Być dziećmi Ojca

Być dziećmi Ojca

Nasze trzyletnie przygotowania do Trzeciego Millenium rozpoczęliśmy w 1997 roku, zgodnie z propozycją Ojca Świętego, rokiem poświęconym Jezusowi Chrystusowi. Dalej, w 1998 nastąpi rok, w którego centrum będzie stał Duch Święty, a swoje apogeum osiągnie w 1999 roku poświęconym Bogu Ojcu. Wszystko zmierza w kierunku Ojca i w Nim się dopełnia. Jeżeli zapomnimy o Ojcu, to stracimy kierunek. Bez Ojca jesteśmy skazani na niewłaściwe rozumienie Jezusa: jest On przecież w swojej istocie strumieniem skierowanym ku Ojcu. Właśnie w naszych czasach istnieje potrzeba, abyśmy przywrócili Ojcu Jemu właściwe miejsce. Potrzebujemy Ojca bardziej niż kiedykolwiek, właśnie dlatego, że obecnie wiele rodzin jest bez ojca. Kiedy brak ziemskiego ojca, albo kiedy on w jakikolwiek sposób zawiódł, ważne jest wiedzieć, że istnieje Ojciec niebieski, któremu w pełni możemy zaufać i który nigdy nie zawiedzie.

Jezus jest drogą do Ojca

Jaką drogą możemy poznać Ojca, jaką „metodą” mamy się posłużyć (greckie słowo „hodos” znaczy droga)? Odpowiedź jest nam dana: „Ja jestem drogą”, mówi Jezus, „nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14,6).

Nigdy nie możemy pominąć Jezusa. Jeżeli chcemy coś wiedzieć o Ojcu, musimy przebyć tę drogę, jaką jest Jezus. Dlatego przygotowanie nas do Trzeciego Milenium Papież rozpoczyna od Osoby Jezusa. To w Jezusie i przez Niego objawia się Ojciec: „On jest obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15). Nigdy Ojca nie możemy zobaczyć bezpośrednio, ale jedynie poprzez Jego obraz — Chrystusa. Jednak ów obraz nigdy nie jest podobny do naszych obrazów czy portretów: portret odwołuje się do konkretnej osoby, ale ta osoba nie jest wcale tym portretem. Nie wystarczy mieć portret danej osoby, aby móc się z nią zetknąć. Natomiast Jezus jest obrazem Ojca w tak doskonały i realny sposób — można tutaj rzeczywiście mówić o realnej obecności — że w Nim możemy spotkać się z Ojcem. „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Jak możesz mówić: Ukaż nam Ojca? Czyż nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie?” (J 14,9–10). Kiedy mówię, że nie możemy bezpośrednio widzieć Ojca, nie twierdzę przez to, że musimy dochodzić do Niego jakąś okrężną drogą: najpierw patrzeć na Jezusa, a potem wyciągać odpowiednie wnioski odnośnie Ojca. Nie tak; my widzimy Ojca w Jezusie. Nie znajdujemy Ojca ukrytego za Jezusem czy poza Nim. Wystarczy, że dostatecznie głęboko wnikniemy w Jezusa, a spotkamy Ojca. W wypadku Jezusa, przebyć drogę znaczy również dojść do celu.

Św. Jan wyjaśnia kategorycznie: „Boga nikt nigdy nie widział” (1,18). Nie twierdzi przez to, że Bóg jest nieznany. W samym stworzeniu odkrywamy Jego ślady, a Izrael poznał Go: „Bóg znany jest w Judzie, Jego imię wielkie jest w Izraelu” (Ps 76,2). Nikt jednak nie oglądał oblicza Bożego, nikt nie posiada wiedzy o tym, kim On jest sam w sobie: tego, że w swojej istocie jest On Ojcem.

