Co się stało z naszą klasą

Co się stało z naszą klasą

Gdy zaczęłam przeglądać kronikę i czytać wpisy kilkunastoletnich chłopców, poczułam, że mam w rękach coś niezwykłego, ocalony fragment ludzkiej pamięci.

Ojczyzna była dla nich miejscem utraconym. Istniała w marzeniach, na fotografiach, w książkach. W kilku wspomnieniach – coraz bardziej odległych, wyblakłych, przywoływanych przez dorosłych. Trzymali się tych wspomnień i pielęgnowali je, bo one dawały poczucie, że mają swoje miejsce na świecie, swój dom, do którego kiedyś powrócą.

To było dla nich bardzo ważne. Nie można przecież być znikąd, nie można przecież tak bez końca przenosić się z miejsca na miejsce…

Tęsknili – do ulic, których nie pamiętali, do podwórek, na których nie zdążyli się pobawić. Do bliskich znanych tylko z czarno-białych zdjęć zgarniętych przez kogoś dorosłego szybkim ruchem ręki do walizki czy kufra. A z tymi zdjęciami cały świat. Cała przeszłość.

Kiedy wybuchła wojna, mieli zaledwie rok czy dwa lata.

Stara fotografia

Krzysztof Miłoszewski skończył właśnie jeść śniadanie. Odsunął na bok filiżankę z niedopitą herbatą i jak co tydzień w piątek wziął do ręki wychodzący od 1940 roku w Anglii „Dziennik Polski”.

Jego uwagę zwróciło zamieszczone na pierwszej stronie dodatku weekendowego niewielkie, czarno-białe zdjęcie i tytuł „Nasza klasa 3A – Bottisham 1952”. Znajomo brzmiąca nazwa sprawiła, że w pośpiechu zaczął czytać artykuł. Nerwowo połykał kolejne słowa. Przyjrzał się zdjęciu. Nie miał wątpliwości – to jego klasa. Kilkudziesięciu roześmianych gimnazjalistów. Część siedzi na murku, reszta stoi za ich placami. Krzysztof jest wśród nich. Pod zdjęciem tekst: „Poszukujemy bohaterów tej kroniki. Chcemy zebrać więcej informacji o ich losach – tych wojennych i tych powojennych. Mamy nadzieję, że dzięki ich pomocy lub wspomnieniom ich rodzin, bliskich i przyjaciół uda się nam poszerzyć wystawę o ich losy powojenne – pisała autorka tekstu Irena Wawrzyniak. – Oto lista uczniów klasy 3A polskiego Gimnazjum im. M. Kopernika w Bottisham w Anglii z 1952 r. w porządku alfabetycznym: Andrzej Agopsowicz, Tadeusz Antonowicz, Karol Bednarz, Krzysztof Berdowski, Ryszard Choptij, Andrzej Choroszewski… Wśród 29 nazwisk Krzysztof Miłoszewski odnalazł swoje. Wzruszony, podekscytowany, nie wierząc w to, co przed chwilą przeczytał, chwycił słuchawkę telefonu i wybrał numer…

Wasze Przeżycia

Kronika jest nieduża. Brązowa, lekko karbowana okładka. W środku mocno pożółkłe już strony. Wszystkie wpisy zrobione starannym, niemal kaligraficznym pismem. Na okładce tytuł „Nasze Przeżycia”. Są też szkolne zdjęcia, rysunki, ręcznie wykonane mapki, wycinki z gazet, fotografie przedwojennej Warszawy. Kilka lat szkolnego życia. Pierwszy wpis zrobiony jest niebieskim, lekko już wyblakłym atramentem. Litery pochylone delikatnie w prawo:

Nasze Przeżycia to książka o Was samych, to fragmenty Waszego życia, które się kształtowało pod wpływem wypadków ostatniej wojny 1939–1945. Większość z Was pędzona zawieruchą wojenną przez kontynenty, często oderwana czasowo lub na stałe od Rodziców, przeżyła wiele w trudnych warunkach wygnania. Fragmenty Waszych opowiadań nawiązują najczęściej do życia w domu rodzinnym i do przeżyć w Polsce. Serdeczna więź z Ojczyzną i Rodziną to istotne składniki naszego życia emigracyjnego. Trzecim momentem, który przebija z tych kart, to teraźniejszość w szkole i myśl o przyszłości. Codzienny trud jaki ponosisz w pracy nad sobą ugruntowuje Ci przyszłość. Walcz o nią, by zdobyta przez Ciebie pozycja życiowa mogła kiedyś posłużyć do odbudowy Wolnej i Niepodległej Polski

