Chrześcijańskie kłopoty z kobietami

Chrześcijańskie kłopoty z kobietami

Trudno wczesnemu chrześcijaństwu robić zarzut z degradacji kobiety. Rozpatrując problem z punktu widzenia postępów cywilizacji, stwierdzimy raczej z odrobiną uśmiechu, że w dziejach religii bywa znacznie więcej zdrowego rozsądku, niż się na pozór wydaje. Chrześcijaństwo chciało ratować macierzyństwo i rodzinę. Nie mogło tego zrobić inaczej, niż odbudowując dawną rodzinę. Kiedy spostrzegło się, że w tej odbudowie górę, z krzywdą kobiet, wzięły niepostrzeżenie męskie nerwice seksualne, uświęciło macierzyństwo poprzez kult Matki Boskiej.

O kwestię kobiecą, tak to na sposób wczesnodwudziestowieczny ujmijmy, zwykło się żywić do chrześcijaństwa największe pretensje. Przyjęło się, że chrześcijaństwo zdegradowało kobietę, a kryteria moralności przywiązało na wieki do organów płciowych, namiętność miłosną czyniąc grzechem, kobietę zaś nieledwie narzędziem szatana. Co się właściwie stało? Dlaczego odmówiono kobiecie tego, co przyznano niewolnikowi — równości przed Bogiem? Dlaczego miłość między mężczyzną a kobietą, najnaturalniejsze z uczuć, zepchnięto w granice kałuży?

Obrońca kobiet

Między pierwszymi laty Pawłowego apostolstwa a napisaniem Pierwszego Listu do Koryntian stało się coś dziwnego w kwestii kobiecej. Początkowo nie brakuje kobiet wśród prorokujących. „Pracują w Panu”, „są na posłudze Kościoła”, czyli są diakonisami, św. Paweł prosi rzymskich współwyznawców, by je pozdrowili. I nie ma w tym nic dziwnego. Według prostego, nieuczonego Marka (kimkolwiek on był), Jezus występuje przeciw staremu kanonowi w dwóch najważniejszych dla kobiet sprawach — z całą mocą i jednoznacznie broni ich pozycji: praw żony i praw matki. Chrześcijanin nie będzie mógł, gdy mu się znudzi żona, wręczyć jej listu rozwodowego i oddalić. Nie będzie też mógł się wymigiwać od pomocy swym starym rodzicom, zasłaniając się tym, że to, co go obowiązywało jako ofiara, już zrobił.

Nauczyciel z „Marka” nie traktuje kobiety wedle starotestamentowego obyczaju. Największa ofiara to wdowi grosz; pochwala żałującą wszetecznicę; kobiecie, która chce usłużyć Nauczycielowi olejkiem nardowym, nie pozwala robić przykrości odrzuceniem usługi; wreszcie — ukazuje się po Zmartwychwstaniu nie komu innemu, ale kobiecie, i to byłej ladacznicy! Twierdzenie, zwłaszcza po tym ostatnim wydarzeniu, że Ewangelie odzwierciedlają typowy status kobiety w izraelskiej Palestynie, jest dla mnie dowodem, że można nie dostrzegać najprostszych faktów. „Prokobieca” Ewangelia według św. Łukasza, ze swymi ślicznymi opowieściami, również mieści się w logice stosunków, jakie cechują, starszą podobno, Ewangelię według św. Marka. Mało, nie mogła powstać tak późno, jak ją niektórzy datują; atmosferą bliska jest czasom sprzed owego Pierwszego Pawłowego Listu do Koryntian. Kobiety przyłączają się do wędrówki apostołów, oddają tej pierwszej gminie swoje pieniądze; jest wśród nich — jeszcze jedna! — była ladacznica. Do opowieści o narodzinach Jezusa wtrąca się, jakby umyślnie, wiadomość o prorokini Annie, córze Fanuela z plemienia Aser, która te narodziny zapowiadała…

