Choroba naddokładności

Ta przypadłość, pod różnymi nazwami, znana jest od wieków i przydarza się wyznawcom rozmaitych religii. Niewierzącym też.

Mój Bardzo Drogi,
I znów! Myślałeś, że pozbyłeś się tej mdłej brei w głowie, tej lepkiej mgły przed oczami duszy. Miałeś nadzieję, że jest o wiele lepiej po ostatniej spowiedzi. Poszedłeś do niej – jak zwykle – drżąc ze strachu, ale i z nadzieją na ulgę. To nie był twój stały spowiednik, bo przed nim wstydziłbyś się, że to już trzecia twoja spowiedź w tym tygodniu. Przygodny kapłan na szczęście znał się na rzeczy. Być może nawet miał do czynienia z psychologią. Wylał miód na twoje serce, zapewniając, że jesteś przez Boga bardzo kochany. Wypytał cię delikatnie o sytuację rodzinną. Powiedziałeś, że w domu była emocjonalna lodówka, więc szukałeś domu w Kościele. I teraz nawet przed samym sobą trudno ci się przyznać, że jakoś cię ten Bóg – ach, jak trudno to słowo przechodzi przez gardło – oszukał. Bo pozwolił, by cię wciąż zalewało poczucie winy i by wydzierało ci radość z Jego obecności i miłości. Spowiednik zasugerował kontakt z grupą wsparcia, psychologiem. Po raz enty usłyszałeś diagnozę swojego stanu: choroba skrupułów.

Wiesz, że skrupuł to z łaciny kamyk o ostrych krawędziach, i podziwiasz trafność tego określenia. Tak, skrupuł jest jak kamyk w bucie. Choć mały, potrafi urazić stopę i spowolnić marsz, a ból uniemożliwia dostrzeganie piękna krajobrazu. Jesteś zażenowany własnym stanem. Wydaje ci się, że gdybyś miał opowiedzieć, co cię boli, komukolwiek z bliskich, patrzeliby na ciebie jak na wariata. Na przykład ostatnio zauważyłeś na dywanie w prezbiterium kościoła coś małego, białego. „A może to kawałek hostii?”, pomyślałeś. Poszedłeś po mszy do domu. Przekonanie o popełnieniu świętokradztwa tak w tobie narosło, że kiepsko spałeś, a następnego dnia na mszy o szóstej rano przeczesywałeś wzrokiem kościelny dywan. Nic tam nie było, więc może ktoś nadepnął i wyniósł hostię na podeszwie? Jeszcze gorzej, Twoja wina, trzeba było wczoraj sprawdzić, czy to komunikant, albo pójść do księdza po radę. Nie, pewnie spaliłbyś się ze wstydu, bo gdzieś z tyłu głowy ci zaświtało, że to przesada, że to chore. Mimo to myśli szalały dalej. Trzeba szukać w całym kościele, może przed nim? Trochę szukałeś, ale przestałeś. Poczucie winy zalało cię wtedy wielką falą. Postanowiłeś, że przy najbliższej okazji wyspowiadasz się z tego. Ale to zuchwałość przeciw miłosierdziu Bożemu tak planować grzech i potem spowiedź. Grzech przeciwko Duchowi Świętemu, niewybaczalny! Zwlekanie ze spowiedzią to też grzech, każda godzina więcej w stanie niełaski to grzech do kwadratu. Może więc teraz iść do księdza? Albo zrezygnować z planowanego wyjścia do kina, tylko iść na najbliższej mszy do spowiedzi? Poczułeś ścisk w żołądku, wzrok wbiłeś w ziemię. I wtedy zmroziła cię nowa obsesja: do wieczora przecież możesz umrzeć bez sakramentów. Może więc dzwonić do księdza teraz, zaraz i prosić o spowiedź? Kaskada lęków, obsesja rodzi obsesję. I to tylko malutki wycinek tego, co pojawia się w twojej głowie, by cię zadręczać. Jak o czymś takim opowiadać komukolwiek? Wstyd, wstyd! Otwierałeś się tylko przed spowiednikami, bo do konfesjonału gnał cię strach, poza tym spowiedników obowiązuje tajemnica. Ale wiem, że bardzo pragniesz wypowiedzieć z siebie niepokoje do dna – aż znikną.