– Wasz wychowawca, Bottisham (Anglia) 1952

Chciałam ich poznać

Irena Wawrzyniak, dyrektor Biura Obsługi Pielgrzyma Sanktuarium Maryjnego w Licheniu, doskonale pamięta ten listopadowy dzień 2008 roku, kiedy pierwszy raz chwyciła brązową kronikę do ręki. Razem z Wojciechem Luchowskim, kustoszem powstającego w sanktuarium muzeum, przygotowywała wystawę poświęconą wojennym losom Polaków. Wspólnie przeglądali zbiory, które kilka miesięcy wcześniej przypłynęły statkami z posiadłości księży marianów w Fawley Court w Anglii. To tam przez wiele lat działało założone jeszcze przed II wojną światową przez ks. Józefa Jarzębowskiego muzeum, w którym udało się zgromadzić tysiące cennych pamiątek dotyczących polskiej kultury i historii: pierwsze polskie wydanie Biblii sprzed 400 lat, okulary ostatniego dyktatora powstania styczniowego Romualda Traugutta, modlitewnik generała Józefa Hallera, fiolkę po lekarstwach z napisem: „Prochy z krematorium w Auschwitz”, tkaniny, obrazy. Kiedy księża marianie likwidowali swoje włości w Anglii, wszystkie zbiory przewieziono do Lichenia. – Kronika wyglądała bardzo niepozornie. Zwykła brązowa księga. Lecz gdy zaczęłam ją przeglądać i czytać wpisy kilkunastoletnich chłopców, poczułam, że trzymam w rękach coś niezwykłego, ocalony fragment ludzkiej pamięci. I w jednej chwili wiedziałam już, jak powinna wyglądać przygotowywana przez nas wystawa. Oto miałam przed sobą obraz wojny widziany oczyma dzieci – przypomina sobie.

Jakaż piękna musi być Polska. Czegoż bym nie dał dziś za to, aby choć trochę pamiętać te czasy, kiedy będąc małym dwuletnim dzieckiem, nie rozumiejąc niczego żyłem z Rodzicami w Ojczyźnie. Nie rozumiałem dlaczego, po co i dokąd jechaliśmy, gdy dnia 5-tego września 1939 roku opuszczaliśmy Warszawę. Nie wiedziałem też jaka rozpacz musiała targać sercami moich Rodziców. Jakąż ciężką musiała być chwila przekroczenia granicy naszej Ojczyzny nie wiedząc kiedy się ją przekroczy w przeciwną stronę.
Należę do tych szczęśliwych, którzy nie widzieli Rosji.
Jechaliśmy przez Rumunię. Bułgarię. Turcję, Palestynę, Liban, aż po długich latach wylądowałem na brzegach tej Wyspy. Moim gorącym pragnieniem jest, aby następną moją przystanią dla mnie była zatoka, której brzegi uderzają o brzeg Polski…

Krzysztof Miłoszewski zdjął okulary, przetarł dłonią oczy, pochylił się jeszcze raz nad kroniką i delikatnie przesunął palcami po pożółkłych kartkach. Było widać, że jest wzruszony, że pamięcią wraca do dzieciństwa i młodości. – Nigdy nie myślałem, że może mnie coś takiego spotkać. Że po blisko 60 latach będę mógł czytać zapisane przeze mnie wspomnienia, że nasza kronika przetrwa tyle lat i znajdzie się w Polsce, choć nam nigdy nie udało się tu wrócić.

Przystojny, szpakowaty, w granatowej eleganckiej marynarce. Na palcach obrączka i sygnet. Na zaproszenie Ireny Wawrzyniak razem z żoną przyjechał do Lichenia, by zobaczyć wystawę. Przyjechali też jego koledzy z klasy: Romuald Kubisz, Zdzisław Łucek i Andrzej Lipiński. – Mieliśmy po kilkanaście lat, gdy nasze losy splotły się w szkole w Bottisham. Nikt z nas nie pamiętał Polski, ale wciąż wierzyliśmy, że kiedyś tam powrócimy. Przecież to była nasza ojczyzna – mówi Miłoszewski piękną polszczyzną. Taką, jakiej dziś prawie się już nie słyszy.