Coś się stało

A tu w Liście do Koryntian św. Paweł z twardością, niespodziewaną u tego mądrego, wyrozumiałego, pragmatycznego człowieka, nakazuje kobietom milczenie w kościele. „Jeśli się czego chcą nauczyć, niechże doma swych mężów pytają!” Mężowie mają kochać swoje żony „jako siebie samego”, ale „żony niechaj będą poddane mężom swym, jako Panu”; „nauczać niewieście nie dopuszczam ani panować nad mężem”. I dla uzasadnienia tego wyroku pada jeden jedyny argument, argument ze Starego Testamentu — co zaskakujące u tego obywatela rzymskiego, Greka z wychowania — że to Ewa powstała z Adama i że to ona popadła w grzech, a nie Adam. Co więcej: kobieta może ten grzech okupić jedynie macierzyństwem i to pod warunkiem wytrwałości w wierze, miłości, pobożności i skromności. Co się stało, że ten mędrzec zapomniał nawet o odkupieniu grzechów poprzez ofiarę Boga, która przecież zmazała grzech pierworodny? Dlaczego to rugowanie kobiet postanawia tak bezwzględnie i nieodwołalnie?

Przyjmuje się na ogół, że to nawrót starojudaistycznej tradycji niechętnej kobiecie i seksowi. Gdyby tak było, tradycja owa rządziłaby niepodzielnie najwcześniejszymi początkami chrześcijaństwa, a owe rygory, nieprzyjemne, degradujące, pojawiają się akurat później. Św. Paweł nie jest żadnym bliskowschodnim dogmatykiem ani fanatykiem; to według mądrości i edukacji — Grek. Sam wyrzekłszy się kobiet, folguje przecież poprzez zgodę na małżeństwo kawalerom i wdowom, żeby ich nie paliło. I bardzo wyraźnie rozróżnia, co rozkazał Pan, a co jest tylko jego, Pawła, radą. Pan nie żądał zachowania dziewictwa, tylko on, Paweł, w obliczu niedalekiego końca świata, doradza młodym pannom pozostać w tym stanie, żeby miały więcej czasu i uwagi na przygotowanie się do spotkania z Bogiem. Bardzo po ludzku, żadnego tu jeszcze nie ma antyfeminizmu. Antyfeminizm eksploduje później. Dlaczego?

Bogobojne i zacne

Przyjrzeć się chyba trzeba epoce, w której apostołowie poszli w świat. Spojrzeć na kobiety tej epoki. Pierwsze chrześcijanki były zapewne bogobojne i zacne. Takimi je mianują Dzieje Apostolskie. Pochodziły z kręgu żydowskiego świata, choć zapewne zhellenizowanego. Szczęśliwe, że je choć trochę zrównano z mężczyznami, były wszędzie podporami rodzących się gmin. Czy to ich południowe, namiętne temperamenty, impulsywność, pewnie i swarliwość dały się we znaki społecznościom wiernych? Ta dziewczyna, mająca ducha wieszczego w sobie, co to chodziła za Pawłem i jego towarzyszem, udręczając ich powtarzaniem, że są wysłańcami Boga — czy to nie próbka owej kłopotliwej kobiecej egzaltacji? Coś przecie musiało zmusić św. Pawła do radykalnej zmiany stanowiska…

Chyba jednak nie te babskie przywary? Pamiętajmy, że nie ma owej egzaltacji kobiecej pośród owych najgorszych grzechów, które wytykał św. Paweł swoim współwyznawcom. Raczej zmieniły jego stanowisko podróże, spostrzeżenia i przemyślenia, które poczynił.

Zetknął się ze światem, który go zapewne przeraził, z Grecją właściwą — tą znad Morza Egejskiego — Wielką Grecją z południa Italii. Całe życie Grecji od początków jej kultury przesiąknięte było seksualizmem. Tylko my w swojej wstydliwości staramy się nie widzieć, jakie miejsce w tej kulturze zajmuje fallus. Narzucamy przesłonę starorzymskiej pruderii na całość antycznego obrazu. A Grecja w mitach już rejestruje homoseksualizm męski, w VII zaś wieku przed Chrystusem — kobiecy homoseksualizm wielkiej poetki Safony (którą daremnie starała się uwolnić od „zarzutu” nasza Mała Encyklopedia Świata Antycznego, jako że poezje Safony nie pozostawiają co do jej inwersyjnych predylekcji żadnej wątpliwości).

