Byli ślepi i głusi

Byli ślepi i głusi

Nie mogę już tego unieść. Chciałabym po prostu położyć się i umrzeć. Nic już nie czuć i nic nie pamiętać. Nie myśleć o coraz większej natarczywości i niedwuznaczności jego zachowania.

Jest wieczór. Moment, kiedy robi się rachunek sumienia, myśli o swoich decyzjach. Tym razem nie tylko o tych z minionych kilkunastu godzin. Minęło tyle lat od tamtych wydarzeń. Mam teraz nowe życie, tak inne od tamtego. Ale pamięci nie można amputować. Trudno zapomnieć wstyd, upokorzenie, niesprawiedliwość i zdradę. Byłam nastolatką, pełną życia, energii, zdecydowaną i niezależną. Nie przeszło mi nawet przez myśl, że właśnie w przyklasztornym duszpasterstwie ktoś może mnie tak potraktować. Doświadczyłam już w swoim życiu zła, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić, żeby ktoś, kto złożył śluby zakonne, może zachować się w ten sposób.

Tomasz zaczął gładzić mnie po twarzy z pełnym pożądania uśmiechem, próbował pocałować. Wyrwałam się. Uciekłam. Ale kiedy po raz kolejny przyszłam na spotkanie grupy młodzieżowej i czekałam na pozostałych, on znów się pojawił. Znów ten sam scenariusz. A we mnie coraz większy lęk. Mówię o tym mojemu spowiednikowi, który jest jego przełożonym. Ufam mu. Wierzę, że tak tego nie pozostawi. Przez kilka miesięcy jest spokój. Jeszcze nie wiem, co się wydarzy. Staram się nie pozostawać nigdy sama, kiedy przychodzę na spotkania.

Kiedyś czekając na brata, który ma zapisać intencję mszy świętej zamówionej przez moją rodzinę, siedzę z kilkoma zakonnikami w salce na parterze. Czytają, piszą coś na komputerze. Przychodzi Tomasz. Kuca przy mnie i zaczyna głaskać po twarzy, po szyi. Mówię: „Zostaw mnie! Nie rób tego!”. Odpycham go, a on staje się jeszcze bardziej natarczywy. Całuje mnie, kładzie rękę na piersi. Bracia odwracają się plecami, któryś przysuwa książkę bliżej twarzy. Nie pada żadne słowo z ich strony. Nic. Po prostu obojętność. W końcu uderzam go w twarz i uciekam.

Ale ucieczka nic nie daje. Moje ciało staje się obce, brudne, wstrętne. Nie mogę znieść jakiegokolwiek dotyku. Czuję się winna, zła i przeraźliwie samotna. Każde kolejne starcie z tą osobą to coraz większe pragnienie skończenia ze sobą. Nie mogę już tego unieść. Chciałabym po prostu położyć się i umrzeć. Nic już nie czuć i nic nie pamiętać. Nie myśleć o coraz większej natarczywości i niedwuznaczności jego zachowania. Mówię mojemu spowiednikowi jeszcze raz o tej sprawie. Potem słyszę od kilku koleżanek skargi na tego samego zakonnika. Robię wszystko, żeby go nie spotykać. Został mi tylko rok nauki w liceum. Klasztor oferuje pomoc w nauce, dostęp do potrzebnych książek. To jedyne takie miejsce w okolicy. Prowincja nie daje szansy wyboru. Myślę, że w dużym mieście potrafiłabym się wyrwać. Muszę ten rok wytrzymać. Potem wyjadę i nigdy go już nie zobaczę. Tak sobie czasem marzę.

Na razie wyjeżdżam na rekolekcje. Jest nas tylko kilkoro. Mieszkamy w klasztorze. Dla mnie to niestety kolejne koszmarne przejście. Z grupą próbuje się szybko „zaprzyjaźnić” dwóch mieszkańców tego domu. Kolejna z takich prób kończy się z mojej strony szarpaniną i podrapaniem twarzy Wojciecha, brata zakonnego z tego klasztoru. Ten jednak jest tak bezczelny, że w trakcie kolacji skarży, że go tak urządziłam. Tutaj mam szczęście. Marek, jeden z zakonników, kiedyś mieszkał w klasztorze w moim rodzinnym mieście i znał się dobrze z moim tatą, stanowczym tonem mówi: „Zostaw w spokoju moją siostrę!”. Korzysta z tego, że jego współbracia nigdy jego siostry nie widzieli. To mój pierwszy obrońca. Nie tylko mój. Kiedy jest w pobliżu, dziewczyny są bezpieczne. Jeśli nie, trzeba bronić się w każdy możliwy sposób, krzyczeć, nie zostawać samemu.