Piszę do ciebie ten list, bo zainspirowała mnie św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Może czytałeś jej list, pisany z karmelitańskiego nowicjatu do kuzynki skrupulatki – dziewiętnastoletniej Marii Guerin? Dziewczyna zadręczała się poczuciem winy z powodu pokus, jakich doznawała, natykając się na erotyzujące reklamy w Paryżu. Bała się chodzić do komunii. Czuła się brudna. Teresa, wówczas tylko szesnastoletnia, potrafiła dotknąć najczulszych miejsc skrupulanckiego sumienia kuzynki, jak pielęgniarka wprawnie opatrująca rany. Widziała w skrupułach przestrzeń do działania diabła, który świadomy, że nie potrafi skusić kogoś do grzechu, obrzydza mu życie z Bogiem, a także próbuje nakłonić do ciągłego myślenia o sobie. I w ten sposób wciąga w grzech najgłówniejszy z głównych, czyli w pychę. Teresa dobrze wiedziała, o czym pisze. Skrupuły dręczyły ją miesiącami, przyprawiały o chorobę. Wyzwoliło ją, jak wierzyła, dopiero wstawiennictwo jej zmarłego w niemowlęctwie rodzeństwa. Ale nie bez znaczenia było i to, że mogła się zwierzać swojej starszej siostrze. Wśród skrupulatów znajdziesz też św. Ignacego Loyolę. Tak, nie przesłyszałeś się. Ten twardy żołnierz po nawróceniu przeżywał katusze, bo nadepnął na słomki, które ułożyły się w kształt krzyża. Skrupulanctwo zaprowadziło go na skraj samobójstwa.

Przejrzyj też biografię św. Alfonsa Liguori, człowieka o przesadnie wydelikaconym sumieniu, który w końcu stał się doktorem Kościoła i wybitnym specjalistą od towarzyszenia ludziom w drodze do Boga. Nie wiem, czy to cię pocieszy, ale dzielisz swój problem z wielkimi świętymi. I każdy z nich wygrał ze skrupułami.
Zapytasz zaraz: „Dobrze, ale jak wygrali?”. Wydaje ci się, że pewnie zasłużyli na cud, na który ty czekasz daremnie. Tyle, że wygrać ze skrupułami niekoniecznie oznacza pozbyć się ich całkowicie. Raczej – odebrać im kontrolę nad swoim życiem. Ta przypadłość, pod różnymi nazwami, znana jest przecież od wieków i przydarza się wyznawcom rozmaitych religii. Niewierzącym też, u których przybiera postać moralnych przewrażliwień czy obsesji. Wypracowano wiele sposobów leczenia skrupulanctwa. Znasz wskazówkę chyba najbardziej rozpowszechnioną: „Miej stałego spowiednika i bezwzględnie się go słuchaj”. Ty jesteś szczęściarzem i znalazłeś takiego kapłana. Ale właśnie zrobiłeś coś wbrew tej radzie i poszedłeś do innego księdza. Wiem, ze wstydu, ale wydaje mi się, że jest też inna przyczyna. Coś cię pcha, żeby szukać wielu rozwiązań twoich niekończących się dylematów moralnych, żeby uzyskać to, co w życiu nierealne: matematyczną pewność co do swoich wyborów. A najlepiej, żeby spowiednik zadecydował za ciebie. Może warto przyjrzeć się historii twojego życia i poszukać korzeni ogromnej niepewności względem własnych decyzji, opinii i odczuć? Zimno uczuciowe w domu rodzinnym – to może być jakiś trop. Może warto pójść za tym, co ci powiedział przygodny spowiednik: grupa wsparcia, psychoterapia. Wiem, wiem, co powiesz. Że to też kiedyś był twój skrupuł. Spowiadałeś się z tego, że przeczytałeś – i to z przyjemnością! – artykuł o nerwicach, zamiast odpowiednio długo się modlić. Skorzystać z pomocy psychologii oznaczało dla ciebie nie ufać Bogu. A psychologia ma coś do powiedzenia na temat skrupułów. Zalicza się je do grupy zaburzeń obsesywno-kompulsywnych, inaczej nerwicy natręctw. Skrupuły to chorobliwe duchowe „mycie rąk” dziesiątki, setki razy dziennie. Wiesz, do jakich wniosków doszedł Joseph W. Ciarrochci, psycholog kliniczny, autor książki The Doubting Disease („Choroba wątpienia”)? Że współczesne metody terapii osób cierpiących na natręctwa przypominają stosowane od wieków duszpasterskie rady dla skrupulatów. Weźmy na przykład zasadę „agere contra” św. Ignacego Loyoli, to znaczy „czynić przeciw”, robić coś przeciwnego impulsowi skrupułu, na przykład nie iść do spowiedzi przez dwa tygodnie, chyba że zdarzy się ewidentny grzech. Trzeba wtedy wytrzymać napór niepokoju, stanąć z nim twarzą w twarz, a nie uciekać po łatwą, lecz tymczasową ulgę do sakramentu, który jest przecież czymś o wiele więcej niż lekarstwem na obsesje. Psychoterapeuci stosują podobną metodę w pracy z cierpiącymi na natręctwa, polecając im, na przykład, pobrudzić ręce i przez jakiś czas wstrzymywać się od mycia. W książce Ciarrocchiego znajdziesz też coś na osłodę twojej ciężkiej doli: osoby z nerwicą natręctw są inteligentniejsze niż reszta świata.
A może dołączysz do Anonimowych Skrupulatów (Scrupulous Anonymous)? Nie żartuję, istnieje taki ruch w Stanach Zjednoczonych, założony przez redemptorystów – duchowych synów świętego skrupulata Alfonsa Liguori. Nazwa może nieco mylić, bo Anonimowi Skrupulaci nie kopiują wzoru grup Anonimowych Alkoholików. Nie ma mityngów, dzielenia się swoimi doświadczeniami w grupie. Anonimowi Skrupulaci są raczej wspólnotą wirtualną. Mają swój miesięcznik, książki, stronę internetową, rekolekcje zamknięte. Mają też swój „dekalog”, który obejmuje typowe skrupulackie problemy: na przykład zakaz powtarzania grzechów „niedokładnie wyznanych” w przeszłości, zasadę, że złamanie postu eucharystycznego dokonuje się przez zjedzenie potrawy, a nie np. zlizanie szminki z ust. Jest też Dziesięć Przykazań Pokoju Umysłu, a w nich coś, czego ci szczególnie potrzeba: „Zaakceptuj i zrozum, że lęk i niepokój są częścią skrupulackiej kondycji, a nie dowodem na popełnienie grzechu czy ostrzeżeniem przed nim”.