Ojczyzną był dla nich dom rodzinny i szkoła, koledzy i nauczyciele. Ojczyzną były książki, które czytali, oglądane zdjęcia, nauczone na pamięć wiersze, fragmenty prozy, piosenki, zwyczaje, i nauczyciele, którzy pilnowali, by 518 chłopców nie zapomniało, gdzie są ich korzenie. – Dlatego ciągle nam powtarzali: Musicie pamiętać, że jesteście Polakami, musicie być z tego dumni – wspomina pan Krzysztof.

Internat i szkoła mieściły się w rozległym parku w Bottisham niedaleko Cambridge. Chłopcy mieszkali i uczyli się w ogromnych wojskowych hangarach z falistej blachy. Nazywali je beczkami śmiechu. 12-, 13-, 14-letni chłopcy, którzy przeżyli ponad miarę, ponad to, co dzieci są w stanie udźwignąć. Większość pochodziła z Kresów skąd na początku wojny wraz z rodzinami zostali deportowani, wywiezieni na Sybir, a gdy powstała Armia Andersa wędrowali za wojskiem z kraju do kraju. Dzięki temu ocaleli. Anglia była dla nich kolejnym przystankiem. Nie wiedzieli, na jak długo. Wychudzeni, doświadczeni przez los wciąż jeszcze wierzyli, że wrócą do Polski. Wielu z nich straciło rodziców, rodzeństwo, bliskich. Wielu nie miało, z kim i dokąd wracać. – Mieliśmy znakomitych, świetnie wykształconych nauczycieli. Oni zdawali sobie sprawę, w jak trudnej jesteśmy sytuacji. I dopingowali nas: musicie się kształcić, musicie zdobyć zawód, musicie być najlepsi – Krzysztof Miłoszewski do dziś pamięta te słowa.
W połowie lat 50. XX wieku większość z nich już wiedziała, że nie wrócą do komunistycznej Polski. – Ojciec nie wyobrażał sobie życia w sowieckim reżimie – mówi Miłoszewski.

Kromka chleba

Na jednej z pierwszych stron kroniki wklejona jest mapa Europy, Azji i Afryki. Taka sama mapa, tyle że o wiele większa, pojawi się wiele lat później na wystawie w Licheniu. Starannie prowadzona linia biegnie przez wszystkie ważniejsze miejsca, w których przyszło żyć chłopcom z 3A – wygnańcom z Polski. Zaznaczone drogi zbiegają się w Anglii, w Bottisham.

Rzucono nas do Kazakstanu. Tu rozstaliśmy się z Tatusiem, który poszedł do wojska aby nam więcej pomóc. Moje siostry i brat mieszkaliśmy z mamom w małym domku. Mama mósiała ciężko pracować by nas zdołać wyżywić.
Raz mama miała kilka kromek chleba. Dała nam po jednej na obiad a reszta miała być na kolację. Na kolacji mama zauważyła że jednej kromki brak. Więc nas się pyta czy któreś z nas nie wzięło tej kromki. Mój braciszek powiedział że wziął, aby gdy będzie głodny to się posili.
Mama pracując ciężko zachorowała i poszła do rosyjskiego szpitala. Najstarsza siostra odwiedzała mamę co dnia. Raz przyszła zapłakana i powiedziała że mama umarła. Ta chwila była najtragiczniejsza w moim życiu. Na drugi dzień poszliśmy do sierocińca.
Z sierocińcem przyjechaliśmy do Gorczakowa gdzie zachorowałem na świnkę i poszedłem do szpitala. W szpitalu byłem z najmłodszą siostrą która ciężko chorowała. Po długim pobycie w szpitalu siostra mi umarła.
Z Gorczakowa razem z całym sierocińcem pojechałem do Indii

– pisał w szkolnej kronice Franciszek Wojewódka.

W Bottisham chłopcy mieli wrócić do normalnego życia. I wracali. Był czas nie tylko na naukę: organizowano zawody sportowe, konkursy recytatorskie, biwaki, wycieczki, obozy harcerskie. Była też zabawa w sąsiedniej szkole…

W towarzystwie czarujących koleżanek czas minął nam bardzo prędko, a to najlepszy dowód, że minął przyjemnie. Nie spostrzegliśmy, jak się to stało a już trzeba było się żegnać. Nie było rady. Żegnanie się, szukanie płaszczy i wychodzenie z „balowej sali” trwało razem pół godziny. Autobusy już czekały. Wsiedliśmy i żegnani machaniem rąk i gorącymi spojrzeniami opuściliśmy Diddington. Niejeden z nas obudziwszy się w niedzielę rano pomyślał sobie: „Jaki ładny miałem sen!”. Ale nagle wzrok jego padł na powieszony starannie nad łóżkiem kotylion. Przetarł oczy raz, drugi… uśmiechnął się tajemniczo… i zasnął.