Sytuacja natomiast zmienia się z chwilą, kiedy Bóg staje się człowiekiem. Wskazując, że nikt nigdy Boga nie widział, św. Jan kontynuuje: „Jednorodzony Syn Boży, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył” (J 1,18). Słowa: „który jest w łonie Ojca” brzmią w oryginale: eis ton kólpon tou patrós. Ta wersja przekładu jest bliska prawdy, ale greka mówi jeszcze coś więcej. Zaimek eis w bierniku wyraża ruch. Syn nie spoczywa bez ruchu w łonie Ojca, ale z pełnym skierowaniem na Ojca. Ojciec przyciska umiłowanego Syna do swych piersi. To, że Syn jest eis ton kólpon tou patrós znaczy, że żyje On w miłości i intymności Ojca. Podobnie jak dwoje kochających się pragnie wejść w siebie wzajemnie, tak i Syn chce wstąpić w Ojca (W Eucharystii czyni to samo w stosunku do nas: chce w nas wstępować coraz głębiej). Już w pierwszym wersecie swojej Ewangelii św. Jan powiedział, że Słowo było pros ton theón: zwrócone, skierowane na Ojca.

Jezus, odpowiadając na pytanie, które człowiek stawiał i zawsze stawiać będzie: „Kim jest Bóg?” odpowiada: Bóg jest Moim Ojcem. Tak, On jest Ojcem w sensie absolutnym. Nikt inny nie może być prawdziwym ojcem. Ludzkie ojcostwo jest tylko cieniem prawdziwego ojcostwa, jakie istnieje w Bogu.

W różnoraki sposób Jezus próbuje wprowadzić nas w wiedzę o Ojcu. Mówi, że jednego mamy Ojca w niebie i że możemy na Niego liczyć: „Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie” (Mt 6,32). Uczy nas jak możemy upodobnić się do naszego Ojca i stać się Jego dziećmi. Na przykład, kochając wszystkich i nie dyskryminując nikogo. Wówczas postępujemy dokładnie tak, jak Ojciec, który pozwala słońcu świecić nad złymi i nad dobrymi, deszcz zsyłając na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (Mt 5,44– –45). Uczy nas modlić się i mówić: „Ojcze” (Łk 11,2). Mówi też o wielkości Ojca: On jest „Panem nieba i ziemi” (Mt 11,25). Ojciec martwi się o nas, jest pełen zatroskania: „Spójrzcie na ptaki niebieskie, nie orzą ani nie sieją, ani nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec niebieski je żywi. Czyż nie jesteście więcej warci niż one?” (Mt 6,26). Jezus opowiada, jak Ojciec jest blisko maluczkich, jak swoje tajemnice odsłania przed tymi, którzy są jak dzieci (Łk 10,21).

Wszystkie tzw. przypowieści o miłosierdziu, w których Jezus broni swej pełnej miłości postawy wobec ubogich i słabych, odnoszą się do Boga, do Ojca i opisują Jego miłość. To On jest ojcem syna marnotrawnego, to On wychodzi, aby szukać zagubionej owcy, to On przeszukuje cały dom aż znajdzie zagubioną drachmę (Łk 15).

Jeżeli człowiek korzysta ze swojego rozumu, to patrząc na świat stworzony, może zdobyć pewną wiedzę o Stwórcy. Stworzenie świadczy o Stwórcy, o Jego mocy, wielkości, nieograniczoności i chwale. Czasami pytamy: Dlaczego Bóg stworzył miliardy galaktyk? Wciąż nowe w nich odkrywamy. Jaki w tym sens, jeżeli żaden z ludzi nie może zamieszkać na nich, ani nawet nie jesteśmy w stanie ich wszystkich odkryć? Może odpowiedzią jest to, że Bóg zechciał „wcielić” swoją nieograniczoność, swoją niezmierność. Kiedy patrzymy na te gwiazdy, „których nikt policzyć nie zdoła”, rozumiemy, że Bóg, który sam je stworzył, musi być niezmierny, nieskończony. „To bowiem, co było w Nim niewidzialne, mianowicie wieczna Jego moc i bóstwo, stało się od początku świata poznawalne dzięki dziełu stworzenia” (Rz 1,20). Księga Mądrości śmieje się z tych, którzy nie pojęli, że „niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon” (Ps 19,2). „Głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga, z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy” (Mdr 13,1).

Nigdy jednak człowiek swoim czystym rozumem nie mógł przeczuć, że Bóg w swojej istocie jest Ojcem. W świecie stworzonym niczego takiego nie ma: nie ma nikogo, kto byłby absolutny, w całej swej istocie, ani ojciec ani syn. U ludzi być ojcem czy synem znaczy, że coś jest przydane, pewna relacja (jedna z przypadłości), która bliżej określa substancję. U Boga ojcostwo jest całą Jego istotą, jest niczym innym jak Ojcem.