Sztywny Rzym

To Rzym jest sztywny, wstrzemięźliwy i antyfeministyczny. Jego tradycja zna wyłącznie bohaterki i czcigodne matrony. Zna święte dziewice, żywcem zamurowywane, gdyby złamały swe śluby czystości w służbie świętego ognia. U Plutarcha znajdujemy pytanie, dlaczego wedle rzymskich obyczajów mąż w noc poślubną zbliżyć się miał do żony w całkowitej ciemności. Wyjaśnia Plutarch ową tajemnicę szacunkiem Rzymian dla swoich żon i tym, że się wstydzą samego zbliżenia fizycznego, nawet między małżonkami (pisał to Plutarch w czasach, gdy rozwydrzenie w obyczajach elit rzymskich przekraczało granice wyobraźni). Mitologia rzymska nie zna w ogóle bóstwa w rodzaju Erosa. Rodzina rzymska zdradza rozbójnicze pochodzenie cywilizacji tego miasta — głowa rodziny, mężczyzna, jest panem jedynym i niekwestionowanym. W tej kulturze wobec konieczności walki nie było przestrzeni na kobiecość, subtelność i wrażliwość.

Prawo Dwunastu Tablic dawało ojcu i mężowi pełnię władzy nad życiem dzieci i żony, a dopiero Konstantyn Wielki, po siedmiuset siedemdziesięciu latach (!), uznał dzieciobójstwo za zbrodnię. Jeszcze w II wieku po Chrystusie uśmiercano rocznie setki dzieci nieślubnych i urodzonych w małżeństwie mniej pożądanych dziewczynek, wyrzucając noworodki na publiczne śmietniska — zgodnie z formalnym upoważnieniem, przysługującym rzymskiemu ojcu! Odebrano mu to prawo w roku 374, znowu za sprawą chrześcijaństwa. A dlatego tak późno i tak długo po emancypacji rzymskiej kobiety, że dzieci nie miał kto bronić. Nie robiła tego kobieta rzymska.

Św. Paweł trafił w Grecji na świat chory od dość dawna. Polibiusz pisał jeszcze w II wieku przed Chrystusem:

W całej Helladzie w naszych czasach nastała powszechna bezdzietność i w ogóle brak ludzi, przez co miasta opustoszały i nastąpił niedostatek urodzajów, choć przecież ani wojny długotrwałe nas nie gnębiły, ani zaraza nie nękała. (…) Ludzie po prostu zwrócili się do chełpliwości i zachłanności na mienie, a także do wygodnego i przyjemnego życia, nie chcą się żenić, a jeśli się pobiorą, nie chcą wychowywać urodzonych dzieci, lecz zaledwie jedno albo dwoje z wielu, żeby te pozostawić w bogactwie i wychować w zbytku.

Pod władzą prawa rzymskiego, przy zapewnionym spokoju i pokoju, nic się pod tym względem nie zmieniło. Dobrobyt toczył Grecję jak niezrozumiała gangrena, dobrobyt innych miast basenu Morza Śródziemnego odciągał z Grecji wszystko, co przedsiębiorcze i ambitne. Grecja, tracąc krew, schodziła powoli ze świata.

W Rzymie nie poszło tak szybko, choć podobnie. Gdzieś pod koniec republiki, działo się już dokładnie to samo. Kobieta rzymska wyzwalała się z ograniczeń domowych stopniowo. Stopniowo, ale jak zawsze w kulturze zakazów — aż do przesady. Za czasów Augusta Rzymianka nie chce już rodzić dzieci — i nie będzie ich rodzić aż do czasu, gdy zostanie chrześcijanką. Zna, jak i Greczynka, mnóstwo różnych środków antykoncepcyjnych, bardzo wymyślnych, włącznie z tamponami nasączonymi substancjami plemnikobójczymi (cywilizacja Bliskiego Wschodu znała je półtora tysiąca lat przed Chrystusem; prezerwatywy z jelit zwierzęcych i pęcherzy rybich jeszcze wcześniej); nie mówiąc już o przerywaniu ciąży. Rodzina rzymska przestała spełniać swe podstawowe funkcje — zachowania gatunku. I nigdy już tych funkcji nie podejmie.

