Capitalism is good

Capitalism is good

Kapitalista. Spytajcie, proszę, młodego Francuza, Hiszpana czy Austriaka, z czym kojarzy im się to słowo. I nie oczekujcie uśmiechu ani łagodnego tonu odpowiedzi. Raczej gorzkiego, obsypanego nieprzyjemnymi epitetami opisu, który przypomniałby wam sowieckie rysunki z czasów zimnej wojny, niby satyryczne, a tak naprawdę perfidnie propagandowe.

Oczywiście, minęło sporo lat i kapitalista nie wygląda tak samo jak kiedyś. Nie jest już tłustym 60-latkiem z trzema podbródkami, lecz raczej wysportowanym 45-letnim mężczyzną, grającym w tenisa i chodzącym na siłownię. Nie nosi monokla, lecz szkła kontaktowe. Smoking został zastąpiony tuzinem garniturów od Ermenegildo Zegni, a zamiast nieodłącznego cygara zobaczymy iPhone’a wypełnionego po brzegi ważnymi mailami.

Dzisiejszy kapitalista nie jest też właścicielem trzech stalowni i pięciu fabryk włókienniczych. Zarządza funduszem wysokiego ryzyka, inwestując tu i tam, starając się osiągać jak najwyższą stopę zwrotu. Nie bije już osobiście pejczem zbuntowanych robotników, nie wyrzuca na bruk ojców rodzin i wdów. Ale jako akcjonariusz kilku wielkich firm odzieżowych domaga się, by koszty produkcji tenisówek i T-shirtów były jak najniższe. Nie obchodzi go zatem los dzieci w Laosie, pracujących w fatalnych warunkach po 14 godzin na dobę. Obchodzi go zysk, jaki mu przyniosą. Jako udziałowiec dużego koncernu naftowego zaciera ręce, gdy wybucha kolejna wojna na Bliskim Wschodzie, bo wówczas ceny ropy idą w górę, a jego portfel pęcznieje.

Nie ma przyjaciół, ma tylko partnerów w interesach. Konkurencję niszczy bezwzględnie na każdym kroku. Kłamie, kiedy kłamstwo mu się opłaca. Oszukuje, kiedy nikt nie widzi. Gdy wybucha kryzys, domaga się subwencji od państwa, a potem tę samą subwencję wydaje na premię dla siebie i na nowy jacht.

Słowem: dzisiejszy kapitalista to sukinsyn, godny najwyższego potępienia. Tak widzą go młodzi Francuzi, Hiszpanie i Austriacy. Dla większości z nich bycie kapitalistą nie oznacza wyboru takiej czy innej drogi życiowej, lecz formę pasożytnictwa. Kapitalizm jest dla nich toczącym świat rakiem, którego wprawdzie nie można usunąć w całości, ale można, czy raczej należy, go ograniczać, hamować jego rozwój, traktować jak wroga organizmu.

Kapitalizm jest dobry tylko z jednego powodu: dzięki niemu państwo jest regularnie karmione podatkami, co pozwala młodym Francuzom, Hiszpanom i Austriakom prowadzić miłą egzystencję. Mogą bowiem przytulić się do darmowej szkoły i służby zdrowia, studiować bez końca, nie przejmować się utratą etatu. A od czasu do czasu, po skończeniu 35-godzinnego tygodnia pracy, mogą wyjść na ulice, by zaprotestować przeciwko krwiożerczym kapitalistom. Tego są bowiem nauczeni. To mówią im nauczyciele akademiccy, publicyści w prasie i komentatorzy w telewizji. To mówią im też politycy, którzy słowo „kapitalizm” – jeśli już przejdzie im przez gardło – okraszają zazwyczaj słowem „dziki”, „nieposkromiony” albo „bezlitosny”.

Owszem, niektórzy kapitaliści rzeczywiście wpisują się w ten smutny portret. Trudno bronić ekscesów szefów Enrona czy Lehman Brothers. Są i tacy, dla których wojna w Iraku była najszczęśliwszym wydarzeniem w ich biznesowej karierze. Oraz tacy, którzy zatrudniają dzieci w krajach południowo-wschodniej Azji. Ale 99 procent kapitalistów na świecie nie ma z tym wizerunkiem nic wspólnego.

Jeśli chirurg weźmie łapówkę, a potem zostawi nożyczki w ciele operowanego pa­cjenta, czy oznacza to, że chirurgia jest czymś nagannym? Jeśli zdarzają się nauczyciele sadyści, to czy powinniśmy protestować przeciwko istnieniu szkół? Jeżeli wreszcie są na świecie piłkarze, którzy faulują przeciwnika tak, by złamać mu nogę, to czy powinniśmy pałać nienawiścią do wszystkich piłkarzy?

Kapitalizm wystawia nas na wiele pokus. „Greed is good, greed is right, greed works”, słynna maksyma Gordona Gekko z filmu Wall Street (niezapomniana rola Michaela Douglasa) wciąż obowiązuje. Chciwość jest dobra, chciwość jest słuszna, chciwość przynosi wyniki. To motto nie dotyczy jednak wszystkich, lecz tylko garstki ludzi zachłannych i bezdusznych.

Gdybym to ja miał odpowiedzieć na pytanie, z czym kojarzy mi się słowo kapitalista, ujrzałbym raczej młodego rolnika, który wstaje codzienie o 5 rano, pracuje do wieczora, a każde zarobione pieniądze inwestuje w nowe maszyny. Dumnego ze swojego gospodarstwa, które w przyszłości ma przejąć jego syn.

Widzę człowieka, który jako student wyjeżdżał na winobranie do Francji, a potem założył firmę importującą wina. Nauczył się języka Moliera, czyta fachową literaturę, dba o każdego klienta. Nigdy nie przeszło mu przez myśl, by wcisnąć komuś butelkę marnego trunku za duże pieniądze. Na wakacje na razie się nie wybiera, choć marzy o trzech tygodniach leniuchowania na Lazurowym Wybrzeżu.

Widzę szefa dużego koncernu, który odpowiada „dzień dobry” każdemu podwładnemu, ku ich zaskoczeniu składa im życzenia z okazji urodzin, nigdy nie podnosi głosu, choć czasami musi kogoś ostro skrytykować. A kiedy pracujące w jego firmie kobiety zachodzą w ciążę, z własnej kieszeni kupuje im w prezencie paczkę pieluch.

Bo o ile chciwość rzeczywiście nie jest dobra, o tyle kapitalizm jest dobry na pewno.

Capitalism is good
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, od 25 czerwca 2018 r. ambasador RP w Izraelu. Karierę dziennikarską rozpoczynał w „Najwy...