Instynkt historyka

Szkoła w Bottisham była jedną z wielu, jakie powstawały w Anglii dla dzieci polskich emigrantów. Podobne gimnazjum działało też w Fawley Court, dokąd z Bottisham trafił nauczyciel historii Paweł Szulc. To on zabrał ze sobą kronikę klasy 3A. Przez przypadek? A może specjalnie, wierząc, że przechowywana w istniejącym tam muzeum ocaleje, przetrwa. Może instynkt historyka podpowiedział mu, że warto, by ktoś kiedyś przeczytał niezwykłą historię 29 zwykłych chłopców…

Mając cztery lata w roku 1940 zostałem wywieziony z Polski do Uzbekistanu w Rosji. Mieliśmy tam bardzo ciężkie życie. Mama musiała pracować na nas by zarobić trochę chleba. Pamiętam ten dzień w którym mama moja zachorowała. Była to późna jesień. Późnym wieczorem przyszła mama z pracy. Była blada i zmęczona. Poszła szybko spać nic nie jedząc. Na drugi dzień już nie mogła wstać. Najstarsza siostra poszła za nią do pracy.
Wreszcie przyszedł dzień w którym wywieziono nas dalej. Wieziono nas jak bydło które nie wie gdzie jedzie, w najgorszych jakie można sobie wyobrazić warunkach. Była to najgorsza podróż w moim życiu. Właśnie wtedy straciłem ojca. Będąc małym nie rozumiałem bardzo co to jest stracić ojca. Lecz teraz wiem.
Po amnestii wyjechaliśmy wraz z innymi rodzinami do Krasnowocka. W Krasnowocku mnię wraz z dwoma braćmi i z siostrą odesłano do sierocińca. Mama i siostra zostały.
Nasza czwórka pojechała do Persji

– pisał Wicek Opałka, a Irena Wawrzyniak z wypiekami na twarzy czytała po 56 latach kolejne wspomnienia. – W mojej głowie rodził się pomysł, by odnaleźć tych chłopców – dziś starszych panów, by z nimi porozmawiać, by zobaczyć jak dalej potoczyły się ich losy, by wystawa, którą przygotowywaliśmy, miała swój ciąg dalszy – opowiada.

Kilka miesięcy później napisała artykuł do „Dziennika Polskiego”, najstarszej polskiej gazety wychodzącej na emigracji. – Miałam nadzieję, że ktoś to przeczyta, odezwie się, napisze. I przeczucie jej nie myliło. Krzysztof Miłoszewski natychmiast zadzwonił do Andrzeja Lipińskiego, który też mieszka w Anglii. Lipiński nie miał w domu gazety, więc wydzwaniał do znajomych, którzy ją prenumerują. Potem zawiadomił Zdziśka Łucka i Romka Kubisza. W ciągu tygodnia udało im się skontaktować z kilkunastoma kolegami.

Gdy będzie wolna

Romek Kubisz przybył do Anglii w 1948 roku po ośmiu latach tułaczki.

Polsko – mój rodzinny kraju, smutno mi iż Ciebie nie znam, nic nie pamiętam o Tobie. Jednak z nauki wiem że jesteś piękna i wspaniała. Piękny nasz krajobraz, góry, lasy, rzeki i jezioro. Tęskno mi do Ciebie bo wśród tych lasów i rzek urodziłem się i trochę żyłem. Mam nadzieję, że Tam jednak powrócim.
Urodziłem się 21 listopada 1938r. w Zubowskim Gaju, powiecie wołkowyskim, województwie białostockim. Mieszkałem wśród lasów 30 km. od Puszczy Białowieskiej. Mój Tatuś był leśniczym a moja mama zwykłą gospodynią domową, bo cóż miała innego robić wśród lasów daleko od sąsiadów. Dość często do tatusia jako leśniczego zjeżdżali gajowi na polowanie wtedy była uciecha. Raz wśród takiej „pijatyki” i zabawy siedząc w kołysce blisko stołu zostałem poparzony lampa która spadła ze stołu. Do dziś mam dużą bliznę może jedyna pamiątkę z Polski. Tak żyliśmy szczęśliwie 2 lata, aż naraz nasze sielskie życie przerwał niespodziewany cios… Wojna… Rok 1939… (…)
W 1940 roku zostaję wraz z Rodziną deportowany do Rosji. W drodze cierpimy chłód i głód. Osadzono nas daleko na północy bo aż gdzieś koło Archangielska. Tam Tatuś pracował przy drzewie z tamtąd też dostał się do Wojska Polskiego.
Z Wojskiem Polskim Tatuś pojechał na Bl. Wschód do Persji. My zaś dzięki Gen. Sikorskiemu pojechaliśmy za wojskiem. Pozwolę sobie wrócić jeszcze do Archangielska ponieważ tam wydarzył się ważny fakt z mego życia a mianowicie chorowałem bardzo ciężko i długo, tak że już zwontpiono czy będę żył i mówiono przy mnie „zdrowaśki” za moją duszę, lecz dzięki Bogu wyzdrowiałem…

