Ciepły sakrament

Chciałem być na spowiedzi dobrym i ciepłym kapłanem przywracającym ludziom nadzieję. Czy dotrzymałem tego przyrzeczenia, osądzi Bóg.

Przyszedł maj 1970. Bardzo przejęty przystąpiłem pierwszy raz u dominikanów do spowiedzi świętej. Byłem dobrze przygotowany i przeegzaminowany przez ojca Józefa Kosteckiego, zawołanego katechetę. Dziewczynki z mojej klasy, w zabójczych białych kokardach, swoim kobiecym zmysłem już pewnie wyczuwały nową epokę nadciągającą z hasłem: „Mieć władzę to być dostrzeżonym” – co przed kratkami konfesjonału całkiem nielogiczne nie jest. Nie sądzę jednak, że władza ta została w tym dniu nadużyta, jak w starej opowieści o. Kowalczyka, który pewnego dnia ujrzał przez drewnianą kratę bystre, a świdrujące oko małej osóbki, która z dumą i wyraźną kokieterią w głosie zaczęła wyznawać swoje przewinienia: „Biłam… (przerwa i sprawdzenie reakcji księdza), kopałam… (przerwa i bystre oko zagląda do środka, ale bez lęku), gryzłam… szczypałam” (postępowanie penitentki w kokardach jak wyżej). Były oczywiście i dramaty, bo pies zjadł komuś grzechy, wyrywając z ręki karteczkę, na której były skrupulatnie spisane, ktoś kogoś kopnął lub popchnął, żeby mieć coś solidniejszego do wyznania, a nie tylko klasyczne: „Nie słuchałem taty i mamy”. Z niejasnych dla mnie do dziś powodów sam uczepiłem się jak pijany płotu zaproponowanego w książeczce oskarżenia: „Męczyłem zwierzęta, niszczyłem rośliny”, choć w umiłowaniu przyrody w tym czasie mógłbym się ścigać z samym Miłoszem. Ale to były początki.

Moją pierwszą spowiedź, a i następne, wspominam z ogromnym ciepłem, być może dlatego, że spowiadałem się u dominikanów, którzy są świetnymi spowiednikami. Złośliwa teoria naświetla ten charyzmat w sposób zbyt uproszczony, powołując się na grzeszność ich życia przed wstąpieniem do zakonu, o którym to życiu, klęcząc, musieli się sporo nasłuchać. Na przykład przyszły ojciec Badeni usłyszał przez kraty: „A ty chamie! Ty świnio! Ty pachołku!”. Przy „pachołku” elegancki hrabia Badeni uniósł się – nie bezzasadnie – honorem. Nie przeczę, że moje dobre wspomnienia z odbytych spowiedzi łączą się z nieświadomością, bo któż w owym czasie w Tarnobrzegu zdawał sobie sprawę z opasujących mózgi nurtów neokantyzmu i neoarystotelizmu, dla których zło moralne jest albo tylko słabością, albo nieudolnością woli u swoich fundamentów zawsze dobrej, a zło „czyni się” w związku z poszukiwaniem dobra realnego lub czegoś, co za takie uchodzi. Wyznanie grzechów staje się więc bezzasadne. W najlepszym wypadku może być traktowane jako korekcja prawidłowego lotu. Uczono mnie według wzorów biblijnych, że to ja zgrzeszyłem i że ja wyznaję mój grzech Bogu, a nie przemawiają przeze mnie głosy, to ja również odpowiadam za popełnione czyny i nikt inny. Tak też wołał Psalmista: „Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem”. Idee w swoim pochodzie najczęściej rozwadniają się czy raczej „umasawiają” i firmują zachowania coraz większej części ludzi niezdających sobie nawet sprawy, skąd pochodzą i w jakim kontekście zostały poczęte. Usprawiedliwiają pewne wygodne zachowania, otaczając je aurą kontestacji, ale do końca nie radzą sobie z naturą ludzką, która sięga po zastępcze środki w miejsce środków przez rozwodnione idee kontestowanych. I tak moda na intelektualną niewiarę owocuje wierzeniami najbardziej fantastycznymi, a teza o niewinności człowieka potrafi zrodzić spowiedzi zastępcze, które nierzadko przybierają formę prymitywnego ekshibicjonizmu czy nigdy niezadowalających poszukiwań „motywu” takiego, a nie innego postępowania. Rozterki leśnika Baltazara z Doliny Issy czy wprowadzanie spowiednika w najsekretniejsze zakamarki małżeńskiego łoża przez kobietę z filmu Luisa Buñuela Le journal d’une femme de chambre, można zapewne zbyć wzruszeniem ramion w epoce, która rozbiła wszelką intymność i tabu, ale są one dobrym przykładem, jak natura ludzka mimo wszystko zabiega o wyznanie i osądzenie. I to nie o byle jakie wyznanie i osądzenie, ale o to obiektywne, czynione wobec Boga i osądzenie przychodzące niejako „z zewnątrz” człowieka. Potwierdza to również moja skromna praktyka spowiednicza w kraju Wielkiej Rewolucji.

