Chciałbym wiedzieć, dlaczego

Chciałbym wiedzieć, dlaczego

W październikowym numerze „W drodze” szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, jaki powinien być biskup. Ilona Migacz w reportażu „Życie na stendbaju” próbowała przypatrzyć się zjawisku przenoszenia księży z parafii do parafii. Poniżej drukujemy tekst nawiązujący do tych zagadnień.

Poddaję się całkowicie decyzjom mego biskupa w sprawach zmieniania przeze mnie parafii. To nie oznacza, że obecne procedury są, według mnie, najlepsze i doskonałe. Zdaje się bowiem, że jeśli chodzi o przenosiny księży, w Kościele polskim wciąż źle podchodzimy do decyzji biskupa i uważamy je czasami za Boskie i nieomylne. Tymczasem nauczanie Kościoła wyraźnie pokazuje, że nie myli się jedynie Objawienie. Wiemy także, że Papież przemawiając „ex cathedra”, czyli w sposób uroczysty i oficjalny o sprawach wiary i moralności, również nie popełnia żadnego błędu. Wydaje mi się, że wielu księży zwyczajnie boi się szczerej rozmowy z własnym przełożonym sądząc, że wyjawiając swe lęki biskupowi kapłan zostanie potraktowany jak „czarna owca” przynosząca ciągłe kłopoty diecezji.

Nie mogę zatem powiedzieć, że dekret, który otrzymuję, jest zawsze wolą Bożą. Taka opinia byłaby dla mnie zbytnim duchowym pewniactwem i brakiem pokory wobec tego, że Bóg może chcieć inaczej. Moje podejście jest raczej następujące: „Wierzę, że Bóg chce dla mnie jak najlepiej; mam nadzieję, że biskup przemodlił moje przeniesienie. Jeżeli Bóg dał biskupowi władzę nade mną w tej dziedzinie, mam nadzieję, że biskup nie chce mi pokazać siły tej władzy, ale troskę o całość Kościoła lokalnego”. Takie podejście pozwala mi, nawet w momentach nieoczekiwanych, spakować się i pójść dalej. Mam na uwadze także to, że mogę otrzymać parafię taką jak Ars, o której mówiono same niepochlebne rzeczy. Jan Maria Vianney nie przeraził się tym, wierząc, że najbardziej niepopularna parafia diecezji jest dla Chrystusa tak samo ważna jak rezydencja biskupa czy papieża. Zatem, nawet gdyby w moim dekrecie ukryta była (świadomie bądź podświadomie) złośliwość kogokolwiek, „udowodnię”, że „mogę się ugiąć, ale nie złamać” – pozostanę wierny moim przysięgom i przyrzeczeniom kapłańskim, próbując głosić Ewangelię tam, gdzie akurat zostanę postawiony. („Boże, daj mi pogodę ducha wobec spraw, których nie mogę zmienić i siłę do zmieniania tego, co zmienić mogę. Daj także mądrość odróżniania jednego od drugiego”.)

W mojej opinii czasami dekret biskupa jest wolą Bożą, a niekiedy jest Bożym dopustem. Mogę czuć się negatywnie zaskoczony dekretem, ale nie mogę powiedzieć: „Ja to widzę inaczej, więc wola Boża wobec mnie jest inna – nie przenoszę się do innej parafii”.

Inną kwestią jest jednak pytanie, czy jako człowiek mogę podzielić się ze swym biskupem obawami. I tu nie chodzi o to, że chcę wywrzeć na niego wpływ lub zarzucić mu, iż robi wszystko, abym poczuł się jego decyzjami poniżony, lecz o prawo, bym był traktowany jako dojrzały i dorosły człowiek, któremu – w odróżnieniu od dziecka – wypada przedstawić rozsądne argumenty zmiany parafii mającej wpływ na bardzo wiele istotnych spraw w życiu księdza. Do tej refleksji w dalszej części tekstu powrócę.