Cezar dawał nagrody wielodzietnym rodzinom. August od pierwszej chwili po objęciu władzy próbuje ratować rzymską rodzinę, nadaje przywileje matkom trojga dzieci (troje dzieci zasługiwało już na wyróżnienie!), subwencjonuje każde legalne dziecko biedniejszych małżeństw. Bezskutecznie. W I wieku po Chrystusie kobiety z elity rzymskiej liczą lata wedle kolejnych mężów, jak Miasto wedle konsulów sprawujących władzę przez jeden rok. Sławne dzięki historykom rzymskim rozpasanie Julii, córki Augusta, spiskującej zresztą przeciw ojcu, czy Messaliny przesłania obraz owej przeciętności, która niszczy rodzinę jako instytucję. Dzieci w Rzymie majstruje się niewolnicom i gdyby nie one, Rzymianie wymarliby jako nacja bardzo szybko. Panuje pełna swoboda, prawo do użycia przyznają sobie wszyscy, a cesarze w imię przyszłości państwa kokietują kobietę — przepisy spadkowe stopniowo zrównują ją w prawach z mężczyzną. Mężczyzna schodzi do pozycji kobiety jako obywatel, coraz mniej ma do powiedzenia w sprawach państwa. Kobieta osiąga taką samą swobodę w życiu osobistym, a więcej nawet: wpływ na życie publiczne — już w końcowych latach republiki. Tym bardziej — za czasów pryncypatu. Jej kochankowie służą intrygom politycznym.

Znał tylko jeden model rodziny

Przypuścić byłbym skłonny — choć to tylko spekulacje — że św. Paweł naprawdę czuł się obywatelem rzymskim, obywatelem uniwersalnego Imperium, wcielającego w życie ideały stoików. Dawał nieraz dowody zaufania do niego. Narzucił kobietom reżim zachowania w Kościele tyleż judaistyczny, co rzymski; motywacji wszelako dopatrywałbym się rzymskich, wręcz tych Augustowych. Dla dobra ludzkości, dla przetrwania Imperium, dla przetrwania cywilizacji trzeba, aby kobiety rodziły i wychowywały dzieci w trwałych małżeństwach, trzeba — macierzyństwa.

Św. Paweł broni rodziny jako instytucji, tego nikt nie kwestionuje. Ale model rodziny znał tylko jeden — patriarchalny. Stary żydowski i stary rzymski, w którym nie znano żadnych dzisiejszych freudowskich relacji ojciec — syn, bo dziecko, jak żona, osioł i każda z rzeczy, stanowiło po prostu rozporządzalną własność ojca, z którą mógł on zrobić, co chciał — ofiarować Bogu bądź nawet zabić. Innej rodziny w kręgu obiegu informacyjnego, przepływającego przez Palestynę i Azję Mniejszą, po prostu nie znano. Cześć dla wielopierśnej Artemidy efeskiej, dla dawnej Bogini Matki ani kult Izydy, który dotarł już dawno do samej Italii, od wieków nie kojarzyły się z matriarchalnym modelem rodziny. Nawet z równouprawnieniem. Przeciwnie, to postępujące równouprawnienie symbolizowało ówczesny rozkład! August, sam dość daleki w swym życiu osobistym od propagowanej przez siebie skromności, robi gesty w stronę kobiet, ale tylko po to, by je pozyskać dla idei macierzyństwa!