Orka „pracowitego chrztu”

Wspominam moją pierwszą spowiedź nie tylko dla zapachów z dzieciństwa, tego słonecznego majowego popołudnia, kiedy matka kupowała sztućce na komunijne przyjęcie w sklepie dawnego Bratniaka, a ja – już lekki i wzmocniony duchowymi ćwiczeniami – przymierzałem mój pierwszy w życiu czarny garnitur z guzikami obciągniętymi materiałem. Najmniej cieszyły mnie białe podkolanówki i tegoż koloru buty – jak twierdzili zazdrośnicy „babskie”. Konfesjonał, w który wyszeptałem moje grzechy, stał blisko chrzcielnicy i to spotkanie chrzcielnicy z konfesjonałem zapisało się na zawsze w mojej pamięci, choć znaczenia tego obrazu wtedy jeszcze nie rozumiałem. Ale obraz wszedł we mnie, zamieszkał i został. Uważam go dziś za kapitalną katechezę, coś jak biblia pauperum.

Nie pytałem wtedy o związek chrztu z sakramentem spowiedzi, bo nie byłem na tyle dojrzały i rozgarnięty – ta perspektywa zarysowała się u mnie o wiele później i należała do gatunku olśnień, które odsłaniają intymność Boga. Chrzest myślany poza kategoriami realnego życia staje się niezrozumiały i bliżej mu do ceremonii nadania imienia, pasowania na ucznia lub jednej z okazji familijnych zjazdów i przyjęć. Poczujemy jednak zawrót głowy, gdy spojrzymy na to wydarzenie jedyne, nigdy niepowtarzalne, jak na totalną zmianę statusu człowieka, przejście od śmierci, która pulsuje w nas poczuciem winy wcześniej czy później się objawiającym (choć do dziś niesprawiedliwie uważanym za produkt judeochrześcijański) – śmierci, czyli antyżycia, któremu kierunek nadają idole mojego „ja” tkający misterną sieć pseudorelacji – do życia z Chrystusem, do Jego życia, które niczego nie zachowuje dla siebie, a więc jest otwarte na przyjęcie wszystkiego, w którym nie ma piekła, bo to zawsze jest pojedyncze, ale relacja, „bycie z” i „bycie w” na warunkach Boga – czyli wolność, radość i miłość. Język nas zawodzi, by opowiedzieć, czym jest to życie w nas, na pewno nie możemy polegać na naszych wyobrażeniach, na własnym sądzie czy wysiłkach.

Powołany został do życia „nowy byt”. Staję się „nowym człowiekiem” i ten nowy człowiek, duchowo i mistycznie tożsamy, jest jednocześnie Chrystusem i mną samym. Język Nowego Testamentu i nauka Kościoła wyjaśnia osobie wierzącej, że ten duchowy związek mojego bytu z Chrystusem w jednym „nowym człowieku” jest dziełem Ducha Świętego, Ducha Miłości, Ducha Chrystusowego.

