Co porusza Słońce i gwiazdy

Co porusza Słońce i gwiazdy

Fotografie zgromadzone na wystawie World Press Photo wygrały konkurs, ponieważ poruszają. Wśród ponad setki zdjęć każdy z odwiedzających z pewnością mógłby wskazać te, które zapadły mu w pamięć najbardziej. Obrazy, które zostają pod powiekami, które zachwycają, ale częściej wstrząsają, bulwersują. Są jak blizny – od bólu bliźnich, choć tak dalekich: chińskiej rodziny gotującej posiłek w gruzach po trzęsieniu ziemi, kobiet mordowanych w Ameryce Południowej. Przypominają mi się słowa Zbigniewa Herberta – Praktyczne przepisy na wypadek katastrofy:

(…) Należy natychmiast opuścić dom i nie zabierać nikogo z bliskich. Wziąć parę niezbędnych przedmiotów. Ulokować się jak najdalej od centrum, (…) zanim ruch wirowy (…) nie zacznie zasypywać od środka, dusząc w gettach, szafach, piwnicach. Trzymać się mocno obwodu zewnętrznego. Głowę nosić nisko. Mieć stale wolne obie ręce. Pielęgnować mięśnie nóg.

Przez kuloodporną szybę obiektywu patrzymy na świat przemocy, biedy, zagubienia, dysonansów. Jak patrzymy?

Fotografia balansuje na granicy sztuki i dokumentacji rzeczywistości. Sztuką jest to, co sztuczne – artefakt fotografa. Połączenie techniki z kompozycją, ekspresją, tworzenie wartości estetycznej. Piękno uchwycone, uchronione przed przemijaniem. Dziewczynka – albinoska z Tanzanii w sukience w kolorze lapis lazuli, w kolorze skrzydeł amazońskiego motyla – w biegu jak w tańcu – zachwycająca jak krucha figurka z Tanagry. Błękitna wróżka. Dalej portret – twarz Tybetanki z mapą czerwonych żyłek na policzkach. Poplątane ścieżki duszy zaprowadziły ją do jednej z mistycznych sekt. W jej oczach blik okna i głowa fotografa. Jest jak górskie jezioro odbijające chmury. Jak zwierzę słuchające wiatru. Wrota zaświatów są w dźwięku strumienia, mówi mistrz.

Fotografię, do której powracałam, wykonał Henry Agudelo. Doskonała kompozycja, wysmakowane kolory, symbolika (najbardziej lubię obrazy do czytania). W muszli z betonu, w wylocie rury nad rzeką nagie plecy z ornamentem kręgosłupa, przebiegającym przez owal ciała. Bezdomna kobieta myje się w rzece w Kolumbii, informuje podpis. Bardziej poruszająca niż wszystkie „toalety Wenus” dawnych mistrzów. Bezbronność człowieka, bezbronność ciała nad gęstą ciemną rzeką, w której nie można się umyć. Być może jej wody niosą zapomnienie.

Na zdjęciu Yannisa Kolesidisa krew wypływa spod rękawa mężczyzny. Demonstracje w Grecji. Kolejne wydarzenia ostemplowane czerwienią – rozpacz Gruzina trzymającego ciało brata. Zamieszki na tle etnicznym w Kenii. Czy wolno nam patrzeć w twarze bitych, twarze krzyczących bezgłośnie zakrwawionymi ustami? Czy wolno przechodzić przed nimi spokojnie, oceniając kąt padania światła? Jesteśmy przecież w galerii. Zapłaciliśmy za pakiet wzruszeń. Spoglądamy w twarz gruzińskiej Niobe – wiatr unosi jej włosy, koronę siwych promieni, w tle zrujnowana wieś. Jest piękna. Piękna. Ból białych posągów wysubtelnia smak. W gruzach Osetii nie brakowało ciał godnych porównania z Grupą Laokoona. Tragiczne piękno zbawia, uczyli nas Grecy. Jeśli jest okrucieństwo, jeśli być musi, niech będzie piękne jak płacz Antygony. Bo kiedy ogarnia nas wzruszenie, jesteśmy wzniośli. Stajemy – żywi, syci – przed obrazami pełnymi krwi i pozwalamy się im rozstrzelać. Nie jesteśmy obojętni: patrzymy przecież. Ale w pamięci odzywa mi się żydowska kołatka Lévinasa:

twarz Innego krzyczy na drugim końcu świata
skanduje zgłoski zobowiązania
ponieważ jesteś człowiekiem
ponieważ jesteś człowiekiem
sprawiedliwy nie zaśnie spokojnie dopóki wie
brat cierpi na drugim końcu świata