Wtedy zastanawiałam się, czy z tego powodu powinnam zrezygnować z rekolekcji. Ale poczułam, że tak nie mogę, że ktoś mi nie może wszystkiego zepsuć. Poza Markiem, zakonnikiem, który wziął mnie w obronę, nikt nie zareagował na historię z szarpaniną (którą zresztą widziała kucharka). Nikt nie interesował się, gdzie bracia chodzą, co robią całymi dniami. Znałam tamtejszego przełożonego i wiedziałam, że nie ma żadnego sensu, żeby mu o tym mówić. To był tak prymitywny i wulgarny człowiek, że szkoda byłoby na to tracić nerwy. Przetrwałam. Wróciłam do domu i próbowałam o wszystkim zapomnieć.

Poszłam na studia, do pracy. Minął kolejny rok, i jeszcze jeden. I w końcu zapomniałam o wielu wydarzeniach. Nie docierały do mnie fakty z przeszłości, ale był lęk, myśli samobójcze, strach przed dotykiem, niezdolność do czułości wobec ukochanych osób. Był coraz większy wstręt wobec własnego ciała, pragnienie ukrycia się przed ludźmi. Zaczęły mnie trapić niewyjaśnione bóle głowy, napady paniki, wymioty. Nie mogłam nic jeść. Ale przełamałam się i którejś nocy przy ognisku powiedziałam kumplowi o tym, co przeżyłam. Widziałam tylko błyski w jego oczach. Tak bardzo chciałam móc się do niego przytulić, ale nie byłam w stanie. On to dobrze wiedział. Nie uczynił żadnego gestu, który mógłby mnie dotknąć, znów przygnieść wstrętem czy lękiem. Fizycznie czułam się coraz gorzej, więc kumpel postanowił, że pojedzie pociągiem razem ze mną, żebym nie wracała sama do domu. Po drugiej przesiadce staliśmy na korytarzu. Wtedy zobaczyłam Tomasza, mojego prześladowcę, tego, który pierwszy wpędził mnie w lęk i wstyd. Byłam tak przerażona, że kumpel tylko zapytał: „To on? Mam z nim zrobić porządek?”. Stanął między nim a mną. Musiał mieć wielką determinację i gniew we wzroku, bo tamten się nawet nie odezwał. Wrócił do swojego przedziału.

Minął jeszcze rok czy półtora. Na studiach spotkałam chłopaka, zakochałam się, ale strasznie się bałam zaangażować w ten związek. W końcu po kilku dramatycznych latach się rozstaliśmy. Nad tym związkiem wciąż wisiało odium opisanych przeze mnie wcześniej sytuacji.

Po pięciu latach od pierwszej sytuacji molestowania rozmawiałam o przykrych wydarzeniach sprzed lat z jednym z dobrze mi znanych zakonników, który wcześniej był też przełożonym mojego prześladowcy, Tomasza. Wiedziałam, że to ostatni moment, żeby coś zrobić, bo gość jest jeszcze w trakcie formacji, łatwiej o wyciągnięcie konsekwencji. Usłyszałam słowa, których nie spodziewałam się usłyszeć od kogoś, kogo uważałam za przyjaciela, kto dobrze mnie znał: „W takich sprawach są zawsze winne obie strony!”. Zaczęłam krzyczeć na niego: „To znaczy, że jestem winna, bo jestem kobietą, bo znalazłam się w tym miejscu, bo on nie panuje nad sobą?!”. Usłyszałam: „Zawsze jest tak, że ktoś prowokuje”. Czym ja mogłam prowokować? Starym, rozwleczonym i za dużym swetrem, w którym próbowałam się ukryć; za dużymi bezkształtnymi rzeczami, włosami spadającymi bezładnie na oczy? Tym, że jestem?