Jeśli żyję tym Życiem przy całej mojej ułomnej percepcji i rozproszonej uwadze, z niewychowaną czujnością i odczuwaniem Bożego pulsowania, pozbawiony nawet broni inteligentnego tłumaczenia „procesów” zachodzących w tym Życiu – i tak jestem inny! Już nie ja żyję we mnie. I jak mawiają cystersi o tajemnicy – po co o niej mówić, jeśli można zobaczyć. Bo nowe życie przebija się przez moją grubą skórę, oświetla moją twarz, ale nie jest to piękność tego świata przerażona każdą upływającą minutą i nienawidząca jeszcze młodszej konkurencji – jest to piękność odwagi, umiarkowania – coś jak charakterystyka osoby św. Antoniego z pustyni: nie był ani wesoły, ani smutny, ani chudy, ani gruby… Radość bez ekscytacji i smutek bez przygnębienia, to jasne spojrzenie, które nie boi się śmierci i nie pogardza życiem, nie dostrzega jednak ani jednej rzeczy godnej naszej depresji, uznaje sukces, ale posługuje się na co dzień kategorią świętości – tak jak o Matce Teresie z Kalkuty nie warto pisać zamiennie: „noblistka z Kalkuty”, bo choć to prawda – brzmi jednak śmiesznie i pretensjonalnie, wystarczy, że powiemy Matka Teresa i nastaje cisza. Ikoną najbardziej przejmującą tego Życia w nas jest bez wątpienia oddanie życia za przyjacioły swoje i miłość nieprzyjaciół. Inność.

Merton nie byłby Mertonem (bo pierwszy cytat tradycyjnie z niego pochodzi), gdyby po zdaniu rozpalającym serca  nie zaaplikował nam innego zdania przepełnionego denerwującym nas sarkazmem. Ale to przecież prawda:

Posiadanie tego życia i tej radości jest najłatwiejszą rzeczą na świecie; wszystko, co musisz robić, to wierzyć i kochać; a jednak ludzie marnują całe swoje życie w przerażającym znoju, trudzie, poświęceniu, aby zdobyć rzeczy, które uniemożliwiają prawdziwe życie. Jest to jedna z głównych sprzeczności, które wniósł w nasze dusze grzech: musimy zadawać sobie gwałt, by nie trudzić się bezużytecznie, aby zdobyć coś, co jest gorzkie i pozbawione radości, i musimy zmuszać się, by brać to, co jest łatwe i pełne szczęścia, jakby było wbrew naszym interesom, ponieważ dla nas linia najmniejszego oporu prowadzi przez największy trud i czasem zrobienie tego, co jest samo w sobie najłatwiejsze, może być dla nas najtrudniejszą rzeczą na świecie…

Przyobleczenia w Chrystusa, zanurzenia w Jego śmierć i zmartwychwstanie nikt nie może nam odebrać, anulować, zmazać; to dar nieodwołalny Bożej miłości, miłości przebaczającej i dynamicznej – przemieniającej nas. Grzech w tej perspektywie jawi się jako sprzeczność, sprzeciw wobec tego daru, który został przecież przyjęty podczas uroczystej celebracji przewidującej również przyrzeczenie wyrzeczenia się szatana i wszystkich spraw jego prowadzących przez kłamstwo do zerwania więzi z Bogiem i ludźmi, jako regresu wobec nowego „statusu” człowieka przejawiającego się wyjściem z nurtu, przestrzeni relacji i schronieniem się w pudełku samozadawalającej się miłości, rozpaczliwej samowystarczalności błędnie kojarzonej z wolnością. Paradoksalnie jednak grzech wskazuje na przebaczenie, a jeszcze bardziej wyostrzając tę teologiczną prawdę – grzech nie może logicznie zaistnieć bez wcześniejszej od niego wiecznej miłości kierującej się logiką przebaczenia. Wspominam o tym, by wskazać na niewyobrażalną wielkość, piękno i siłę otrzymanego przez nas Życia, które trwa w nas mimo naszego oddalenia. Zapewne szansa, która została nam dana, przekracza wszelkie nasze wyobrażenia o miłości.