Nie potrzebujemy stworzenia, jako punktu wyjścia do tego, by wznieść się ku Ojcu, bo zamiast tego On sam przychodzi do nas i ukazuje kim jest. Pokazuje, że jest zupełnie inny niż myśleliśmy. Nikomu z nas nie przyszłoby na myśl, że Bóg jest Ojcem, że On jest Synem. Jednak nie Ojciec sam wchodzi w świat i nam się ukazuje. Jakże On, który nie ma początku, może przyjść na świat, gdzie wszystko ma swój początek? Jak On, który nie jest zrodzony, może pasować do świata, w którym wszystko się rodzi? Ojciec objawia się światu, praktykując swoje ojcostwo, budząc dzieci do życia i w pierwszym rzędzie rodząc swego własnego Syna na świat.

Jezus jest Synem

Zobaczyliśmy, że Jezus jest drogą, że musimy przejść przez Niego, aby dojść do Ojca. Jednak kim jest Jezus? Kiedy mówi: „kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9) pozwala nam zrozumieć, że chodzi o to, aby Go widzieć, pojąć kim On jest. Nie wystarczy pobieżne spojrzenie, musimy długo i wytrwale się w Niego wpatrywać, aby odpowiedzieć na pytanie, które On sam nam stawia: „A wy, za kogo Mnie macie?” (Mt 16,15).

Gdy spojrzymy na Jezusa, jakim ukazuje się i jak mówi w Ewangelii św. Jana, już mamy odpowiedź. Jezus jest Synem. Wszystko, co mówi i czyni, ma od Ojca. Bóg jest Jego Ojcem w sposób tak absolutny, że może mówić i działać tylko przez Ojca, który Go rodzi. „Wszystko, co Ojciec daje Synowi, daje Mu rodząc Go”, mówi św. Augustyn. O swoim przepowiadaniu Jezus mówi: „Moja nauka nie jest Moja, ale Tego, który Mnie posłał” (J 7,16), „Niczego sam z siebie nie czynię, ale mówię to, czego nauczyłem się od Mego Ojca” (J 8,28). O swoich dziełach: „Jeżeli Syn nie widzi, że Ojciec działa, to nie może nic czynić sam od siebie. Co bowiem On czyni, to i Syn czyni tak samo. Ojciec miłuje Syna i pokazuje Mu wszystko, co sam czyni” (J 5,19–20). „Ojciec, który mieszka we Mnie, dokonuje swoich dzieł” (J 14,10).

U św. Mateusza i Łukasza Jezus streszcza wszystko w kilku słowach, prostych, ale jakże pełnych majestatu: „Wszystko powierzył Mi Ojciec” (Mt 11,27, Łk 10,22). Tożsamość Jezusa polega na byciu Synem: wszystko kim jest, i co czyni, ma od Ojca.

Również w innych religiach Boga nazywa się czasami Ojcem. Jednak Jezus czyni to w sposób zupełnie nowy i nieskończenie bardziej radykalny. Jezus jest w wielkiej poufałości z Ojcem, On wie o Nim wszystko („Nikt nie zna Ojca, tylko Syn”, Mt 11,27), był w Nim zanim jeszcze świat powstał (J 17,5), był odwiecznie w łonie Ojca (ibid. 1,18).

W słownictwie Jezusa jest jedno takie słowo, które wyraża Jego niepowtarzalną relację do Ojca — jest nim słowo: „Abba”. Przynależy ono do języka dziecięcego. „Abba” i „Imma” są pierwszymi słowami, jakich uczyło się izraelskie dziecko, podobnie jak „tata” i „mama” są pierwszymi, jakie i my wypowiedzieliśmy, będąc dziećmi. Nawet człowiek dorosły może w ten sposób nazywać swojego ojca, jednak „Abba” było bardzo zażyłym określeniem i wskazywało na tak wielką poufałość, że nie mogło być używane w modlitwie. Żyd nigdy nie zwracał się do Boga w sposób, który mógłby okazać się szokujący. Jednak dla Jezusa było czymś „normalnym” modlić się w ten sposób. Wydaje się, że Jezus nigdy inaczej się nie modlił. Na krzyżu modli się słowami: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił”, ale one są zaczerpnięte z Psalmu 22, a więc nie sam Jezus je ułożył.

