Buena notte. Ciao. Farewell. Dobranoc

Buena notte. Ciao. Farewell. Dobranoc

Napiszę skromnie, bo w świecie poezji, do którego należał Miłosz, dozwolone jest sprawić przyjemność Cieniowi, ale sami wiemy, jak łatwo może omsknąć się noga, i nasza znajomość zmarłego Mistrza postrzeżona zostanie jako ocieranie się podświnka o nagrobek.

1. Stary już nie zagraża. Obalił go czas. Po jego śmierci dyżurne polskie talenty przesuną się o kilka oczek w górę, a może nawet zajmą jego jeszcze ciepłe miejsce, zapewne z paszportem naszej polskiej krytyki, która nie znosi pustki. Ale chcemy tego czy nie — żyjemy i umrzemy w epoce Miłosza. I będzie z nim jak z dwoma innymi wielkimi — Lechem Wałęsą i Janem Pawłem II: wymienią ich trzech na wspomnienie XX wieku w Polsce. A inni? Inni czyż odejdą w przypisy do epoki pisane petitem, pozostaną nieznani, zaliczeni w szeregi Bałuckich? Nazwiska innych pozostaną zapewne w skryptach polonistyki, zasłużyli na to, choć brzmi to bardzo dwuznacznie. Z drugiej strony jednak nie przesadzałbym z liczbą czytelników Miłosza. Zapewne będzie z nim jak i z każdą poezją — jak przepowiedział, będą to wąskie grona czytelników, wyspecjalizowane grupy, zamknięte środowiska, wesoła kompania przyjaciół. Ale czy kiedyś było inaczej? Nie mówię o początkach poezji, ale — dajmy na to — o czasie Wielkiej Emigracji. Ktoś rzucił pomysł, żeby nad zniewoloną Polskę wysłać balony unoszące ulotki z poezją Mickiewicza. Ktoś inny przewidywał fiasko takiej ekspedycji, twierdząc, że gdy ludzie znajdą w polu czy w zagrodzie ulotkę, to pewne, że czytać nie będą, tylko sobie podetrą…

2. Nie miał talentu. Talent to miał na przykład poeta Teodor Bujnicki, który dostał kulę w brzuch od zbyt gorliwych chłopców z podziemia. Staremu zawsze brakowało słów — jak wyznał, język go zawodził i nie sprawiało mu przyjemności układanie słów, ale był wezwany, czy raczej wzywany, żeby zaświadczyć, pochwalać rzeczy za to, że są, i może w końcu ocalić. Ale co? Ale kogo? Ludzi, zwierzęta, florę. Ocalić przez nazwanie, wypowiedzenie imienia, przez zaklęcie — carmina,to w szeleszczącej mowie słowiańskich rolników, polskiej mowie, bez której byłby tylko jednym ze szkolarzy — emigrantów w dalekim kraju. A przyzywały go z trzechsetnej mili Arizony Anna i Dorcia Drużyno, dzwony nad zaśnieżonym miastem, jak też sierść koników ciągnących po jego ulicach sanie — każdy włos oszroniony osobno, lub piesek przydrożny. I jakie moce go nawiedzały? I jaka łaska towarzyszyła mu, zmuszając do biegu już o wschodzie słońca, kiedy paruje rzeka i galopują konie przez otwartą bramę? A biegł zawsze z nadzieją, że dosięgnie. Czyli zamknie w słowo, czyli zrozumie i przeniknie zasadę wilgi, puchacza Bubo–bubo, jedynych, raz zaistniałych, a jednak przedstawicieli gatunku. Jak też wejdzie w duszę i ciało weneckich kurtyzan, Prowansalczyka, króla Popiela, Kazi, rozpiętego na skifie wioślarza, dziecka z wodogłowiem, durnia z Wędziagoły, księdza w ornacie przypominającego skarabeusza z muzeum Louvre’u. Wszyscy oni bowiem znali te same słowa, które ułożone w rejestr słownika zaświadczają o tym, czego tak dziś się wstydzimy: o wspólnocie. To znaczy, że oni wiedzieli tak dużo z tego, co nam się wydaje odkryte ledwie wczoraj i tak jedyne, że z oryginalności zrobiliśmy bożka. To znaczy też, że nosimy w sobie całą ich przeszłość, całą ich historię, co zapewne jest dla nas obciążeniem i uwikłaniem, ale pozwala być skądś, a nie znikąd.

To proste, nawiedzała go łaska poetów, czyli ludzi, którzy zawsze myślą o czymś innym. Ich roztargnienie doprowadza bliskich do rozpaczy. Być może nie mają nawet ludzkich uczuć. To możemy wybaczyć, gdyż poeci nie są wcale liczni, w poezji bowiem zasada demokracji nie obowiązuje i na nic zdadzą się szkoły poetów, bo albo ma się dar i wezwanie, albo się go nie ma.