Z Persji przez Indie dotarł do Afryki. W 1947 roku od uderzenia pioruna umiera jego mama. Zostaje sam z bratem i siostrą. Trafiają do sierocińca. Dopiero w Anglii odnajdują ojca.

Mamy nadzieję powrócić do Polski gdy będzie wolna

– pisał w kronice w listopadzie 1952 roku. Miał wówczas 15 lat.
 
Nie wrócił. Został w Anglii. Studiował historię, ożenił się, wyjechał do Monachium, pracował w Radiu Wolna Europa. W 1967 roku z całą rodziną przeniósł się do Kanady. W 2003 roku przyjechał pierwszy raz do Polski. – Byłem zachwycony tym, co Polacy osiągnęli, i zadziwiony, jak pięknie nasz kraj wygląda – przypomina sobie. Odwiedził Warszawę, Toruń, Sopot, Gdańsk. Stamtąd pojechali autobusem do Krakowa i Zakopanego. – Moim domem jest Anglia, bo tam się wychowałem, tam mieszka większość mojej rodziny, stamtąd mam wiele pięknych wspomnień. Ale choć od 40 lat mieszkam w Kanadzie, nigdy nie zapomniałem, skąd pochodzę, gdzie jest moja ojczyzna. Mówimy w domu tylko po polsku, nasz syn rozmawia z nami po polsku. A gdy kiedyś rozpędziłem się w rozmowie i zacząłem mówić do niego po angielsku, zdziwiony spojrzał na mnie i powiedział: Tato, jak ty do mnie mówisz!

Krzysztof Miłoszewski został lekarzem. Mieszka w Anglii. Do Polski przyjechał po raz pierwszy w 2000 roku. – Zamieszkaliśmy w Warszawie w hotelu Bristol, nie ze snobizmu, ale z sentymentu. W tym hotelu mój ojciec przed wojną jako pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych spotykał się z różnymi osobistościami. Chciałem chodzić tymi samymi korytarzami co on, chciałem być w tym miejscu, gdzie on przed laty był – wspomina. Choć w Anglii spędził niemal całe swoje życie, choć ma obywatelstwo brytyjskie, zawsze czuł się Polakiem z krwi i kości. – Ale doświadczam tego, że nigdzie nie jestem u siebie. Mieszkam w pięknej części Anglii, ludzie są tam bardzo serdeczni i przyjacielscy, krajobrazy wspaniałe i emocjonalnie jestem związany z tym terenem. Ale to nie jest moja ojczyzna. Do Polski przyjeżdżam jak turysta. Spaceruję, zwiedzam, jestem zachwycony tym, co widzę, ale nie mam tu swojego domu. Nigdy też nie próbowałem konfrontować mojej wyimaginowanej ojczyzny z rzeczywistością, bo to jest niemożliwe. Wiem jednak, że ta Polska, która była w mojej wyobraźni, pomogła mi żyć. Bo człowiek musi mieć swoje korzenie, musi wiedzieć, skąd jest.