Możemy wierzyć, że Jezus we wczesnym dzieciństwie dlatego zwracał się do Boga w taki sposób, ponieważ doskonale wiedział o tym, że to poufałe słowo „Abba” najlepiej wyrażało to, co czuł w stosunku do Boga. Cała intymność między Ojcem a Synem, z jaką spotykamy się w prologu do Ewangelii św. Jana, wyraża się w tym sposobie nazywania Boga. Uczniowie byli tak uszczęśliwieni i zaskoczeni tym, że Jezus tak się modlił, że wspólnoty chrześcijańskie, nawet grekojęzyczne, zachowały to słowo w języku aramejskim: „Aby zaś udowodnić, że jesteście synami, Bóg zesłał do naszych serc Ducha Syna swego, który woła: «Abba, Ojcze!»”, pisze św. Paweł (Gal 4,6).

W Modlitwie Arcykapłańskiej Jezus streszcza całe swoje życie i dzieło w słowach: „Objawiłem Twoje imię ludziom, których Mi dałeś ze świata” (J 17,6). W Biblii imię nie jest dowolnym słowem. Imię wyraża naturę jakiejś rzeczy lub osoby. Tak, Bóg nadał imię Jezusowi, jako odpowiedź na Jego posłuszeństwo „aż do śmierci”, to „imię, które jest ponad wszelkie imię”. To imię jest kyrios, pan: „aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano… i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,8–11).

Jakie jest to tajemnicze imię Boże, które Jezus przyszedł objawić? Już w Starym Przymierzu Bóg dał się poznać. Kiedy Mojżesz chciał wiedzieć jak ma odpowiedzieć dzieciom Izraela pytającym go o imię Boga, usłyszał: „JESTEM, KTÓRY JESTEM” (Wj 3,13–14). I dodał: «Tak powiesz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was»” (ibid.). To imię wyraża świętość Boga, Jego transcendencję, Jego wierną obecność pośród swego ludu. „Ja jestem” już mówi o tym, że Bóg jest Osobą (jest „JA”), która pozostaje w relacji do swego ludu.

To ukryte imię, jakie Jezus objawia, imię wyrażające głęboką istotę Boga, to jest imię, jakim Jezus sam nazywa Boga, a mianowicie: „Abba”, „mój Ojcze”. To imię definiuje Boga od strony istotnej relacji, jaka łączy Go z Synem. Bóg jest Bogiem osobowym, jest całkowicie relacją do Syna. Bóg jest przez to, że rodzi Syna.

Człowiek chciałby wiedzieć kim i jak Bóg jest, chciałby znać definicję Boga. I Jezus podaje taką definicję: Bóg jest „Moim Ojcem”. Jest Ojcem w sensie absolutnym. Właściwie, jak już powiedziano, człowiek nigdy nie zasługuje na miano ojca: „I nikogo na ziemi nie nazywajcie ojcem, bo macie tylko jednego Ojca — w niebie” (Mt 23,9). Jeżeli człowieka nazywamy ojcem, to czynimy to w znaczeniu osłabionym, rozwodnionym, nie dosłownym. Wszystko, co na ziemi zwiemy ojcem, bierze swoje imię od Ojca w niebie (Ef 3,14–15).

Jezus jest też Słowem Bożym i Jego Obrazem

Niemożliwe jest mówienie o Bogu inaczej, jak tylko za pomocą ludzkich pojęć i obrazów. Mówimy, że Jezus jest „Jednorodzonym Synem Boga, z Ojca zrodzony przed wszystkimi czasami”. Jednak żadne pojęcie ani obraz nie jest w stanie wyrazić całej rzeczywistości. Dlatego Biblia proponuje nam wiele innych obrazów, a każdy z nich rzuca nieco światła na misterium Ojca.

Św. Jan mówi o Jezusie, jako o Słowie Ojca. Kiedy człowiek mówi, to wykracza poza siebie. Dlatego tak przyjemnie jest mu się wypowiedzieć, pod warunkiem, że naprawdę ma odwagę wyrazić i wydać siebie. Jesteśmy przecież stworzeni jako relacja, powołani do „wyjścia” (exodus) z siebie samych. W wypowiadanych słowach wychodzimy do tego, z kim mówimy, i w pewien sposób stajemy się obecni w nim czy w niej. Tak mówi i Bóg, ale w nieskończenie bogatszy sposób. „…w tych czasach ostatecznych przemówił do nas przez Syna… On, jako odbicie ukazujące Jego chwałę i jako obraz Jego istoty, podtrzymuje wszystko swoim potężnym słowem. On dokonał oczyszczenia z grzechów” (Hbr 1,2–3). To słowo jest jedyne, ponieważ zawiera całe Boże misterium, i ono jest wiecznie aktualne. Św. Jan od Krzyża wypowiedział znaną sentencję na ten temat: „Jedno słowo wypowiedział Ojciec, którym jest Jego Syn i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu, w milczeniu też powinna słuchać go dusza” (Zasady miłości nr 21).

