Cudzołożnica

Przejmujący tekst o kobiecie cudzołożnej pokazuje nam, o wiele wyraźniej niż jakieś abstrakcyjne wyjaśnienia, że Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby go potępił, ale aby świat został przez Niego zbawiony (J 3,17). Prowadzi on nas bezpośrednio ku temu, co stanowi samo jądro orędzia Jezusa. Jednak właśnie z tego powodu epizod ten jest szokujący. Wydaje się, że Jezus zupełnie lekceważył sobie wymogi sprawiedliwości. Peszyło to zapewne wielu chrześcijan w pierwotnym Kościele, którzy byli wyczuleni na Bożą sprawiedliwość o wiele bardziej niż my, między innymi dlatego, że bliższe im było Stare Przymierze. My raczej chcielibyśmy wygrać Boże miłosierdzie przeciw Jego sprawiedliwości.

Tekstu tego zabrakło w najstarszych rękopisach i dopiero w V wieku znalazł on swoje miejsce na kartach Nowego Testamentu. Przyczyny tego stanu rzeczy należy dopatrywać się prawdopodobnie w tym, iż wielu chrześcijanom trudno było go przełknąć. Jak Jezus mógł pozwolić odejść bezkarnie tej kobiecie, kiedy Prawo nakazywało takie kamienować; On, który sam twierdził, że ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie (Mt 5,18)? Czy stanowisko, które zajął Jezus, nie może prowokować nadużyć? Czy nie prowadzi do rozluźnienia zasad moralnych, kiedy to przestaje się wyczuwać powagę grzechu? Jednak tekst ten znajduje się w Nowym Testamencie. Choć prawdopodobnie nie został zredagowany przez św. Jana, to jest natchniony Duchem Świętym i mówi nam coś bardzo istotnego o Bogu.

Kiedy uczeni w Piśmie i faryzeusze przybywają wraz z kobietą, którą przyłapano na cudzołóstwie, i stawiają ją przed Jezusem, aby ją osądził, to na pewno nie troska o Prawo ich do tego przynagla. Przynagla ich po prostu nienawiść do Jezusa; zapewne myślą, że kobieta daje im wyjątkową możliwość postawienia Jezusa wobec nierozwiązywalnego dylematu. Albo uniewinni ją, a wówczas mogą Go oskarżyć o naruszenie Prawa, które nakazuje kamienowanie kobiet dopuszczających się małżeńskiej zdrady, albo skaże ją na śmierć, a tym samym straci względy ludu. Ludzie przecież kochają Jego hojność, dobroć, miłosierdzie. Diabelskie w zamysłach faryzeuszów jest to, że właśnie Jego miłosierdzie chcą uczynić pułapką, w którą pragną Go schwytać. Dobrze wiedzą, że Jezus nie może przestać okazywać miłosierdzia. Musi więc stać się ono Jego upadkiem. Niech potknie się o swoją miłość.

„Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi”. Przez wieki egzegeci usiłowali dociec, co Jezus mógł pisać na ziemi. Może wypisywał grzechy faryzeuszów? Jednak odsłanianie skrytych grzechów jest Mu zupełnie obce. Możemy przyjąć, że Jezus w ogóle nic nie pisał. W szwedzkim przekładzie znajdujemy bardzo dobre określenie, że rysował po ziemi. Kreślił linie. Milczał. Nie dyskutował. Wiedział, że dyskusja nie prowadzi daleko.

Gdybyśmy częściej potrafili milczeć w dyskusji i raczej woleli rysować po ziemi! Dyskutujemy i kłócimy się ze sobą dlatego, że znajdujemy się na niewłaściwej płaszczyźnie. Milczenie ma niesłychaną moc. Stwarza klimat, w którym łatwiej nam spoglądać na wszystko w nowy sposób. Jezus się nie spieszył. Skoro Ewangelista mówi, że Jezus rysował po ziemi, to czyni tak bez wątpienia dlatego, że Jezus wykonywał tę czynność przez dłuższą chwilę. Robiło się coraz ciszej. Jezus chciał nie tylko ratować tę nieszczęsną kobietę, ale także faryzeuszów. Otoczył ich głębokim milczeniem, które dało im możliwość otrząśnięcia się, dokonania konfrontacji z samymi sobą.