3. Nie zakrzyknę: „Miłosz na Wawel”, bo co by to pomogło? Skrzyp złotych pelikanów zapewne coś by udowodnił przeciw. I Stary zgodziłby się z oskarżeniem, że nie jest godny tam spoczywać, gdyż dobrzy ludzie nie znają podstępów sztuki, a on je znał. Napiszę za to, ile mu zawdzięczam, ale napiszę skromnie, bo mój szacunek dla niego — by użyć słowa, które nam przywrócił — był „kolanopokłonny”. Skromnie, bo zawsze jakoś tak wychodzi, że pośmiertne wspomnienia o Mistrzach wyglądają jak ocieranie się podświnków o nagrobek.

4. Poezja jest kanonem albo regułą. Wiele mogą znaczyć te dwa słowa: greckie i łacińskie, ale ja wybieram znaczenie pierwotne, najprostsze, które przywołuje w pamięci drewnianą linijkę. Nie, nie przykładaną do kartki zeszytu, kreślarskiego stołu lub czarnej straszącej tablicy, lecz postawioną na sztorc jak w gabinecie szkolnego lekarza, który mierzył i ważył, choć częściej mierzył. I wołał: wyprostuj się, nie garb się! I przylegałem do poczerniałego od potu kawałka drewna, na którym stolarz wypalił skalę w centymetrach. Poezja jest kanonem, bo jeśli przylgnie się do niej, świat odzyskuje właściwe proporcje, a rzeczy swoją ważność lub nieważność. I miejsce im należne. Czyli tam, gdzie rzeczy lubią być. Poezja jest zawsze głosem poety. Jeśli domagamy się tego głosu, głos nadejdzie, objawi się — nie wstydźmy się — jako pocieszenie. Oto ktoś powie nam: jesteś ładnym chłopcem, jesteś silny i zdrów, twoje nieszczęścia są urojone. Jeśli poezja potrafi ochronić nas przed zazdrością, to przecież ogromnie dużo. I pretensją, jak też przed zadowoleniem. Dobra poezja czyni to, przerzucając naszą uwagę z wnętrza na otaczający świat, żeby powstało zdziwienie. Niedobrze, jeśli jest za dużo wnętrza.

5. Jakże mogłem nie uśmiechać się do poety, który zna dziwny zwyczaj koni zatrzymujących się na środku rzeki. Nie kłamie, mówiłem, bo właśnie tak wyglądają nakrapiane gruszki w gniazdach traw i woda w czółnie za stolarnią, i wie on, jak miękkie jest gęsie łajno rozłażące sie pod palcami stopy. Powiecie, że zbyt to powierzchowne, ale jak nie być olśnionym, kiedy po raz pierwszy rzeczy nie są przywoływane przed oczy szczegółowym fotograficznym opisem, lecz przez układ powszechnie znanych przecież słów zapadają w głąb naszej jaźni i zdaje się nam, że rozumiemy gruszkę, gęś, czółno i pohamowujemy samobójcze pytanie: „i po co to wszystko?”.

6. Żyłem w świecie, który on uważał za swój może zbyt apodyktycznie. Jeździłem jeszcze na bosych saniach i słyszałem zaklęcia przed biciem masła. Jako i sparaliżowany ze strachu próbowałem zrozumieć, dlaczego mężczyźni wynoszący trumnę z chłopskiej chaty malowanej ultramaryną zniżają ją trzykrotnie z czcią do progu i podnoszą tak wysoko, że dotyka górnej części futryny. A przecież zwyczaj nie był trudny do rozszyfrowania — ot, żeby dusza nie nawiedzała domu, nie kręciła się po kuchni, przesuwając na blasze rondle, nie stukała w okienko. Znałem zamaszysty gest siewcy, który ziarno pobierał z płachty zawiązanej na ramieniu, inne domowe prace, niezmienne od kilku stuleci. Stukanie młotka za rzeką, ktoś przed żniwami klepał kosę. I obok domu mojej babki stojącego w sosnowym lasku po torach biegły lokomotywy parowe, choć była już elektryczność.

