikami, choć to nie jest najważniejsze. Ci wybitni twórcy, dziennikarze mają — jak sądzę — do nas zaufanie, które zdobyliśmy swoją pracą w telewizji publicznej, a później także w innych mediach.

Gdy zaczęliśmy budować program Pulsu, odbyła się seria spotkań, gdzie panowie Mann i Materna dostali od nas bardzo ciekawą ofertę przygotowywania codziennego talk–show. Tego jeszcze w Polsce nie było. Tylko oni są w stanie zrobić taki kulturalny talk–show rozrywkowy na poziomie, w dobrym stylu, bez chamstwa i agresji.

Waldemar Ogiński został z kolei zaproszony, gdyż robi najatrakcyjniejszy talk–show radiowy. Jest to człowiek, który w naturalny i spontaniczny sposób promuje tradycyjne wartości, zachęca do krytycznego myślenia. Dziwi, niepokoi, denerwuje go szaleństwo tego świata.

Krzysztof Skowroński jest świetnym dziennikarzem, człowiekiem, który prowadzi rozmowy ze swymi gośćmi w sposób profesjonalny i rzetelny. Jego wywiady są niezwykle pożyteczne, bo dowiadujemy się o poglądach, planach politycznych zaproszonego gościa, a nie o emocjach czy odczuciach gospodarza programu.

Prawdziwymi gwiazdami są także inne osoby związane z naszą stacją: Jacek Łęski, Piotrek Semka i wiele, wiele innych.

Oferta programowa będzie bogata, planujemy sporo publicystyki w atrakcyjnej formie. Bardzo wierzę, że uda nam się również zrobić program o cudach, bo one zdarzają się codziennie. Osobiście zdarzył mi się cud, bo po pożarze mojego domu żyję, jestem zdrowy, spędziłem w szpitalu dwa tygodnie, a nie pół roku. Wielu z nas odczuwa Bożą obecność, miłosierdzie. Jesteśmy przekonani, że uda nam się zrobić program, który będzie w prawdziwy i atrakcyjny sposób mówił o rzeczywistości nadprzyrodzonej.

Czy nie obawia się Pan, że w sytuacji nie zawsze najwyższych notowań Kościoła w Polsce, przymiotnik „katolicka” może być utrudnieniem dla nowej telewizji w zdobywaniu widzów?

Boję się przede wszystkim odpowiedzialności, bo słowo „katolicka” zobowiązuje. Wielu katolików opacznie rozumie pojęcie mediów kościelnych. Radio, telewizja katolickie mogą być bardzo różne. Media te mają swoją misję do wypełnienia. Jest to misja ewangelizacyjna. Słowo Boże winno być tam obecne, aby docierać do jak największej grupy odbiorców.

Misję ewangelizacyjną w mediach można realizować na różne sposoby. Po pierwsze poprzez tworzenie mediów konfesyjnych, które skupiają się na tym, by pogłębiać życie sakramentalne. Są one bardzo ważne i potrzebne. Z tego powodu wspieramy tworzenie tematycznego kanału telewizji „Niepokalanów”. Chciałbym, by pojawił się on jednocześnie ze startem Pulsu. Będzie częściowo tworzony przez ludzi naszej stacji i Radia Plus.

Jednak media katolickie są także uniwersalne, ich twórcy starają się kształtować swój przekaz, pamiętając, że ludzie mają również inne potrzeby. Oprócz modlitwy, wiedzy o tym, co się dzieje w Kościele, potrzebują także wiedzy o kraju i świecie. Ludzie pragną odpoczynku i zabawy. W ten sposób media katolickie również mogą realizować swoją misję.

Dlaczego stacja zmieniła nazwę? Telewizja Familijna wyraźniej określała adresata.

Szukaliśmy nazwy adekwatnej dla całej oferty programowej, bo ona nie wyczerpuje się tylko w telewizji familijnej.

Wybór nazwy, budowanie marki, kampania promocyjna to rzecz niesłychanie skomplikowana. Wynajęliśmy profesjonalne firmy, które przebadały wszystkie nazwy.