Potęga tego daru sprawia, że po upadku nie potrzeba nowego chrztu, ale ofiarowany nam jest sakrament pojednania, który – jak przestrzegali Ojcowie naszej wiary – w żadnym wypadku nie powinien być utożsamiany z „nowym chrztem”, jest bowiem podjęciem tego, co było nam ofiarowane, powtórnym wejściem w nurt Życia, relacji i nigdy skończonego wzrastania. Nie melancholia, ale właśnie poczucie wielkości daru Nowego Życia ofiarowanego nam na chrzcie świętym przebija przez orzeczenie Ojców soboru trydenckiego sformułowane w 1551 roku, z którego dowiadujemy się, że gdyby odrodzeni przez chrzest święty posiadali wdzięczność wobec Boga, która pozwoliłaby im zachować sprawiedliwość otrzymaną na chrzcie z Jego dobroci i łaski – nie byłoby potrzeby ustanawiania innego sakramentu na odpuszczenie grzechu, jak tylko sakrament chrztu. Ale sprawy mają się tak, jak się mają, i sakrament pojednania konieczny jest dla zbawienia tych, którzy po chrzcie upadli, podobnie jak chrzest potrzebny jest tym, którzy jeszcze nie zostali przez niego odrodzeni. Sakrament pojednania jest powrotem do sytuacji chrztu świętego, „odrestaurowaniem” dzieła chrztu, choć Ojcowie nie wahali się przy tym nadmienić – odwołując się do Tradycji – że dla penitenta będzie to związane z wysiłkiem, „orką” i sam sakrament pokuty nazwali poetycko wzorem swoich poprzedników „pracowitym chrztem”.

Tę orkę i pracę doskonale ukazuje nam już „Ewangelia w Ewangelii” – jak Ojcowie Kościoła nazywali przypowieść o synu marnotrawnym, albo raczej opowieść o dwóch synach i ojcu, w której każdy z nich – jak w greckiej tragedii – otrzymuje pouczenie. Grupa ta wyraźnie naznaczona jest cierpieniem spowodowanym panującymi w domu pseudorelacjami, które zaciemniają, „zatykają” horyzont Życia. Można zaryzykować twierdzenie, że w domu tym panuje atmosfera „domu umarłych”, w której Bóg nie czuje się bezpieczny – żeby użyć sformułowania Etty Hillesum. Bohaterowie historii podczas jej trwania doświadczają pustki, sieroctwa, wzajemnej rywalizacji, marnotrawstwa darów i ludzi, którzy nie są pomocą dla nich, ale przeszkodą i błędem. Niby wszystko jest w porządku, ale najprostsze ludzkie pragnienia każdego z nich nie są zaspokojone. Te struktury są najzwyczajniej grzeszne. Poprawność, pracowitość i rytm życia można domniemywać, ale jasne jest, że o pewnych sprawach się nie mówi, inne bagatelizuje, jeszcze o innych wcale się nie myśli. Wydaje się, że zerwanie z domem przez najmłodszego syna jest już tylko wypadkową całej tej atmosfery. Chcę przez to powiedzieć, że właśnie tak wygląda sytuacja grzechu, jego atmosfera pociągająca następne wykroczenia i staczanie się człowieka w przepaść, gdzie będzie coraz bardziej sam. Ale Życie nie przestało istnieć i promieniować i to ono ustala perspektywę, w której skutki grzechu posłużą jako punkt wyjścia w długiej i trudnej edukacji miłości, edukacji w gruncie rzeczy opierającej się na przyznaniu człowiekowi należnego mu miejsca, które nie jest jednak tożsame z rolą społeczną, ale z jego postawami, zachowaniami i nawet z cechami charakteru. Edukacji, która władzy i dążenia do kontroli nie uważa za pierwowzór dobra i szczęścia. Nawet „życie dla kogoś” – którą to postawę w przypowieści reprezentuje Ojciec i która naturalnie niejako wydaje się nam słuszną bazą budowania relacji życia – zostaje poddane kuracji. Św. Bernard powiedział kiedyś rozbrajająco – „Amo quia amo”: kocham, bo kocham, co można również zinterpretować: żyję niekoniecznie dla celu, żyję, bo warto! A kiedy Życie znów zaczyna toczyć się w naszych żyłach, rozumiemy coraz doskonalej, że to ono jest naszym celem. Orka „pracowitego chrztu” nie może ominąć całkiem sporego poletka naszej pamięci, która także poddana musi być oczyszczeniu. Wzbudza to nasz protest, bo przecież zdajemy sobie sprawę, że pamięć jest rzeczywistością dynamiczną, a wspomnienia nie są zastygłymi barwami dawnych mistrzów. Skrucha naszej pamięci to jednak nie „odtwarzanie” grzechu, odwiedzanie miejsc zbrodni, żeby obecną tam złą wolę wymienić na dobrą. To wysiłek i edukacja naszego sumienia, żeby nazwać i zdjąć z siebie wszystkie elementy przemocy i odrzucania prawdy, które dziś stanowią przeszkodę w procesie naprawiania rozdartych relacji z ludźmi i Życiem. To walka z rakiem naszej duszy. W tym nurcie można umieścić również jeden z aspektów ogromnie znaczącego w spowiedzi świętej pojednania z Kościołem: próbuję tak żyć i takie ponosić koszty, aby wyjść z nałogowej praktyki podawania się za kogoś, kim nie jestem.

