Co Kościół na to?

Co Kościół na to?

Przy różnych okazjach słyszę ze strony dziennikarzy pytanie, jakie jest stanowisko Kościoła w tej lub innej sprawie. Często kryje się za tym przekonanie, że Kościół to monolit, w którym nieustannie z góry na dół idą dekrety i zarządzenia precyzujące, co o tym lub owym należy myśleć i mówić. Wychodzi kolejny tom przygód Harry’ego Pottera – co Stolica Apostolska na to? Mamy czas matur – duchowny odpowiada na pytanie, czy można ściągać. Pojawia się nowa gra komputerowa – już ktoś dzwoni z prośbą o wypowiedź, czy Kościół pozwala w takie rzeczy grać. Tworzącemu się w ten sposób zamieszaniu towarzyszy naciąganie i nadinterpretacja wypowiedzi hierarchów i duchownych. Jest to szczególnie przykre, kiedy dotyczy samego Ojca Świętego. Subtelne rozważania, czy w myśleniu Jana Pawła II jednoczenie się Europy jest tym samym, co integracja ze strukturami Unii Europejskiej, ocierają się niekiedy o absurd.

Wielu uważa, że osoba duchowna występująca w mediach powinna zawsze reprezentować stanowisko Kościoła. To – na pozór słuszne stanowisko – kryje jednak w sobie sprzeczności. Jest oczywiste, że duchowny nie może zaprzeczać temu, co przez Kościół zostało jasno zdefiniowane. Ale przecież nie wszystko zostało precyzyjnie określone… W Kościele istnieje jądro nauczania i wiary, które sprawia, że jesteśmy jedną wspólnotą, a zarazem mamy kręgi nieusuwalnego pluralizmu interpretacji i opinii. Media zaś nie służą tylko do przekazywania oficjalnego stanowiska, ale są również (jeśli nie przede wszystkim) areopagiem służącym do wzajemnego komunikowania, dyskusji i sporów. Niejednokrotnie osoba duchowna nie może prezentować oficjalnego stanowiska Kościoła, ponieważ takiego stanowiska w sprawie, o którą jest akurat pytana, nie ma, a rzecz pozostaje dyskusyjna. Mądry duchowny może wtedy zarysować krąg możliwych dla osoby wierzącej odpowiedzi, by następnie wskazać tę, która jest mu najbliższa i wydaje mu się najlepiej uzasadniona. Duchowny zalękniony będzie natomiast uciekał od odpowiedzi albo – przeciwnie – poda jedną odpowiedź (najlepiej cytat) jako jedyną i nieomylną.

Przypominam sobie czasy, kiedy studiowałem w Rzymie. Mieszkałem wówczas w międzynarodowym jezuickim Kolegium Bellarmino. Zdarzało się, że przy jednym 5–osobowym stole podczas posiłku siedzieli jezuici nie tylko z różnych krajów, ale także z różnych kontynentów. Dyskusje, które toczono przy spaghetti, pokazywały niebywałą różnorodność opinii i przekonań ludzi, którzy byli katolikami, a ponadto kapłanami tego samego zakonu. Kiedyś brałem udział w obiadowej dyskusji na temat homoseksualistów. Amerykanin nawoływał do tolerancji, akceptacji itd. Przedstawiciel Europy Środkowowschodniej wykazywał zaś duży sceptycyzm wobec tej otwartości. W rozwijającym się sporze z pozoru nie uczestniczył jezuita z Sudanu. W pewnym jednak momencie podniósł głowę znad talerza i stwierdził: „My takich u nas zabijamy”. Poczuliśmy się nieswojo i szybko zmieniliśmy temat. Tyle że dziennikarze wciąż pytają: „Co Kościół na to?”.

W Polsce dyskutujemy od dłuższego czasu na temat integracji europejskiej. Jak refren powtarzano pytanie: Jakie jest stanowisko Kościoła wobec wejścia do Unii Europejskiej? Kwestia antagonizowała środowiska i osobistości. Kiedyś pewna pani pogratulowała mi niedzielnej homilii, po czym oznajmiła: „No bo ja lubię do waszego kościoła przychodzić, chociaż mówi się, że jezuici są tacy za Unią”. Kiedy patrzę na swoich współbraci, widzę – tak jak wśród polskich katolików – wielość postaw: eurosceptyków, euroentuzjastów i eurorealistów. Wierzę, że ostatecznie każdy odda swój głos (lub już oddał) w referendum wedle swej najlepszej wiedzy i rozeznania. I nawet jeśli te głosy będą różne, to przecież nadal będziemy członkami tego samego Kościoła, uczestnikami tej samej Eucharystii. Choć referendum w sprawie Unii ma wielkie znaczenie, to nie ono decyduje o byciu w Kościele.

A co z tymi Polakami, którzy w czas referendum – pomimo wielu apeli – zdecydowali się pozostać w domu? Czy należy ich napiętnować jako tych, którzy zgrzeszyli, nie wypełniając swego obywatelskiego obowiązku? Sprawa nie wydaje mi się jednoznaczna. Sądzę, że niepójście do głosowania jest też wyborem, do którego obywatel demokratycznego państwa ma prawo. Pod warunkiem, że jest to rzeczywiście wybór poprzedzony szczerym namysłem. Zachęcanie do udziału w referendum było i jest ze wszech miar słuszne, ale nie może się ono stać moralnym przymusem odbierającym obywatelowi prawo do świadomego i przemyślanego bojkotu… Na pewno naganna byłaby natomiast postawa nieuczestniczenia w referendum wypływająca z bezmyślności i lenistwa.

W każdym razie jestem ciekaw, co stanie się za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat w Europie z pytaniem: „Co Kościół na to?”. Czy wciąż będzie rozbrzmiewać w mediach, czy też zaniknie, bo mało kogo będzie interesowała odpowiedź?

Co Kościół na to?
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....