Nazwa „Familijna” była zawężająca, budziła skojarzenia typu: „Walt Disney”, czyli świat miękki i uproszczony. Tymczasem nasza stacja będzie pełną, uniwersalną telewizją. Respondentom w badaniach focusowych nazwa „Familijna” podobała się znacznie mniej niż „Puls”.

Nazwa „Puls” kojarzona może być z „Pulsem dnia”.

Tego bym się nie obawiał. „Puls dnia” miał od kilkunastu do kilkudziesięciu procent oglądalności w prime time. Program miał 70% ocen bardzo dobrych. Prowadzący należeli do najpopularniejszych dziennikarzy. „Puls dnia” był symbolem dziennikarstwa niezależnego, dociekliwego, ambitnego. Jeżeli byłoby takie skojarzenie, to bardzo dobrze.

Programy religijne kojarzą się często z nie najwyższym poziomem. Państwo, tworząc nową telewizję, stawiacie na profesjonalizm…

Każda z osób tworzących Puls miała możliwość pracy w dużych stacjach komercyjnych. Fakt, iż przyciągnęliśmy znane telewizyjne gwiazdy, jest dowodem, że chcemy tworzyć profesjonalną ofertę ze świadomym przekazem.

Oczywiście istnieje też wymiar finansowy. Każdy biznes może się udać lub nie. Pracujemy ze świetnymi prawnikami z kancelarii Weil, Gotshal & Manges, naszym audytorem jest PriceWaterhouseCoopers, na rynek wprowadza nas agencja reklamowa Publicis. Badania robiły firmy Piotra Gawła, byłego szefa agencji Puris Lintas.

Nasze wyobrażenia były weryfikowane przez badania. Na szczęście to, co zakładaliśmy, tworząc projekt, znalazło swoje odbicie w ich wynikach. Okazało się, że nasze pomysły da się przełożyć na konkretną ofertę programową.

Bycie katolikiem zobowiązuje. Powinniśmy się starać być najlepsi, a nie najgorsi. Musimy umieć wykorzystać talenty, które dostajemy w modlitwie, w rozmowie z Panem Bogiem. Zawsze bardzo mnie martwiło i irytowało, kiedy media dzieliły się na profesjonalne i katolickie.

Martwi mnie także, że w sposób opaczny rozumie się pojęcie „media katolickie”. Tak czynią nasi oponenci. Kto się najbardziej przejmuje tym, czy Puls będzie telewizją wystarczająco katolicką i religijną? — Panowie Czarzasty i Halber reprezentujący SLD w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Martwią się, bo prawdopodobnie nie czytali, a w konsekwencji chyba nie rozumieją dokumentów Kościoła, który traktuje media katolickie nie tylko jako konfesyjne, a w znacznie szerszy sposób.

Czy właściciele koncesji Pulsu, ojcowie franciszkanie, akceptują tę szeroką, propagowaną przez Pana, formę telewizji katolickiej?

Absolutnie tak, rozumieją, że nic nie da ograniczenie rozwoju i oddziaływania katolickich mediów do obszaru wewnętrznego życia Kościoła. Nasi oponenci chcieliby, aby dziennikarze katoliccy zajmowali się jedynie relacjonowaniem oficjalnych celebracji. Tymczasem życie Kościoła to coś znacznie szerszego, to życie każdego z nas.

Znalazłem błyskotliwą definicję Telewizji Puls w słowach Ojca Świętego. Papież napisał po spotkaniu z dziennikarzami: „osobom zaangażowanym w tej dziedzinie przypomniałem, że spoczywa na nich wielka odpowiedzialność za przekazywanie wraz z przyjemną rozrywką pozytywnych treści, zdrowych moralnie, zdolnych przepełniać życie ufnością i miłością”.