Ponieważ posiadłem umiejętności całkowicie zbędne w życiu, a do obrazów zgromadzonych w głębi mojej czaszki nie mogłem zastosować zasady wynikania, która podobno potrafi wyjaśnić wiele, a czasami wszystko — postanowiłem coś z tym zrobić, zwłaszcza, że domagano się ode mnie owocnego, poważnego i pełnego zasług życia. Życie takie — jak podejrzewałem — osiąga się przez współpracę z innymi ludźmi lub przez tychże ludzi eliminację. Nieufny, ale i ciekawy — jak każdy rasowy chłop siedzący na królewszczyznach — nie czyniłem ani jednego, ani drugiego: byłem zbyt wybredny, żeby stowarzyszać się z kimkolwiek, a drugą możliwością po prostu się brzydziłem. Szukałem za to kogoś, kto pomógłby mi uporać się ze sobą — tak, żeby przeszłość moja, całe archiwum pamięci, które przechowywało imiona, twarze, złomki zdarzeń, stało się bogactwem, a nie dziwactwem. Szukałem reguły. Herbert był inteligentem, niesłusznie zdawał mi się wyniosły i za szlachetny dla mnie. Literatura chłopska była znów daniem ościstym, niczego nie rozwiązywała, choć obracała znanymi mi obrazami i słowami. Aż wreszcie pojawił się on, szlachcic znad Niewiaży, na parokonnym wozie. Trzeba wiedzieć, że chłopska kultura jest naśladowcza, podpatrzona u innych, większych, możniejszych. Potrzebowałem więc szlachcica, żeby bez lęku spojrzeć na świat wokół i nie tylko patrzeć, ale wreszcie zobaczyć. Skazany na patrzenie w siebie, wiedział doskonale, że może nas zamieszkiwać wulgarne ego, nienasycone władzą i pochlebstwami. I szlachcic nauczył mnie, żeby tego nie wyjawiać przy sposobności, ale tak je zatrudnić, żeby usłużyło innym, bo ludzi szkoda. Usłużyć ich kruchości, pięknu nietrwałemu, które opada jak zeschłe liście. Obudzić w sobie tę tkliwość i solidarność z innymi, które potrafią sprzeciwić się nieuchronnemu przemijaniu i które tylko wtedy uwalnia się w nas, kiedy będziemy wierni naszemu powołaniu — jakiekolwiek by ono było. A wierność ta buduje się powoli i ogromnieje, gdy narzucamy sobie dyscyplinę zajęć, prywatnych obowiązków przeciw rozpaczy.

Innymi słowy człowiek z takich zapadłych gmin, jak Opitołoki, zachęcał mnie do świadectwa. Sam tak czynił, był świadkiem naszego czasu, dwudziestego wieku, wieku Państwa idealnego, które zabijało w imię czystości rasy, kultu, ideału. Świat dzielił się wtedy na ludzi i wszy ludzkie, niewiernych i wybranych. Występowały w nim także figurki dyktatorów rzeczywiście poruszanych przez diabelskie moce, które na ten czas właśnie przechrzciły się dobrotliwie, dając się nazywać duchem czasu. Szlachcic miał w spotkaniach z duchem czasu niemałe doświadczenie. Jakże wierzyć wtedy w jakieś układanie słów i ich zapis? Sama czynność wydaje się już bluźniercza, zważywszy na liczbę rozstrzelanych, zagłodzonych, spalonych. A jednak. A jednak wierność powołaniu poety, którego tak lęka się każdy tyran, zwyciężyła. Czyż nie jest to scena jak z moralitetu? Na pomniku zamordowanych w grudniu 70. roku stoczniowców, który był wtedy pomnikiem wszystkich zgładzonych przez komunizm, znalazły się słowa wiersza: Który skrzywdziłeś... Poezja została tu wyniesiona bardzo wysoko i sprawdziło się, że więcej waży jedna dobra strofa niż wiele pracowitych stronic. I w takim świętym miejscu objawiła się też rola świadka: ostrzegać i nieść słowo otuchy, nadziei. Rzeczywiście, wiele może pojedynczy człowiek.

Jego głód, chciwe oczy, ciekawość, łakomstwo doznań o czym świadczą? Że na tym świecie, na matce ziemi nie będzie spełnienia. Nam dane jest tu wędrowanie i każdemu z nas zapisano przekroczenie linii życia i śmierci. Jak wziąć ten próg? Dokonane dzieło nie jest wtedy pociechą — tyle starań, pracowitości i za chwilę już nie będzie należeć do nas, ale ulegnie erozji interpretacji i każdy weźmie dla siebie jedno słowo, a inne odrzuci. Usłużne ciało odmówi posłuszeństwa. Lecz wtedy starga się osłona świata i chciwe oczy zostaną nasycone, jak też zaspokojona zostanie nasza ciekawość. Nastąpi pełnia. Bo jeśli jest niemożliwa, to skąd w nas te doświadczenia olśnień? To pragnienie powierzenia się drugiemu człowiekowi w ufnej miłości, wreszcie obietnica zamknięcia w jedną jedyną pieśń całego świata i spraw jego? Biegł, bo wierzył w pełnię, szczyt niebieskiej góry, ostatnią w amfiladzie komnatę. Był wielkim poetą. A teraz żadnych obowiązków, nie musi być głęboki ani artystycznie doskonały, ani podniosły, ani budujący. I z daleka słychać głos, słowa układają się w pożegnanie: Buena notte. Ciao. Farewell. Dobranoc.
 

PS Drogi Czytelniku, utkałem tę wypowiedź z cytatów i aluzji do konkretnych poezji Czesława Miłosza. Wymień jak największą liczbę tytułów skrycie tu obecnych wierszy. Nie stać nas na polemikę z jego Traktatem teologicznym — zróbmy choć w ten sposób przyjemność Cieniowi, zanim położymy się spać. Tak, buenna notte, Czytelniku.

Buena notte. Ciao. Farewell. Dobranoc
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...