Pozwól mi jeszcze wrócić do listu św. Tereski. Usiłuje ona pokrzepiającymi, mocnymi słowami zapewnić kuzynkę, że to, czego doświadcza, jest pokusą, a nie grzechem. Ale wie, że skrupulat zawsze szuka dziury w całym, więc inteligentnie uprzedza wątpliwości adresatki:

Ale słyszę ciebie, jak mówisz: „Teresa tak mówi, bo ona nie wie, o co chodzi… nie wie, że robię to umyślnie, że mnie to wciąga… i potem nie mogę przystępować do Komunii św., ponieważ jestem przekonana, że będzie to świętokradztwo itd., itd., itd.”. Więc wiedz, że twoja nędzna, mała Teresa dobrze wie, że domyśla się wszystkiego, i zapewnia cię, że możesz bez obawy iść i przyjmować twego jedynego prawdziwego przyjaciela…

Przecież i ty tak reagujesz, kiedy słyszysz podnoszące cię na duchu słowa. Ledwo cię spowiednik pocieszył, a już twój umysł zaczął masową produkcję wątpliwości. Przez pierwsze godziny jeszcze grzałeś się w cieple kapłańskiego pocieszenia. Zasnąłeś snem sprawiedliwego. Ale obudziłeś się z dławiącym niepokojem, który za chwilę przybrał postać obsesji: „Czy precyzyjnie wyznałem ten grzech nieczystych myśli, które mnie naszły wczoraj podczas oglądania filmu? Sprawiły mi przyjemność, odepchnąłem je, ale czy wystarczająco zdecydowanie?”. I cały twój wymęczony przy konfesjonale spokój zniknął. Mam więc dla ciebie propozycję. Od dziś spróbuj być dla siebie świętą Tereską, swoim własnym przyjacielem, który zrozumie i nie wyśmieje twoich szaleństw. Czy osobie, która to przeżywa, nie chciałbyś położyć ręki na ramieniu i powiedzieć: „Uspokój swoje serce”? A może byś dodał tonem bardziej stanowczym: „Za kogo ty masz Boga? Cóż to za tyran, buchalter, prokurator wyłania się z twoich opowieści? Gdzie miłość, miłosierdzie, gdzie Jego pamięć o tym, że jesteśmy prochem? Na litość, gdyby zależało Mu na zebraniu każdej cząsteczki Ciała Pańskiego, może zamiast oczu mielibyśmy mikroskopy?”. Religia nie wywołuje skrupułów, „podobnie jak uczenie kogoś historii Francji nie sprawi, że ten ktoś zacznie się uważać za Napoleona” – pisze Ciarocchi. Ale nie potępiłbyś skrupulata za to, że chce dać sobie spokój z religią. Przecież dla niego kościół to areszt śledczy, a konfesjonał – machina tortur. Pewnie ulitowałbyś się nad tym biedakiem, gdyby rozedrganym głosem powierzał ci swoją bolesną historię i spijał łapczywie z twoich ust każde słowo dające nadzieję, że nie jest taki beznadziejny, za jakiego się ma. Ten biedak jest tobą samym, więc kto, jeśli nie ty, może dać mu pić?

Niebawem zacznie się Wielki Post – dla ciebie czas pogłębionych lęków o nieskazitelność sumienia. W ramach wielkopostnej pokuty proponuję kawiarnię z przyjaciółmi i dobry film, kiedy cię najdzie pokusa potraktowania spowiedzi jak tabletki uspokajającej.

Życzę Ci pokoju
Twoje Zdrowsze Ja

PS Tylko, proszę, nie zastanawiaj się, czy kawiarniane rozmowy można podciągnąć pod definicję „zabawy hucznej”…

Choroba naddokładności
Jolanta Brózda-Wiśniewska

urodzona w 1974 r. – dziennikarka, publicystka, krytyk muzyczny, absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu. W latach 2000-2008 dziennikarka działu kultury "Gazety Wyborczej" w Poznaniu. Publikowała także w "Uważam Rze", "...