Św. Paweł sam nie dotyka kobiety. Posądzano go wręcz o homoseksualizm — podejrzenie nonsensowne, skoro Apostoł uważał homoseksualizm za podstawę do wykluczenia ze społeczności chrześcijańskiej, z jej gminy. Św. Paweł gwałtownie zwalcza tych, którzy twierdzą, że nie należy się żenić — on, który wobec perspektywy bliskiego końca świata radzi skoncentrować się na przygotowaniu do powtórnego przyjścia Chrystusa. Głosi, że macierzyństwo będzie jedyną zasługą kobiety przed Bogiem. Wygląda na to, że eschatologiczny prąd propagandy pełnego uduchowienia już wtedy bił z groźną siłą, że ekstatyczna przesada w pobożności groziła samounicestwieniem chrześcijańskiej gminy przez brak biologicznej reprodukcji…

Ani w Ewangeliach Jezus nie mówi nic o aborcji, ani św. Paweł jej nie wspomina. W wielu kulturach starożytnego Bliskiego Wschodu przerywanie ciąży karano bezwzględnie — ale też przy wielowiekowej i bardzo rozległej znajomości środków zapobiegania ciąży aborcje musiały być bardzo rzadkie, dosłownie — przypadkowe; w kręgu chrześcijan, czczących wręcz macierzyństwo, najprawdopodobniej w ogóle nieznane. Zapobiegania ciąży nie musiało chrześcijaństwo potępiać, bo wszyscy chrześcijanie chcieli mieć dzieci, a Jezus żywił do dzieci stosunek najczulszy — zgoła odmienny od rzymskiego. Didache, Nauka Dwunastu Apostołów, dzieło chrześcijan syryjskich, zapewne antiocheńskich, powstałe ok. roku 100, potępia, co charakterystyczne, aborcję na równi z zabiciem urodzonego już dziecka, potępia więc prawa rzymskie, i to potępia z miłości do dzieci, nie w imię Mojżeszowych dziesięciu przykazań. Stary Testament uważa przecie za naturalne, że można Bogu poświęcić syna, ale również nie mówi nic o aborcji, bo najwyraźniej starożytni żydzi po prostu się do niej uciekać nie musieli.

Rytuał ślubny przejęło jednak chrześcijaństwo po Rzymie, nie po Starym Testamencie, rezygnując tylko z krwawego zabiegu wróżenia ze zwierzęcych trzewi. Należałoby wnioskować, że i w tej dziedzinie Rzym zdominował swym wzorcem starszą bliskowschodnią tradycję.

Chrześcijaństwo chce najwidoczniej odbudować starą rzymską rodzinę, zwłaszcza że współczesne legendy z epoki Augusta, Tyberiusza i Klaudiusza roznoszą po świecie sławę małżonków, przestrzegających norm dawnej cnoty. „Gdzie ty, Kajus, tam ja, Kaja” żyje po dziś dzień — w formie obopólnego zobowiązania. Rozpustnemu Rzymowi nie brakuje legend o heroicznych kobietach, które wybierają dobrowolnie śmierć, by towarzyszyć swym skazanym na śmierć mężom. Kiedy Cecyna Petus, mąż bohaterskiej Arrii, miał umrzeć z własnej ręki na rozkaz cesarza Klaudiusza, Arria pierwsza wbiła sobie sztylet i wyciągnąwszy go z piersi, podała mężowi, mówiąc: — Petusie, to nie boli…

Przerażeni mężczyźni

Ale dlaczego ci mężczyźni tak się kobiet boją? Myślę, że tu właśnie przydałoby się trochę Freuda w odpowiedzi. Ówczesna kobieca swoboda seksualna — to ona razi, mężczyzna to co innego, mężczyźnie wszystko wolno! — po prostu przeraża mężczyzn swymi wymaganiami, bo dlaczegoż dostrzegają w kobiecie już tylko naczynie zła? W tych Antoninach, cesarzach stoikach, którzy powstrzymują się od namiętności do kobiety, by popaść, jeden po drugim, w homoseksualizm, odgadywałbym niepewnych siebie nerwicowców. I to samo z szaleństwem ascezy, które okiełznał dopiero św. Pachomiusz — pustelników okropnie męczą lube, a sprośne zjawy, oni wręcz słyną z tego. Dopiero Pachomiusz zapędzi ich do roboty, odebrawszy nieco masochistycznej samoudręki, przywróci równowagę. Ale już wcześniej surowy mistyk, Orygenes, okastruje sam siebie! I jakże degraduje się — za manichejczykami? — owo „naczynie zła”… Dochodzi do tego, że w kobiecie nie widzi się już człowieka, wobec którego obowiązuje minimum lojalności; nie mówiąc już o dobroci i miłości bliźniego!