Po dłuższym czasie znów próbowałam z tym, jak mi się zdawało, zaprzyjaźnionym zakonnikiem porozmawiać. Miałam nadzieję, że może jednak coś zrozumiał, ale nic. Mój prześladowca złożył śluby wieczyste, potem przyjął święcenia diakonatu i prezbiteratu. Rozmawiałam wielokrotnie w ciągu czternastu lat z kilkoma innymi ludźmi, którzy byli przełożonymi w tym zgromadzeniu czy odpowiadali za formację, z ludźmi, którzy znali mnie od iluś lat, dużo o mnie wiedzieli, z którymi współpracowałam w różnych inicjatywach duszpasterskich. I słyszałam w najlepszym razie: „Musisz o tym zapomnieć”. W gorszym: „A cóż takiego się stało, że cię trochę podszczypywał? Musiałaś go sprowokować swoim zachowaniem, ubraniem”. Nie pomagało żadne tłumaczenie, że nie chodziło tylko o mnie, że byłam bardzo młodą osobą, że ten ktoś zrujnował mi życie.

Wrócę jeszcze do mojego spowiednika, który nie udzielił mi wsparcia. Nieraz zachowywał się wobec mnie bardzo źle. Znacznie gorzej niż Tomasz. Jego wina nie polegała tylko na braku jakiegokolwiek działania, na niewyciągnięciu konsekwencji, milczeniu w tej sprawie. On również w pewnym momencie zaczął coraz śmielej mnie przytulać, całować. Byłam nastolatką, ufałam mu, nie przyjmowałam do wiadomości, że mógłby coś złego zrobić. Czułam się tak uzależniona od niego, że nie potrafiłam się wyrwać. Bałam się jego dotyku, ale nie potrafiłam zerwać kontaktów. Trwało to przez całą szkołę średnią. Po dwunastu latach od tamtych wydarzeń zagryzłam zęby i postanowiłam, że spróbuję jeszcze raz mu wytłumaczyć, co złego zrobił. Szukałam choćby śladu skruchy, refleksji nad tym, co się wydarzyło i nad tym, co zrobił ze swoją wiedzą o molestowaniu dziewczyn z grupy młodzieżowej przez jego podwładnego. Usłyszałam, że jestem nienormalna i przewrażliwiona. Kolejną próbę rozmowy skwitował: „Cóż takiego ci zrobił? Pocałował cię szybciej niż ja?”. Dodał, że nikomu nie powiedział o sprawie Tomasza i nie ma zamiaru tego robić. Nie czuł się również w żaden sposób winny wobec mnie. Liczył na to, że mój powrót to szansa na odnowienie naszych kontaktów i dalsze spotkania sam na sam.

Wiem, że Tomasz był kilkakrotnie w krótkim czasie przenoszony na kolejne placówki, że są z nim problemy. Z jednej rzeczy się cieszę. Teraz ma mniej okazji do kontaktów z ludźmi, nie katechizuje, nie prowadzi żadnej grupy, nie jest wikariuszem w parafii.

Minęło czternaście lat. Jestem sama. Nie chcę zemsty ani skandalu. Przecież mogłabym pójść do prokuratury albo napisać do wysokonakładowego tabloidu, podając nazwiska i dane. Chcę tylko, by ludzie, którzy tak się zachowują, byli jak najszybciej odsuwani od miejsc, w których mogą innych krzywdzić, chciałabym, żeby ktoś z przełożonych ludzi, którzy mnie skrzywdzili, powiedział: „Przepraszam, wydarzyło się zło, jak można ci pomóc?”. Myślę nie tylko o ofiarach, sama jestem ofiarą tego rodzaju przestępstwa, grzechu, ale myślę również o sprawcach. Udawanie, że coś jest w porządku, że żadne zło nie miało miejsca, przyzwolenie na tego rodzaju sytuacje, to wcale nie jest działanie dla dobra tych osób. Wspólnoty, do których należą ludzie, którzy mnie skrzywdzili, widocznie zapomniały, czym jest grzech cudzy, zapomniały o ewangelicznym napomnieniu bliźniego, który błądzi. Zapomniały o sprawiedliwości wobec tych, którzy zostali skrzywdzeni, ale też o zbawieniu tych, którzy tego zła dokonali. „Bo przecież nic takiego się nie stało”. „Bo na pewno to nieprawda”. „To jest atak na Kościół”. Ja nie chcę atakować Kościoła – jestem wierzącą osobą, absolwentką teologii, codziennie zmagam się z tym, co to znaczy być w Kościele i służyć Bogu i ludziom. Ale właśnie dlatego nie mogę milczeć. Bo chodzi o tych, którzy doznają krzywdy i tych, którzy krzywdzą, a których ktoś w imię fałszywie rozumianego dobra chroni przed prawdą o nich samych i problemach, jakie mają.

Byli ślepi i głusi
Marianna

absolwentka teologii....