Bóg wypowiada to słowo z miłością, jest to słowo miłości. Myślimy o tym, jak to człowiek może wypowiadać imię ukochanej osoby i przez nie budzić w nim czy w niej nowe życie. Tak zmartwychwstały Pan stwarza na nowo Marię z Magdaleny, mówiąc do niej: „Mario” (J 20,16).

Zaletą nazywania Jezusa Słowem Bożym jest to, że słowo istnieje tylko, kiedy jest wypowiadane. Natomiast syn, raz będąc urodzony, otrzymuje autonomiczny byt i może pójść własną drogą. Słowo Boże nigdy nie istnieje w sposób autonomiczny, ale w totalnej zależności od Ojca, całkowicie z Niego, w wiecznym teraz.

Jezus jest też obrazem Boga. Słowo można słyszeć, obraz widzimy. Jezus unaocznia Ojca. Nazywa siebie „prawdą”, (greckie alätheia), czyli nie–ukrytym Bogiem. Św. Paweł widzi w Nim „obraz Boga niewidzialnego” (Kol 1,15). I „obraz” nie oznacza tutaj jakiegoś przybliżonego przedstawienia rzeczywistości. Nie, obraz jest tu równie doskonały jak oryginał, „W Nim bowiem, w Jego ciele, mieszka cała Pełnia Bóstwa” (Kol 2,9). W Liście do Hebrajczyków „obraz” (eikôn) jest dokładnym przeciwieństwem „cienia” (skia): „Skoro zatem Prawo dotyczyło cienia dóbr przyszłych a nie ich samych” (właściwie: „obrazu tych rzeczy”) (10,1). Chrystus jest Bogiem niewidzialnym, który w świecie stał się widzialny. On jest tym, kim Syn był odwiecznie: doskonałą ikoną Ojca.

Duch Święty pochodzi od Ojca, jest równie święty, równie boski jak Ojciec, ale nie jest obrazem Ojca, nie Jego repliką czy echem. On jest tą miłością, w której Ojciec zawarł swój obraz, jest tą mocą, przez którą Ojciec przywołuje swoje vis–á–vis. Duch nie znajduje się naprzeciwko Ojca. On jest i pozostaje w Ojcu, choć to On jest przyczyną „ekstazy” (wejścia) w Syna. Równocześnie jest On nierozdzielnie związany z obrazem: jest światłem, które czyni obraz widzialnym.

Jesteśmy wdzięczni, że Biblia uczy nas, że Jezus jest słowem i obrazem Ojca. Te dwa pojęcia czynią relację do Ojca bardziej wyraźną. Choć jednak nie mówią tak wiele o Jezusie jak wówczas, kiedy nazywamy Go Synem Ojca. Relacja między ojcem a synem jest głębsza, bardziej osobowa, bardziej pełna miłości niż relacja między człowiekiem i jego słowem, czy obrazem. Jezus wie, że Bóg mówi przez Niego, że On jest Jego obrazem: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył Tego, który Mnie posłał” (J 12,45). Jednak, aby wyrazić swoją relację do Boga, najczęściej posługuje się odniesieniem ojciec–syn. I sam Ojciec, którego głos słyszymy trzykrotnie w Nowym Testamencie (przy chrzcie Jezusa, Jego objawieniu i przed męką), przy dwóch okazjach mówi: „To jest mój Syn umiłowany. W Nim mam upodobanie” (Mt 3,17; 17,5).

Ojciec stwarza „w” Synu

Świat został stworzony w Chrystusie. „W Nim wszystko zostało stworzone”, pisze św. Paweł (Kol 1,16). Często tłumaczy się: Wszystko dla Niego zostało stworzone, na Jego korzyść. Jednak grecki zaimek eis wyraża ruch ku Chrystusowi. Tak i my jesteśmy ochrzczeni w (eis) Chrystusie Jezusie, w Jego śmierć (Rz 6,3) i „My wszyscy tworzymy jedno ciało, ponieważ zostaliśmy ochrzczeni w (eis) jednym Duchu” (1 Kor 12,13).