Św. Augustyn roztrząsa z przejęciem w Wyznaniach grzech psoty dziecinnej, kiedy to z kolegami ukradli trochę gruszek z sadu, ale nie przychodzi mu do głowy, że odesłanie za morze kobiety, z którą przeżył wiele lat, i pozbawienie jej syna tylko dlatego, by ożenić się z panienką godną jego stanu, można by uznać za moralnie naganne. Przeciwnie, sumituje się, że tęsknił, że było mu przykro. Mąż świątobliwy, odsłaniający w akcie wszechstronnej analizy wszystkie grzechy swego pogańskiego żywota, w tym jednym grzechu nie widzi… Zdumiewające, ale prawdziwe. I nieprzypadkowe. Przez całe pierwsze cztery wieki chrześcijaństwa kobieta jest naczyniem zła. Tylko stuprocentowe, celebrowane religijnie dziewictwo może uratować jej opinię. I nic dziwnego, że w epoce wczesnego chrześcijaństwa żadna matka nie dostąpiła świętości z tytułu swego macierzyństwa. Kult Matki Bożej zrodzi się później; Ewangelie zresztą Matki Boskiej prawie nie zauważają. Z końcem II wieku Jezus nawet dla heretyków, którzy widzą w Nim tylko Syna Bożego adoptowanego przez Boga Ojca, już jest synem Maryi Dziewicy. W teoretycznych rozważaniach chrystologicznych, które w poszukiwaniu precyzji logicznej i semantycznej zrodzą tyle herezji, nieuchronne było i dojście w kolejnych interpretacjach do uznania Maryi Matką Bożą, i do Niepokalanego Poczęcia. Syn Boży w świecie rzymskim nie mógł być poczęty inaczej.

Nauczycielka miłości

Być może kult Matki Bożej mądrzy Ojcowie Kościoła przeciwstawili kultowi Izydy, która rodzaj ludzki uczyła miłości. Izyda w tej rzymskiej fazie swego kultu górowała już nad Ozyrysem, nie była mu podporządkowana; jeśli rodzina chrześcijańska, jako rodzina rzymska, miała się utrzymać, należało znaleźć jakieś miejsce dla kobiety w mitologii chrześcijańskiej — żeby nie stracić kobiet jako wyznawczyń. I myślę, że Matkę Bożą, miłosierną, opiekuńczą, ucieleśniającą najpełniej chrześcijańskie ideały dobroci, chrześcijaństwo odkryło bardzo wcześnie — jeszcze w I wieku, już za życia następnego pokolenia po apostołach. Inaczej Izyda ze swymi misteriami przyciągnęłaby niejedną wyznawczynię, odesłaną przez św. Pawła na margines.

Matka Boska nie grozi, nie karci, nie poucza. Uosabia wszelkie uroki dobroci macierzyństwa oraz macierzyński ból po stracie Syna; budzi więc i współczucie. Lud Boży dość szybko nauczył się Ją kochać. I potrzebować Jej. Arianizm z Niej rezygnował i być może dlatego na dłuższą metę musiał przegrać nie tylko w analizach teologicznych. Potem przyszła klęska Nestoriusza, którą mu zadał gwałtownik Cyryl — w imię obrony pozycji Matki Boskiej. Dla Niej maszerowały tysiączne manifestacje podczas soboru efeskiego, dla Niej lud będzie prał nestorian, gdzie popadnie. Już wcześniej zresztą burzył się w Egipcie przeciw mnichom, oskarżając ich, że umartwienia adeptów przyprawiają ich o przedwczesną śmierć.