Jak się czują dzieci?

Przyszedł maj 1987 i po raz pierwszy zasiadłem w krakowskim konfesjonale w kościele Świętej Trójcy. Przygotowany teoretycznie byłem dobrze, bo i piłowano nas ostro na egzaminie jurysdykcyjnym. Przy podstoliku etyki seksualnej wpadłem oczywiście na uciążliwego i kochanego „Berbecia” – ojca doktora duplex Władysława Skrzydlewskiego, który dwoił się i troił, a raczej wcielał w najróżniejsze osoby klęczące przy konfesjonale, byle tylko oddać prawdziwą atmosferę pola bitwy. Być może miał ograniczony zestaw postaci kobiecych, bo zaproponował mi najpierw wyspowiadanie nawróconej pięknej prostytutki. Tę rundę przegrałem, skupiwszy się na zewnętrznych aspektach postaci „Berbecia”, i przyznam, że trzeba było mieć przynajmniej wyobraźnię Pabla Picassa, żeby zapowiedzianą w przedstawieniu osobę w nim zobaczyć. Kurtyna znów została podniesiona i tym razem miałem przed sobą kobietę, która używa środków antykoncepcyjnych, ale nie zamierza opowiedzieć o tym spowiednikowi. Rozgrzany niedawnym zwycięstwem „Berbeć” żądał jasnych procedur pozwalających tę informację od niej wydobyć. Zniesmaczony moim intelektualizowaniem zapodał mi prosty schemat z pytaniem zasadniczym – czy pani ma męża? I czekał z nadzieją, że podjąwszy trop, wysypię z rękawa następne, podobnie inteligentne kwestie. Poirytowany moim stuporem mentis naciskał, aż wreszcie zdradził następne pytanie z upokarzającym „przecież to proste”: czy pani ma dzieci? I znów naciskał – i o co brat następnie zapyta? Tym razem nie zmarnowałem okazji i wypaliłem z pojednawczym „przecież to proste”: czy dzieci są zdrowe? Osłupiał i tak trwał.

To prawda, że nigdy podczas spowiedzi nie zostałem poniżony, upokorzony czy zraniony. Chciałem być na spowiedzi dobrym i ciepłym kapłanem przywracającym ludziom nadzieję. I nigdy nie odmawiać „gościom nie w porę” proszącym o ten sakrament. Czy dotrzymałem tego przyrzeczenia, osądzi Bóg. Dla mnie największą nagrodą jest wdzięczność Kościołowi za ten sakrament i zarejestrowanie go w mojej psychice jako radosne i ciepłe spotkanie z Życiem. Ciepły sakrament. Niech będzie to pociechą chociaż dla niektórych.

Ciepły sakrament
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...