Bunt i histeria

Bunt i histeria

Pochodzę z małej miejscowości w Sudetach, w której – jak ujął to jeden z autochtonów – 70 procent to bezrobotni, a pozostałe 50 procent alkoholicy. Niedawno w miasteczku odnowiono rynek, ale już kilkadziesiąt metrów dalej można podziwiać sypiące się poniemieckie rudery (z antenami satelitarnymi dumnie sterczącymi ze ścian).

Teraz mieszkam w podwarszawskiej wsi, która od 11 lat czeka na kanalizację i w której zimą nikt nie odśnieża dróg. Mój rekordowy czas dojazdu do pracy: 32 kilometry w 3 godziny 45 minut.

Obserwuję, jak idiotyczne przepisy i nieprzenikniona biurokracja zabijają w Polsce przedsiębiorczość. Jak bardzo urzędnicy mają za nic biznesmenów, choć psim obowiązkiem każdego urzędnika powinno być służenie biznesmenowi pomocą.

Widzę, w jak fatalnym stanie jest służba zdrowia i jakiej degrengoladzie ulegają gimnazja oraz licea.

Z niepokojem patrzę na młodych ludzi, dla których największym autorytetem jest Kuba Wojewódzki.

Przeraża mnie państwo, które nie jest zdolne do uczciwego wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, nie wspominając o sprowadzeniu wraku prezydenckiego tupolewa do ojczyzny.

Aż tu nagle okazuje się, że wszystkie moje zmartwienia są ze wszech miar bezpodstawne, bo największym problemem Polski nie jest biurokracja, gnijące, prowincjonalne mieściny czy upadek edukacji. Nie, najbardziej palącym problemem naszego państwa jest międzynarodowa umowa określana skrótem ACTA.

Poczułem się dziwnie. Czy jako doświadczony dziennikarz popełniłem błąd, nie dostrzegając nadciągającej burzy? Czy rzeczywiście zbagatelizowałem proces, który mógł doprowadzić do brutalnego złamania zasad demokracji i swobód obywatelskich? Czy to zjawisko nie wymagało przypadkiem z mojej strony dogłębnej analizy, czy nie należało zająć jasnego stanowiska, wyrazić obywatelskiej troski?

A jednak nie byłem w stanie zaangażować się emocjonalnie w spór wokół ACTA – ani po jednej, ani po drugiej stronie. Nie potrafiłem wczuć się w buntowniczy nastrój demonstrantów, którzy tłumnie wylegli na ulice Warszawy, Gdyni czy Lublina. Nie zamierzałem też bronić rządu, który w kilka dni wyczerpał chyba limit wpadek przypadający na jedną kadencję.

Mogę się krzywić na niefortunne zapisy tego dokumentu, czy to jednak oznacza, że mamy do czynienia z próbą wprowadzenia „dyktatury myśli” nad Wisłą? I czy jest to w istocie powód, dla którego warto maszerować pod Pałac Prezydencki czy dom premiera i wykrzykiwać hasła typu: „Donald, matole, skąd będziesz ściągał pornole”?

Przez dwa tygodnie obserwowałem histerię internautów oraz kompromitację rządu z niesmakiem i poczuciem wyobcowania. Niektórzy publicyści widzieli w protestach młodzieży ożywczy powiew prawdziwej demokracji, opisując konflikt między arogancką, bezduszną władzą, nierozumiejącą reguł cyberświata, a łaknącym wolności i represjonowanym ludem. Ale ja, czytając owe złote myśli, myślałem sobie: kto chce tutaj ze mnie zrobić idiotę?

Umowa ACTA traktuje o walce z piractwem – przede wszystkim z wszelkiego rodzaju podróbkami. Kwestia nielegalnego ściągania czy dzielenia się plikami w internecie jest w niej wprawdzie poruszona, ale nie jest najważniejsza. Z uwagą wsłuchiwałem się w argumenty przeciwników ACTA i starałem się zrozumieć ich obawy. Im bardziej się jednak starałem, tym głębsze miałem przekonanie, że ten wzbierający, uliczny bunt ma w sobie więcej z happeningu niż z uzasadnionego społecznego protestu.

Ci sami ludzie, którzy na Facebooku i Naszej Klasie obnażają się bez żadnych skrupułów, zamieszczają dziesiątki zdjęć i pozwalają się śledzić na bieżąco, teraz twierdzą, że „państwo brutalnie wkracza w ich prywatne życie”. Wściekłość licealistów i studentów wywołuje to, że nie będą mogli ściągać za darmo piosenek Rihanny czy wrzucać na kwejka zdjęć z zabawnymi podpisami. Skandują „Precz z ACTA!”, choć zapewne większość z nich nie przeczytała tego dokumentu (dostępnego, nomen omen, za darmo w internecie).

Trudno mi przyłączyć się do tego protestu także z innego powodu: od wielu lat tłumaczę mojemu 15-letniemu synowi, że piractwo jest zwykłą kradzieżą. I że wyrwę mu nogi z wiadomej części ciała, jeśli przyłapię go na oglądaniu filmu w komputerze w ramach, że się tak wyrażę, „światowej przedpremiery”. Czy mam mu teraz powiedzieć, że zmieniłem zdanie i że piractwo nie jest wcale takie złe?

Według jednego z sondaży poparcie dla Platformy Obywatelskiej wśród najmłodszych wyborców spadło – z powodu zamieszania wokół ACTA – o kilkanaście punktów procentowych. Internauci przestraszyli się, że utracą dostęp do portali z darmową muzyką i filmami, i z dnia na dzień skorygowali swoje zapatrywania polityczne. Wcześniej w większości zdecydowanie popierali partię premiera Tuska. Nie przeszkadzało im dotąd ani gigantyczne zadłużenie naszego kraju, ani kłamstwa w sprawie Smoleńska, ani katastrofa służby zdrowia i szkolnictwa. Wyszli na ulice dopiero wtedy, gdy zajrzało im w oczy widmo płatnej muzyki w sieci.

Jeżeli tak ma wyglądać „prawdziwa demokracja”, to ja wychodzę.

Bunt i histeria
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, od 25 czerwca 2018 r. ambasador RP w Izraelu.Karierę dziennikarską rozpoczynał w „Najwy...