Niewykluczone, że był to odwet kobiet za lata swoistego doktrynalnego poniżenia. Już nie ma przecież powszechnego poróbstwa rzymskiego, normy ustaliły się nowe, chrześcijańskie (Hypatię też zabito, jak myślę, za jej niezależną, niechrześcijańską kobiecość). Kobieta chce być szanowana. Prędzej to niż jakiś nawrót do kultu Bogini Matki, bo niby dlaczego dopiero teraz? „Konkurencją” wtedy jest antyfeministyczny, jeszcze bardziej antyfeministyczny manicheizm. Bogini Matka, upostaciowana w Artemidzie efeskiej, kult Kybele, nie mówiąc już o kulcie Izydy, to raczej namiętności religijne czasu apostołów; w V wieku przewaga chrześcijaństwa czyni owe kulty w miastach już schrystianizowanych wspomnieniem tylko. My, którzy wiemy, że mężczyźni wychodzą manifestować na ulice, gdy kobiety swoimi słusznymi pretensjami robią dom miejscem nie do wytrzymania, łatwiej zrozumiemy ten przypływ czci dla Matki Boskiej — kobieta rodzi dzieci, jak nakazali apostołowie, robi, czego się od niej wymaga, żąda zatem szacunku. I to lud wynosi Matkę Boską na ołtarze, powiedzmy sobie szczerze. Św. Cyryl, doświadczony niby manipulator tłumów, nie wmówiłby im takiego kultu, gdyby one same go nie chciały.

Myślę, że trudno wczesnemu chrześcijaństwu robić zarzut z degradacji kobiety. Nie mogło być prawdopodobnie inaczej; wróciło to, co stare, rzymskie, stoickie, co wydawało się lepsze i mądrzejsze. Rozpatrując problem z punktu widzenia postępów cywilizacji, stwierdzimy raczej z odrobiną uśmiechu, że w dziejach religii bywa znacznie więcej zdrowego rozsądku, niż się na pozór wydaje. Chrześcijaństwo chciało ratować macierzyństwo i rodzinę. Nie mogło tego zrobić inaczej, niż odbudowując dawną rodzinę. Kiedy spostrzegło się, że w tej odbudowie górę, z krzywdą kobiet, wzięły niepostrzeżenie męskie nerwice seksualne, uświęciło macierzyństwo poprzez kult Matki Boskiej, tak sympatyczny nawet niewierzącym. Uczyniło zaś tak, świadomie zamykając oko na fakt, że kultu Matki Boskiej nie ma ani w Ewangeliach, ani w Dziejach Apostolskich, ani w Listach apostołów, przekonane widać, że Chrystus na pewno byłby za, a św. Paweł, po zastanowieniu, również.

Starożytność umarła sama

Zamknijmy na tym obrachunek wczesnego chrześcijaństwa z cywilizacją. Wypada on dla chrześcijaństwa zdecydowanie pozytywnie — mimo braku równouprawnienia kobiety. Odwróciło ono kryzys demograficzny europejskiej starożytności. W innym wypadku barbarzyńscy rabusie przyszliby na pustkowie. Nie byłoby już żadnej cywilizacji. Chociaż nie dla niej, nie dla jej postępów się urodziło — a tylko my takie tutaj rachunki prowadzimy, by się obliczyć ze swoją własną przeszłością — zrobiło wczesne chrześcijaństwo dla cywilizacji więcej niż którakolwiek inna religia. Nie dopiero dzięki czczonemu przeze mnie św. Benedyktowi z Nursji. Od początków. I być może nawet zrobiło więcej, niż mogło. Bez niego nie byłoby naszej Europy. A Izoldy Złotowłose, Heloizy i Marianny d’Alcoforado obroniły się i tak, przekonane, że Bóg Miłości, czyli Życzliwości i Dobroci, odpuści wielką, szaloną miłość.

Starożytność, jak wynika z powyższego, umarła sama. Naszą cywilizację stworzyło chrześcijaństwo — ochroniwszy ze starożytności to, co zachowania było warte, i przejąwszy potem z cywilizacji islamu to, co uchował dla nas islam ze średniowiecza. Jesteśmy bardziej z chrześcijaństwa niż z mojego ukochanego, greckiego antyku.

Chrześcijańskie kłopoty z kobietami
Stefan Bratkowski

urodzony 22 listopada 1934 r. we Wrocławiu – polski dziennikarz, publicysta i pisarz, w latach 80. prezes SDP, współpracownik „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”, autor scenariusza do filmu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy....