Bodajbyś cudze dzieci…

Bodajbyś cudze dzieci…

Już trochę zapomniałem, jak to jest z małymi dziećmi i młodszą młodzieżą. Starsze dzieci wydoroślały, a i nasz dom na Jamnej ma swój rytm, tradycję i kulturę, które wychowują już trochę za mnie, kiedy tracę instynkt. Na Jamnej wiadomo, jak się zachować: że trzeba się przywitać i pożegnać, i poprosić o błogosławieństwo, wyjeżdżając, że program jest obowiązkowy i że zawsze czeka nas tutaj modlitwa i praca z zachowaniem równowagi. Poza tym na Jamnej wiadomo, że trzeba pracować nie tylko w wyznaczonych godzinach, ale często wtedy, kiedy jest potrzeba, gdy przyjedzie transport i trzeba go rozładować, a nie filozofować albo udawać pobożnego i wołać na modlitwę.

W tym roku w ośrodku powstającym nad Lednicą po raz pierwszy zorganizowaliśmy wakacyjne rekolekcje. Już miałem dość czekania na ukończenie budowy. Miejsce trzeba zasiedlić, zagospodarować, a tego nie da się robić z doskoku. Trzeba wziąć za nie odpowiedzialność. Taki teren nie może leżeć odłogiem, ale musi przynosić plony. Na cały lipiec przeprowadziliśmy się nad Lednicę.

Kiedy do duszpasterstwa w Poznaniu przychodzi młodzież z miasta, z domów czy nawet z akademików, to trudno tak od razu się zorientować, kto jaki jest, bo każdy taki elegancki i elokwentny, spod prysznica, wypachniony. Trudno od razu spostrzec, kto do czego się nadaje i co kto potrafi. Wszyscy mądrze chrząkają, zastanawiają się, cedzą zdania przez zęby, udając refleksję. Doradców też miewam na kopy. Co jeden, to mądrzejszy. Każdy wie lepiej, a jak nie on, to już jego wujek na pewno. Tak jest dopóty, dopóki trzeba coś zrobić naprawdę, zaangażować się, dać swój czas, bo o pieniądze młodzieży nie proszę.

W pierwszym tygodniu lipca zebrała się kilkudziesięcioosobowa grupa usiłująca żyć ze sobą przez tydzień, obłaskawiać Pola Lednickie i nowy dom. Natychmiast spostrzegam, że dzisiejsza młodzież nie ma praktycznych harcerskich umiejętności: rozpalenia ognia, posprzątania po sobie, dostrzeżenia drugiego człowieka, zrobienia czegoś dobrego. Siada i czeka, a na dodatek głośno się przekrzykuje. No cóż, od urodzenia bez obowiązków, wszystko robi mamusia albo pani, która przychodzi mamusi pomagać, a młodzi przekrzykują się, ponieważ od urodzenia żyją w świecie, w którym bez przerwy gra radio albo włączony jest telewizor. I wszędzie nagminnie się spóźniają. Indywidualiści do potęgi, egoiści do kwadratu. Przy tym wspaniali ludzie. Wykładów słuchają z uwagą i przejęciem, angażują się, chociaż trudno im się zabrać do pracy fizycznej. Nie potrafią patrzeć w oczy, kiedy mówią. Emocjonalnie rozchwiani i niezrównoważeni. Kiedy próbuję im zwrócić uwagę, zaraz płaczą i pytają, dlaczego na nich krzyczę albo jestem agresywny. Jeszcze dobrze nie minął tydzień, a już jestem zmęczony, chociaż podobno wyjechałem z młodzieżą na wakacje.

Obserwuję pustynię, jeśli chodzi o wychowanie emocjonalne. Tej młodzieży nikt nie powiedział, że należy wychowywać uczucia i popędy. Że samopoczucie nie jest ostatecznym argumentem. Że emocje i uczucia trzeba trzymać w ryzach i że nie trzeba natychmiast odreagowywać, kiedy ktoś prowokuje. Poziom emocji i przyjemności nie jest wystarczającą racją ani argumentem dla człowieka w służbie wartości. Ale co można zrobić, kiedy wielu działa i reaguje na zasadzie odruchu. Tutaj dopiero widać, co kto otrzymał z domu. Jakaż wdzięczność niektórych dla rodziców, że mieli dla nich czas i czegoś ich nauczyli lub coś przekazali. Jakaż wdzięczność dla tych rodziców, którzy rozmawiali ze swoimi dziećmi.

Jedna z panienek jakby naelektryzowana. Codziennie zaczepia innego chłopaka. Niby nic, ale wykonuje takie mikroruchy, które skupiają na sobie i powalają niejednego. Biedny chłopak ociera z czoła pot i błagalnie spogląda ku tej wzniosłości, którą założyliśmy sobie w programie, ale cóż, dziewczyna nauczyła się wabić. Muszę reagować, ale nie wiem, czy mam walczyć z głupotą, złą wolą czy ludzką słabością. Nie ma siły na chłopaka, który wpadnie w jej szpony. Ona to traktuje jak sport, codziennie świeży. Bawi się jego uczuciami i dziwi się, że ktoś może mieć jeszcze o coś pretensje. Inni niepełnosprawnemu Rysiowi wyjęli śledzie z namiotu i gdy przyszła burza, Rysiu miał wszystko zalane. To miał być podobno dowcip.

Mimo to więcej jest w nich dobra. Dobro zwycięża i powoli toruje sobie drogę do serc i dusz tej młodzieży. Nic mnie tak nie cieszy, jak dorastanie tych młodych dziewcząt i chłopaków. Dorastają do sakramentu pojednania, do eucharystii, do życia we wspólnocie. Z dużym trudem i wysiłkiem uświadamiają sobie swój własny egoizm i egocentryzm. To już dużo. To bardzo dużo, bo gdy się już widzi zagrożenia, to można im przeciwdziałać.

Jakimż cudownym akcentem tego tygodnia było nawiedzenie relikwii świętej Teresy od Dzieciątka Jezus na wzgórzu pod Lednicką Bramą. Dzięki wyobraźni wiary i życzliwości karmelitów poznańskich relikwiarz nawiedzający nasz kraj w drodze z Gniezna do Mogilna, nadkładając drogi, przybył pod Bramę Rybę. Otoczyliśmy go uroczyście i tak mieliśmy spotkanie ze świętą Tereską. Świeciło piękne słońce, przyjechało sporo ludzi, pachniało kadzidłem i różami, a stary ksiądz profesor opowiadał, jak to za sprawą świętej Teresy utwierdził się na drodze do kapłaństwa, w którym czuje się szczęśliwy.

Pierwszy tydzień lednickich wakacji wypadł pomyślnie. Wydarzyło się wiele w samych ludziach oraz na placu budowy. Bardzo postąpiło układanie klinkieru na domu św. Tomasza, została ukończona więźba dachowa, postąpiła także budowa parkingu oraz zaczęto kłaść podłogi w kaplicy i sali głównej. Prac zostało wykonanych tak wiele, że składam na siebie donos z przerostu akcji i aktywności nad kontemplacją, co grozi utratą tożsamości duchownego i daje żer pospólstwu.

Bodajbyś cudze dzieci…
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...