Odstawiam rumbę i…

Po zdaniu matury każdy z chłopców z klasy 3A poszedł w swoją stronę. Ale przyjaźnie nawiązane w szkole w Bottisham przetrwały do dziś. Przez te wszystkie lata pisali do siebie, dzwonili, odwiedzali się, dowiadywali, co u kogo słychać. Byli sami dla siebie ojczyzną. Dlatego wieść o artykule w „Dzienniku Polskim” rozeszła się lotem błyskawicy. W ciągu tygodnia czytało go już kilkanaście osób w różnych zakątkach świata. Każdy chciał mieć egzemplarz tej gazety, niektórzy dwa – żeby dać dzieciom, znajomym. – Nie miałam pewności, czy któryś z bohaterów kroniki przeczyta mój artykuł, a jeśli nawet, to czy zechce się odezwać – mówi Irena Wawrzyniak. Dlatego, gdy pierwszy telefon zadzwonił już dzień po ukazaniu się artykułu, nie mogła wprost uwierzyć. Potem przyszły kolejne listy i maile. Wystawa zaczynała żyć.

We wrześniu ubiegłego roku gimnazjaliści z Bottisham spotkali się w Licheniu. Nie wszyscy mogli przylecieć do Polski – ze względu na stan zdrowia, obowiązki rodzinne, terminy. Przyjechali, by zobaczyć wystawę i swoją starą szkolną kronikę. Nie próbowali kryć, że są wzruszeni, więc płakali, oglądając wystawę i czytając swoje wspomnienia. – Było to dla nich niezwykłe, że ich kronika, ich losy stały się dla kogoś wartością, że ktoś poświęcił temu wystawę – mówi Irena Wawrzyniak.
Choć Polskę odwiedzali już kilka czy kilkanaście razy, ta podróż miała dla niech szczególne, sentymentalne znaczenie. Andrzej Lipiński nie mógł się doczekać. – Przez dwa miesiące się przygotowywałem, odliczałem dni – wspomina. On, jako jeden z nielicznych, pamiętał Warszawę, w której się wychował. Przeżył tam Powstanie. Opuszczał Polskę, gdy miał dziewięć lat. Razem z mamą wyruszył na spotkanie ojca.

Uśmiechnięte twarze 29 chłopców z czarno-białego zdjęcia. Starsi panowie pochylają się nad nim. Gestykulują, wykrzykują, próbują rozpoznać kolegów. Przypominają sobie zdarzenia, wspominają wspólne dni. – Leszczyński umarł, Szczuciński umarł, Berdowski utopił się podczas obozu harcerskiego, gdy byliśmy jeszcze w szkole, Wojewódka mieszka w Montrealu, Jurkiewicz w Ontario – opowiadają, wskazując palcem kolejną twarz z fotografii. – Gdzie to zdjęcie robiliśmy? – zastanawia się pan Romuald. – To chyba na naszym boisku – zakłada okulary, by jeszcze raz dokładniej przyjrzeć się fotografii.

Przyjaciele, nawet teraz, po latach. Rozrzuceni po świecie. – Ale sercem wszyscy jesteśmy w Polsce – zapewnia Zdzisław Łucek. I kiedy pytam, komu kibicują podczas meczy piłki nożnej, wszyscy odpowiadają zdziwieni: – Jak to komu? Oczywiście, że Polakom!

Mieli swoje chwile dumy: gdy Karol Wojtyła został papieżem, gdy Polska odzyskała niepodległość. Śledzą wybory prezydenckie, wiedzą, co się dzieje w kraju. I mówią: Gdybym był młodszy, pewnie wróciłbym do kraju. Ale teraz jest za późno. Tu, gdzie żyjemy, mamy swoje domy, dzieci, wnuki, przyjaciół. Swoją pracę. Nie można tak nagle wszystkiego zostawić. Nie można pod koniec życia zaczynać życia od nowa.

Czytają polskie gazety, książki, oglądają polskie kanały telewizyjne, na wigilię jedzą – wiadomo – barszcz z uszkami, kapustę, makowiec…

Ostatnie zdania zapisano w kronice 15 lipca 1956 roku tuż po rozdaniu świadectw maturalnych…

…Ręka chętna do dalszego pisania, lecz moje nogi bardziej chętne do tańczenia – odstawiam rumbę i do jej taktu piszę ostatnie słowa w kronice – zakańczam…
Kronikarz RK

* * *

Nie wszystkich bohaterów kroniki udało się odnaleźć. Wszyscy są już panami po siedemdziesiątce. Większość została w Anglii, niektórzy mieszkają w Ameryce i Australii. Do Polski żaden nie powrócił na stałe. Kilku zmarło. Ci, którzy mają ze sobą kontakt, planują, by jeszcze raz się spotkać. Może w Licheniu.

Została zachowana oryginalna pisownia fragmentów kroniki.

Co się stało z naszą klasą
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”.Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...