Co jest blisko siebie

Co jest blisko siebie

Wielu z nas udaje, że pojmuje, a jednak nie pojmuje. Czego? Relacji internetowych między młodym pokoleniem. To fascynujące – piszą do siebie w przeróżne strony świata. Opowiadają o wszystkich najintymniejszych sprawach na facebookach, gadu-gadu, msn-ach i naszej klasie. Żyją jak jedna grupa najdrobniejszym wydarzeniem drugiego, prezentują swoje dokonania, tragedie, pomyłki. O co więc chodzi takiemu jak ja, co doświadczył normalnej u młodych ludzi zasady tworzenia swojej gromady, tyle że komunikacja była inna?

Moje dzieciństwo przebiegało tak: lampa naftowa czy karbidowa, wieczorami strach wyjść, bo czas okupacji, a potem lata niebezpieczne. Ludzie zbierali się więc wokół jednego ganku i było gadanie. Niezwykle ważny stawał się talent opowiadacza. Coś w rodzaju teatru jednego aktora. Albo gromadne słuchanie czytanych przez kogoś książek. Przeżywało się to niezwykle, boć widownia czy słuchownia wzajemnie na siebie oddziaływała. Nigdy tak nie jest, gdy sam czytasz. No i śpiewanie. Melodia i to połączenie ludzi, które daje wspólna pieśń. Stąd przeciągłość frazy, nieśpieszność, smakowanie długie tonów.

Śpiewała moja babka. Znała wszystkie pieśni, ale też znała inną przedwojenną rzeczywistość komunikacji. Przedwojenną nawet sprzed pierwszej wojny światowej. Pierwsze telefony – sam mój dziadek je w dawnych Prusach zakładał. W to jeszcze wierzyłem jako tako, jak i w istnienie radia, w którym słyszy się cały świat. Mgliście pamiętam radio Aga, zanim podczas okupacji Polakom zakazano słuchania go. Ale opowieści babki, że jeździła po mieście kolejką zawieszoną w powietrzu nad ulicami? No nie, nie do wiary! A to była prawda.

Potem przyszedł czas kontaktów polegających na braku telefonu, na czekaniu całymi dniami na rozmowę zamiejscową i dozwoloną po 1956 roku. Nastał więc czas listów. Ale już innych niż te, które pisał mój ojciec. Zasiadał uroczyście i kaligrafował starannie. W jego czasach nauka kaligrafii była podstawą powszechnego nauczania. Matka też kaligrafowała, ale inaczej, bo uczyła się w Niemczech, a tam obowiązywał unowocześniony gotyk liter.

Więc list ojca musiał zawierać, poza komunikatem, pewne obowiązkowe formuły. Powitanie często wierszowane. Dla najbliższych, dla krewnych itd. I wezwanie do odpowiedzi, niby zaproszenie do uroczystego tańca z obowiązkowymi gestami, ukłonami.

Formy były niezwykle ważne. Opuszczenia, zmiany – zawsze coś znaczyły. Kazały się zastanawiać nad każdą linijką listu. Czytano je powoli, najczęściej odpisywano. Niekiedy był to też odrębny teatr. Nie taki może jak w obrazie Riepina Zaporożcy piszą list do sułtana, bo nie chodziło o wyrafinowaną obrazę majestatu – ale też podpowiadano sobie sposoby napisania listu, słowa odpowiedzi. Takie, a nie takie.

Nagle zmieniło się wszystko. Miałem jeden z pierwszych telefonów komórkowych dość pokaźnych rozmiarów. Nie dla szpanu, ale żeby mieć kontakt z żoną, kiedy chorowałem na serce. Nasza przyjaciółka Krysia Janda, mieszkająca pod Warszawą, nosiła walizkowy telefon.

Ale jaka to była wtedy wolność. Nawet niektóre radiostacje zrozumiały, że słuchacze mają telefony komórkowe i zaczęły się tworzyć rodziny radiowe. Nowy sposób bycia w obie strony z radia i do radia.

Sam pamiętam jak szalony mój kolega, znakomity artysta i niezwykły radiowiec Marek Jaromski mówi nagle:
– Przyjdź do Józefa (radio), będziemy śpiewać ze słuchaczami wspólnie kolędy.
– Ale jak?
– No tak. My zaczniemy, a słuchacze się przyłączą chórem do nas w studiu i cała audycja będzie wspólnym śpiewem.

Nie uwierzyłem, ale stało się coś niezwykłego. Śpiewali z nami z Chicago, z Niemiec, no i ze wszystkich polskich miasteczek i wiosek. Przypominali kolędy stare, niezwykłe, miejscowe. I uczyli się wzajemnie od siebie. Byli razem.

A jak jesteśmy teraz na różnych forach internetu? Czy czujemy bycie razem, ten komunikat za komunikatem, mowę ciała, gestu, wibrację głosu? Są niby opracowane znaki wskazujące, że to się pisze z ironią, to z założeniem, że śmieszne, to dziwi, to zatrważa.

Nie wiem zbyt dobrze, jak to jest, bo niestety komputera, tak jak i nawet telefonu, nie umiem używać inaczej niż do przekazania wiadomości. Do rozmowy konieczna jest mi obecność drugiego, coś poza słowem, jakiś grymas, bliskość, które zmieniają znaczenie każdego powiedzenia. Jak tu bez dotknięcia? Mam bardzo wschodni nawyk dotykania rozmówcy, gdy chcę złapać szczególną uwagę rozumienia.

A oni? Moje dzieci, młodzi znajomi. Zasiadają każdego dnia i coś wołają do siebie. Tkają jakąś misterną sieć, tylko czy ta niby łatwość, niby szerokość kontaktowania się przez góry, doliny, morza nie tworzy sztucznego poczucia wspólnego bycia w niebyciu?

Nie wiem. Czasami byłem pewien, że jest im dane wiele, ale też odebrane coś, co warunkuje, że człowiek staje się człowiekowi bliski. Zatem zmniejszanie dystansu, bliskość konkretna. Centymetr po centymetrze bliżej, aż do prawdziwego przylgnięcia do siebie.

Teraz znów nie wiem. Czytając młodych poetów, czuję, że inaczej mierzą odległość między człowiekiem i człowiekiem, przyjaźń, bliskość i samotność. Inne muszą być metafory, bo nawet na pustyni nie jest się po staroświecku fizycznie samotnym przy dzisiejszej wszechkomunikacji.

I mam to straszliwe poczucie, że właściwie każdy z nas jest namierzony, każde słowo, każda nasza droga zanotowana i do wyjaśnienia. Ta niewola wszechzwiązku ze światem i wolność tego wszechkontaktu.

To już za trudne dla mnie. Uczuciowo.

Co jest blisko siebie
Ernest Bryll

urodzony 1 marca 1935 r. w Warszawie – polski poeta, pisarz, autor tekstów piosenek, dziennikarz, tłumacz i krytyk filmowy, dyplomata. Autor „Kolędy-Nocki” oraz wielu innych sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, tekstów...