fot. fot. dana-devolk/unsplash

Bieg na odchodzenie

Stół wciąż stoi tam, gdzie zawsze. W dużym pokoju, pod oknem. Koronkowy biały obrus dodaje mu godności, ale nie może zasłonić mocno zdartej politury, która – jak pomarszczona skóra – przebija przez koronkowe sploty. Na stole dwie doniczki fioletowych storczyków stojących tu od Dnia Matki: „Zobacz, synku, te kwiatuszki, które od was dostałam, tak długo się trzymają”. A kiedyś tyle się tu działo! Stół zawsze był zajęty. Nie tylko w czasie codziennych i świątecznych posiłków (sześcioosobowa rodzina potrzebowała całego stołu), ale też przez całą resztę dnia. Przy stole Mamusia czytała nam książki, uczyła modlitw i śpiewała piosenki (religijne, patriotyczne, ludowe), a potem zastawiała stół wytworami swojej pracy chałupniczej, polegającej na skręcaniu i malowaniu etui do szminek oraz plastikowych klocków edukacyjnych. Gdy przedmioty te znikały ze stołu, Tato – krawiec – rozkładał na nim swoje materiały i wykroje, a na dywanie pod stołem lądowały ścinki, nitki, czasami nawet igły, których szukaliśmy, chodząc na kolanach po podłodze. Lekcje też odrabialiśmy przy tym właśnie stole, bo mieszkanie o powierzchni 36 metrów kwadratowych nie dawało żadnych innych możliwości. Oczywiście poza łazienką, z której korzystałem, wielokrotnie pisząc wypracowania na blacie pralki. Życie wrzało nie tylko przy stole i na stole, ale również pod stołem. Pamiętam, że wchodziłem tam na stojąco (!), ale tylko po to, by pod nim usiąść i przez długie godziny rozgrywać wyimaginowane mecze drewnianymi klockami (jedenaście z nich starsza siostra pomalowała mi na biało-czerwono). Od czasu do czasu wybłaganą u Rodziców ciężarówką woziłem moich „piłkarzy” na mecze wyjazdowe do sypialni. Gdy teraz znów siadam z Rodzicami przy stole, gdy przyprowadziwszy ich doń wcześniej, ostrożnie i powoli wyjmuję z ich rąk laski, bez których nie dokuśtykaliby do stołu, i gdy kładę przed nimi plastikowe pudełeczka pełne najprzeróżniejszych leków, a Mamusi zawiązuję pod szyją plastikowy śliniak, to przecież nie mogę nie myśleć, że choć stół wciąż ten sam, to my zupełnie inni, że coś się kończy, coś na zawsze odchodzi, a życie już nie wrze, lecz powoli gaśnie.

Nie tylko stół o tym przypomina. Maleńka kuchnia wręcz krzyczy. Niby wszystko jak kiedyś, ale… Duże garnki, które kiedyś ciągle były w użyciu, teraz stoją w szafkach nieużywane: i ten do gotowania bigosu, i ten płaski do gołąbków, i ten, w którym gotowane były pierogi (takie najlepsze, Mamusine, które są tylko w Radomiu – z kiszoną kapustą i mięsem). Wszystkie one ustąpiły miejsca maleńkim garnuszkom, ale nawet w nich Mamusia już nic nie ugotuje. Już nie potrafi. Wychodząc wieczorem od Rodziców, trzeba ściągnąć i schować kurki od kuchenki, by nie można było odkręcić gazu. W szafkach poukładane kawałki materiałów, różne narzędzia i dodatki krawieckie. Ale Tato już niczego nie uszyje. Ręce już nie te. Wszystko już nie takie, jak kiedyś. Szafy wciąż pełne ubrań, ale Rodzice już nigdy ich nie włożą. Nie sięgną też po książki z regałów, bo oczy już dawno odmówiły posłuszeństwa, ani po eleganckie serwisy przeznaczone dla imieninowych i świątecznych gości, bo goście już dawno nie przychodzą. Dzwonią tylko. A i to coraz rzadziej. Notes z numerami telefonów skurczył się do czterech pozycji, do czterech najbliższych osób, na stałe przypisanych czterem pierwszym przyciskom telefonu: 1. Elżunia, 2. Maruś, 3. Wojtuś, 4. Asia. Coś się kończy, coś gaśnie, coś bezpowrotnie odchodzi…

Zostało Ci jeszcze 34% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się