Przed zdjęciami Carla Gianferro zwiedzający przystają z ulgą: żadnej krwi. Mieszkania bogatych Romów w Rumunii uderzają ostentacyjnym przepychem. Ludzie są tam obcy, zbędni na tle kunsztownych draperii i nieskazitelnych ścian. Niedoskonałe ciała w ramach, które przygniatają doprasowaniem form. Jak owady w sztucznych kwiatach. Styl pretendujący do arystokratycznego: biało-czarny marmur schodów, dywan w kuchni, pluszowy dalmatyńczyk i rogi jeleni. Oglądający uśmiechają się na widok kiczu, ale to uśmiech zakłopotania. Tak wygląda jaśniejsza strona rzeczywistości? Gdzieś obok można podziwiać apoteozę prezydenta Obamy. Światło z góry pada na twarz, ludzie z szacunkiem patrzą na niego, jak uczniowie skupieni wokół natchnionego proroka. Konsekrowany w łagodnym półświetle artysta Dennis Hopper zasiada na designerskim tronie zielonej sofy. Jeżeli szukasz maga i mędrca, skontaktuj się z Orbis Outliner for Libération. Wciąż potrzebujemy mitów, bo ratują rzeczywistość przed brakiem sensu.

Na fotografii Lisette Lemus młoda kobieta leży na jezdni. Rozkrzyżowana, zastrzelona. Dzieci spoglądają na nią z okien szkolnego autobusu jak z innej planety. Kula rozerwała świat dwojga z nich. Ciało oznacza iksem punkt, w którym czas powinien się zatrzymać. W Sao Paulo bezdomny w całunie, który go oddziela od żywych bardziej niż od martwych, śpi pod ścianą. Na tkaninie linie graffiti, jakby się nie różnił od kawałka muru. Jest ścianą. Tylko jako ściana może ostać się przed chłodem. Przed obojętnością.

Postać transseksualisty z Hondurasu widnieje na plakacie reklamującym wystawę. Ruda peruka i brudnożółty kolor tła przywodzą na myśl płótna Edgara Degasa – miedzianowłose kobiety myjące się w biednych klitkach pełnych rozrzuconych przedmiotów. W krótkiej spódniczce, w cieniu sztucznych rzęs, wie o tym – niesie śmierć na AIDS. Obok dwunastolatek w pozie odaliski czeka na klienta. Oczy umalowane i puste. Ten chłopiec umarł trzy lata temu, kiedy wyrzucono go z domu. Puste ciało spogląda w obiektyw.

Także zestawienia zdjęć są wymowne. Na końcu sali jak dwie spadające gwiazdy: biegnąca modelka w nierzeczywistym świetle i krzyk antylopy, z tylną nogą w zębach geparda. Nikt jej nie usłyszy, kiedy upadnie. Jej śmierć sprawia przyjemność estetyczną. Dalej błyskawice nad wulkanem i śnieżne lamparty. Są bezpieczne. Mówimy: piękne, mówimy: tutaj nie widać krwi. Za gwałtowność wyładowań i pazurów nie ponosimy odpowiedzialności. Być może to tajemnica oglądalności filmów przyrodniczych. Jest jeszcze plaża we Władysławowie z lotu ptaka – abstrakcjonizm na zbiorowych wakacjach – i wykrzywione wysiłkiem twarze sportowców ponad symfoniami mięśni. A także wiele innych fotografii, innych twarzy i miejsc.

Czy istnieje komentarz do tej mozaiki, poza słowem „rzeczywistość”? Co jest siłą, która nadaje ruch jej elementom? Czy możemy uwierzyć w jakieś nadrzędne znaczenie, które wytłumaczy wszystko: smutek śnieżnego lamparta i samotność transwestyty, ruch ręki mordercy i ruch upadającej ofiary – która nie jest już ofiarą bogów Słońca, tylko ofiarą przypadku? Ponad fotografiami jest pusta kartka sufitu. Bez gwiazd, które potrzebowały bijącego serca, by mogły świecić, dalekie i przenikliwe. Bez usprawiedliwienia okrucieństwa. Jak dziś odpowiedziałby Dante?

Co porusza Słońce i gwiazdy
Zofia Marduła

urodzona w 1986 r. – absolwentka socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, pracuje w Bibliotece Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Polskiej Prowincji Dominikanów w Krakowie....