Z mojego osobistego doświadczenia: dostrzegam, że mój biskup znajduje czas na dialog, gdy go o to poproszę. Zabrakło mi takiej rozmowy wtedy, gdy o zmianie dowiedziałem się nagle i niespodziewanie, mając kilkadziesiąt godzin na przeniesienie. Nie ukrywam, że poczułem się wtedy jak ktoś niepotrzebny w diecezji. Poczułem także, jakby to, co robiłem do tej pory, nie miało żadnego znaczenia dla biskupa. Żartowałem (choć wcale mi do śmiechu wówczas nie było), że nie wiadomo dlaczego z dnia na dzień ktoś przestawia ramówkę telewizyjnych „Wiadomości”. Z godziny 19:30 prezes przesuwa ważny program na godz. 20:17. Wcześniej ksiądz biskup prosił, abym rozwijał w mojej nowej parafii życie duchowe Bożych owieczek. Gdy w ciągu krótkiego czasu udało się prośbę biskupa zrealizować, gdy powstały duszpasterstwa, jakie synod diecezji proponuje, gdy powstały inicjatywy sugerowane przez władze diecezji, gdy zaczęło to przynosić owoc – nagle (w przyspieszonym trybie, czyli nie po pięciu, ale po dwóch latach wikariuszowania) zostało to przerwane. Pomyślałem wtedy także: „Jeżeli czyniłem coś na swoją chwałę – szkoda, że mnie biskup nie wezwał wcześniej, abym miał szansę się poprawić; a jeżeli moje przejście do innej parafii było podyktowane lukami personalnymi, warto było dać mi choć trochę czasu i umożliwić takie zakończenie pracy nad duszpasterstwami, aby ludzie je tworzący mogli samodzielnie (bądź z nowym księdzem) kontynuować dzieło”. Na moje miejsce nie przyszedł żaden wikariusz, a ja trafiłem do parafii, gdzie było dwa razy więcej wikariuszy niż w miejscu, które opuszczałem, i ponad dwa razy mniej parafian. Tym bardziej musiałem w swych modlitwach starać się o to, by zaakceptować niezrozumiałą decyzję. Zaczął się trudny etap mego duszpasterzowania. W ciągu roku poprosiłem biskupa o dwie rozmowy. Po tych spotkaniach zostałem przeniesiony – na moją prośbę – na kolejną moją placówkę.

Obecnie, przebywając w nowym miejscu, mogę powiedzieć, że biskup wysłuchał mojej prośby. Po pierwsze, poprosiłem biskupa o proboszcza rozmodlonego. Po drugie, zależało mi na tym, bym trafił do parafii, gdzie będę mógł pracować na Bożą chwałę i wzrastać, nie czując się poniżany przez zarządcę placówki. Nie sugerowałem, czy ma to być Poznań, czy miejscowość oddalona od stolicy Wielkopolski. Wszędzie przecież są dusze nieśmiertelne. W mojej pamięci nadal jest poczucie zdziwienia tym, dlaczego etap przejścia z drugiej parafii odbył się kosztem mojej radości, godności ludzkiej i kapłańskiej, jednak w perspektywie wiary przyjmuję to, jako czas specyficznego niesienia krzyża. W swym wywodzie wolę pozostać przy ww. słowach, ciesząc się, że dziś nadal mam w sobie poczucie wybrania i miłości Boga. Zawdzięczam to modlitwom i gestom wielu przyjaciół.

Wydaje mi się, że sprawę otrzymywania i wydawania dekretów ułatwiłoby zwyczajne, ludzkie wytłumaczenie kapłanowi przez biskupa, dlaczego widzi go w tym, a nie w innym miejscu, oraz wysłuchanie księdza, gdy ten czuje obawy i lęki w związku z nowym planem wobec jego posługi kapłańskiej. Jasne decyzje zwierzchnika, w których prezbiter nie musi dopatrywać się kary dla siebie i braku wdzięczności, mogą działać motywująco. Ważna jest czytelność potrzeby, dla której pojawia się dekret, i klarowne ukazanie, że charyzmaty danego kapłana mogą odpowiadać sprawom, dla których zostaje ustanowiony. W przeciwnym wypadku frustracja, depresja, poczucie bycia niepotrzebnym bądź nawet głębokie odczucie krzywdy mogą się stać przyczyną zapaści duchowej kapłana. Taki stan prędzej lub później przeniesie się na jakość duszpasterstwa, co w bardzo szybkim czasie odczują parafianie.

I na koniec cytat mego ulubionego Apostoła. Dedykuję go tym wszystkim braciom księżom, którzy czują się czasami niesłuchani, poniżeni, skrzywdzeni. Którym trudno powrócić do młodzieńczego entuzjazmu. Życzę im takiej olbrzymiej wiary w Jezusa, by na nowo uwierzyli też w siebie:

„Łaski ci Mojej wystarczy… ”

Chciałbym wiedzieć, dlaczego
Daniel Wachowiak

urodzony w 1977 r. – kapłan archidiecezji poznańskiej, święcenia kapłańskie przyjął w 2003 r., od 2018 r. proboszcz parafii pw. NMP Wniebowziętej w Piłce. Był katechetą, duszpasterzem akademickim, kapelanem w szpitalu i do...