Aktywność Ojca ma zawsze Syna za swój cel. On więc stwarza świat, pociągając go do Chrystusa. Całe stworzenie jest nacechowane tą dynamiką. Wszystko zmierza ku Chrystusowi. Inaczej być nie może, ponieważ całe stworzenie jest zamknięte w ojcowskim zradzaniu Syna.

Chrystus jest więc w swoim odwiecznym zrodzeniu Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem (Ap 21,6). Alfą, ponieważ wszystko w Nim zostało stworzone i Omegą, ponieważ wszystko do Niego zmierza. Świat istnieje w stwórczym działaniu i przez stwórcze działanie ku Chrystusowi. Świat jest „powołany” w Chrystusie. Samo stworzenie już zapowiada Chrystusowe „powołanie”, przez które jesteśmy „powołani” do wspólnoty z Synem Bożym Jezusem Chrystusem Panem naszym (1 Kor 1,9).

Można powiedzieć, że stworzenie ma swoje korzenie w swojej przyszłości, że żyje ze swojej przyszłości. Sens i spójność stworzenia pochodzi od ostatecznej pełni, do której zmierzamy. Dlatego człowiek jest „niespokojny”. Zmierza bowiem ku celowi, o którym większość nic nie wie. Tak, całe stworzenie czeka i tęskni z niepokojem. Św. Paweł opisuje to w niezwykle piękny sposób: „Całe bowiem stworzenie z wielką tęsknotą oczekuje objawienia się synów Boga. Bo całe stworzenie podlega marności — nie z własnej woli, lecz z woli tego [Adam], który to sprawił. Ma ono jednak nadzieję, że doczeka się uwolnienia z niewoli powodującej zagładę i otrzyma wolność, która darzy chwałą, jaką cieszą się dzieci Boga. Wszak wiemy, że całe stworzenie cierpi bóle rodzenia aż do tej pory” (Rz 8,19–22). Te bóle rodzenia dotyczą zrodzenia Syna przez Ojca: stworzenie tęskni, aby być zrodzone w Synu i z Synem.

Ponieważ Bóg stworzył wszystko z myślą i skierowaniem na Syna, w pierwszym Adamie rozpoznaje projekt drugiego Adama. Widzi Adama, jako swojego Wybranego, w którym ma upodobanie. Kiedy Bóg widzi Adama, przypomina o swoim Synu. W człowieku czuje się w obecności Syna. Coś z nas wypływa, co natychmiast przypomina Bogu o Synu. Wszystko, co dzieje się między Ojcem a nami, dokonuje się poprzez relację Ojca do Syna. Dlatego od samego początku, nie wiedząc o tym, żyjemy w wieczności. Opatrznie rozumielibyśmy samych siebie, gdybyśmy patrzyli na siebie tylko jako na zwieńczenie i szczytowy punkt widzialnego stworzenia. Jesteśmy spokrewnieni z Bogiem nie tylko dlatego, że jesteśmy „dziełem rąk Jego”, ale przede wszystkim dlatego, że dosłownie jesteśmy stworzeni „w” Synu i w taki sposób Nim naznaczeni. Ojciec musi być szczęśliwy tym poszerzeniem swego ojcostwa, szczęśliwy, że w stworzeniu znajduje nowe obszary, na których może być i ukazywać się jako Ojciec.

Całe stworzenie nosi na sobie znamię Syna, ma „synowski” charakter. Dziecięctwo jest wszczepione w samo stworzenie. Dotyczy to naprawdę człowieka, który jest szczytowym punktem stworzenia. Bóg stwarza nas swoimi dziećmi. Będąc z natury dziećmi Bożymi, możemy w harmonijny sposób rozwijać się tylko wówczas, kiedy żyjemy w pokorze i miłości. Jesteśmy stworzeni, aby być świadomą relacją do Ojca, który jest większy od nas i od którego mamy istnienie. Niszczymy siebie i staczamy się w bezsens, jeżeli przeczymy naszemu początkowi, jakim jest bycie dziećmi Ojca.

przeł. Justyna Iwaszkiewicz

Być dziećmi Ojca
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...