Mając poczucie odpowiedzialności, to właśnie chcemy czynić. Chcemy tworzyć telewizję powszechnie oglądaną, chcemy, by katolicy, spędzając czas przed ekranem, znaleźli satysfakcję, mieli poczucie, że obcują z profesjonalistami o szlachetnych zamiarach.

Na koniec pozwolę sobie na bardzo osobiste pytanie. Prezes telewizji jest zapewne człowiekiem wiecznie zabieganym. Jak Pan łączy osobisty wymiar wiary, modlitwy, kontemplacji z obowiązkami zawodowymi?

Tu działa prawo modlitwy. Im człowiek się więcej modli, tym ma więcej czasu. Modlitwa to także refleksja nad tym, co i jak się robi. Rozmowa z Panem Bogiem pozwala lepiej zapanować nad sobą, swoim czasem, emocjami, nadziejami. Uświadamia, że człowiek jest narzędziem.

Najbardziej obawiam się grzechu zaniechania. Nie chciałbym zaniedbać czegoś, co trzeba uczynić, albo działać zbyt pochopnie. Modlitwa pozwala mi przetrwać najtrudniejsze chwile zwątpienia. Ona pomaga nie zwariować, nie uwierzyć, że się wszystko może albo że niczego nie można zrobić. Przed nami trudne zadanie, które realizujemy już czwarty rok. Ciągle pojawiały się przeszkody, przeszkody bardzo poważne i z pozoru nie do przekroczenia. Myślę, że to, co chcemy zrealizować, nie byłoby możliwe, gdybyśmy opierali się tylko na mocach ludzkich. Modlitwa franciszkanów, innych osób i moja to nasze podstawowe paliwo. W modlitwie znajdujemy motywację, nadzieję, ochronę przed szaleństwem. Wiem, że należy odróżnić determinację od postawy, w której cel uświęca środki.

Znalezienie czasu na modlitwę, na lekturę duchową, na różaniec, na udział we Mszy św. to nic trudnego. W ciągu dnia jestem aktywny przez kilkanaście godzin i przekonałem się, że lepiej rozpoczynać dzień od Mszy św. niż od lektury gazet, bo podchodzi się wtedy do rzeczywistości z inną perspektywą. Na gazety poświęcam 15 minut.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

* * *

Telewizja Puls pojawi się na antenie w niedzielę, 18 marca 2001 roku. Stacja będzie obejmowała swoim zasięgiem 50% kraju. Właściciele spodziewają się, że po roku nadawania osiągnie około 4% udziałów w rynku. Stacja wchodzi na dotychczasową częstotliwość Telewizji Niepokalanów, która nie będzie już nadawała z nadajników naziemnych — będzie dostępna za pomocą telewizji satelitarnej i kablowej. Nadajniki naziemne Telewizji Puls znajdują się w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Opolu, Skierniewicach–Bartnikach i Gorlicach. Tam, gdzie Puls nie będzie miał zasięgu naziemnego, należy szukać go wśród oferty satelitarnej, kablowej bądź cyfrowej.

Właścicielem koncesji na emisję programu telewizyjnego, a zarazem większościowym akcjonariuszem spółki Telewizja Familijna S.A. jest Prowincja Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych. Pozostali akcjonariusze to: KGHM Metale S.A., Polskie Sieci Elektroenergetyczne S.A., Powszechny Zakład Ubezpieczeń na Życie S.A., Prokom Investments S.A., Polski Koncern Naftowy Orlen S.A.

Bezpieczna telewizja
Waldemar Gasper

urodzony w 1962 r. – polonista, dziennikarz, publicysta, polityk i menedżer, jeden z liderów środowiska „pampersów”, redaktor prasowy, radiowy i telewizyjny, szef publicystyki kulturalnej Jedynki (1994-1996), doradca premiera J. Buzka (1997-1999)....

Bezpieczna telewizja
Tomasz Jastrzębowski

urodzony w 1976 r. – absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, dziennikarz, twórca i redaktor naczelny magazynu sportowego Olimpik.pl, współpracuje z miesięcznikiem „W drodze”....

Bezpieczna telewizja
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....