Faryzeusze są znawcami Prawa. Jednak zapomnieli o dwóch sprawach. Po pierwsze, że Prawo ma swoje źródło w Bogu. Gdy tylko straci się z Nim kontakt, jego działanie jest chybione i nie osiąga celu. Prawo pochodzi od Boga, z miłości. Jeśli nie dostrzega się miłości stojącej za Prawem, jeśli zaczyna się strzec Prawa zamiast człowieka, dla którego dobra Prawo zostało ustanowione, to staje się ono najgorszym wrogiem człowieka. Wielu faryzeuszów zupełnie przestało myśleć o Bogu jako o źródle Prawa i o człowieku jako jego celu. Myśleli jedynie o Prawie dla samego Prawa. To niebezpieczeństwo grozi wszystkim prawnikom. Grozi również nam wszystkim, gdyż wszyscy mamy do czynienia z prawami i ich stosowaniem.

Po drugie faryzeusze zapomnieli, że Prawo dotyczy także ich. Widzieli drzazgę w oku bliźniego, nie dostrzegając belki w swoim własnym (Mt 7,3). Większość z nas tę właśnie cechę ma wspólną z faryzeuszami! Osądzamy innych, a zapominamy, że o wiele większym grzechem jest nasz własny osąd. Faryzeusze ślepo czepiali się grzechów cielesnych innych ludzi, lecz nie dostrzegali u siebie grzechu pychy.

Głębokie milczenie, które Jezus stworzył wokół faryzeuszów, dało im możliwość — przynajmniej tym najmniej zatwardziałym — wsłuchania się w wewnętrzny głos, który dotychczas tłumili. Poprzez milczenie Jezus przygotowuje grunt do tego, co chce powiedzieć. Słowo, które pada prosto w milczenie, ma o wiele większą wagę. W końcu Jezus podnosi głowę i mówi: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Jezus nie wybiera między Prawem a miłosierdziem. Otwiera całkiem nową perspektywę. Prawo nie dotyczy tylko tej kobiety, Prawo jest też dla faryzeuszów. Kiedy powołujecie się na Prawo, nie myślcie wpierw o innych — zdaje się mówić — ale pomyślcie o sobie. Potem pochyla się i dalej rysuje po ziemi. W tym ponownym milczeniu Jego słowa odbijają się jak echo. Daje faryzeuszom czas. Potrzeba czasu, by przenieść wzrok z innych na siebie, by uświadomić sobie własny grzech, by przyznać, że jest się grzesznikiem w tym samym stopniu jak ci, których się osądzało i którymi się gardziło.

I tak stopniowo, jeden po drugim zaczęli odchodzić, począwszy od najstarszych. Odchodząc, przybliżali się do Jezusa. W pewnym sensie jest to publiczna spowiedź. Kto odchodzi — wyznaje swój grzech. A Jezus rysuje po ziemi. Nie chce widzieć, kto odchodzi, kto zostaje. Podobnie jak spowiednik nie spogląda niedyskretnie na penitenta wyznającego swoje grzechy. Z bezgranicznym taktem pozwala im podjąć decyzję. Nie chce mścić się na nich, nie chce utrudniać im tego, co i tak jest dla nich trudne. Chce ratować wszystkich.

Na koniec pozostaje sam ze stojącą przed Nim kobietą. Misericordia et miseria. Naprzeciwko siebie stają miłosierdzie i nędza. Nie może być większego kontrastu, a mimo to razem tworzą cudowną harmonię. Ta grzeszna kobieta jest prawdziwie przygotowana na spotkanie miłosierdzia. Jest do niego stworzona, a miłosierdzie czekało na nią. „Nikt cię nie potępił?” „Nikt, Panie”. „I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz”. Miłosierdzie Jezusa to nie tylko współczucie, ono jest miłością, która stwarza na nowo. Ta kobieta nie jest już cudzołożnicą. Ona jest nowym stworzeniem.

Od Jezusa możemy nauczyć się potępiać grzech, nie krzyżując grzesznika. Możemy nauczyć się od Niego być miłosiernymi i nie osądzać. Jednak zamiast identyfikować się z Jezusem, mądrzej zrobimy, kiedy raczej będziemy identyfikowali się z grzeszną kobietą. Nie możemy okazywać miłosierdzia, nim sami go nie doświadczymy.

Miłosierdzie, które dotknęło cudzołożnicę, może rozlać się także i na nas. Jedyne, czego potrzeba, aby zyskać misericordia (miłosierdzie), to okazać swoją miseria (nędzę). Im większa jest nasza nędza, tym większe też będzie Jego miłosierdzie.

tłum. Justyna Iwaszkiewicz

Cudzołożnica
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...