Cywilizacja dziecka?

Cywilizacja dziecka?

Kochać dziecko – to przede wszystkim szanować, choć jest tak małe i tak małe są jego sprawy i kłopoty… Słuchać, choć mówi wolno. Zauważać, choć nie ma nic. Znosić, choć nieznośne. Wymagać, choć protestuje.

Pojawiło się ostatnio wiele raportów o przypadkach brutalnego znęcania się nad małymi dziećmi, stosowanej wobec nich fizycznej przemocy, łącznie z pozbawieniem ich życia przez biologicznych rodziców. W dawnych czasach, gdy dzieci nie cieszyły się jak dziś pełnią ludzkich praw, takie zachowania nie wzbudzały w społeczeństwie zbyt dużych emocji — dziś, gdy dziecko stoi na szczycie społecznej hierarchii, szokują opinię publiczną.

Słysząc o nich, bulwersujemy się, po cichu zadowoleni, że nas to nie dotyczy. Trzeba jednak zdać sobie sprawę z tego, że wykryte przestępstwa są jedynie wierzchołkiem lodowej góry, że ukazują nasze złe naturalne skłonności, że przemoc wobec dzieci jest grzechem powszechnym. Obserwowana ostatnio fala agresji wobec najmłodszych każe się zastanowić nad niewidocznymi aktami przemocy — zło pojawia się również w „dobrych domach”, często w rodzinach filozofów, pedagogów, psychologów, lekarzy… Miłość do dziecka jest dla każdego trudnym zadaniem.

Dwuznaczność fenomenu

Przez wieki dziecko było na samym dnie społecznej hierarchii — małe, słabe, bezbronne. Z powodu wysokiej umieralności nikt się dziećmi nie przejmował — w epoce przedprzemysłowej na przykład beztrosko oddawano je do wykarmienia mamkom, czego większość niemowląt nie przeżywała. Nie istniało dzieciństwo jako specjalny czas — należało jak najszybciej dorosnąć, by stać się pełnowartościowym człowiekiem. Dzieci były potrzebne głównie jako siła robocza oraz do zapewnienia rodzicom opieki na starość. Nie miały żadnych praw, zdane były na łaskę i niełaskę swoich opiekunów.

Dziś jest zupełnie inaczej — nasza cywilizacja osiągnęła taki moment rozwoju, kiedy dziecko może być po prostu dzieckiem, kiedy nie zajmuje już ostatniego miejsca, kiedy jego małość, słabość została wzięta w obronę. Można powiedzieć, że to triumf chrześcijaństwa broniącego najsłabszych, najmniejszych braci — triumf chrześcijaństwa w zlaicyzowanej Europie… Współczesność dała nam więc prawa dziecka, uszanowała jego istnienie, wolność, potrzeby. Mówimy, że nastała epoka dziecka, że jest ono w rodzinie i społeczeństwie najważniejsze, że życie kręci się wokół niego. Cywilizacja sprzyja temu, byśmy odkryli dziecko, i z tego trzeba się cieszyć.

Zawsze jednak aktualne jest pytanie, czy koncentracja kultury na dziecku służy jego rzeczywistemu dobru. Chrześcijanie powinni nieustannie odpowiadać na pytanie, jak kochać dziecko, jak rzeczywiście mu służyć. Potrzeba wielkiej mądrości, by dać dziecku to, czego ono potrzebuje. Potrzebna jest nieustanna refleksja nad kulturą, by ta nie wyprowadziła nas na manowce.

Dwuznaczność fenomenu współczesnej „epoki dziecka” można dostrzec w dziedzinie konsumpcji. Dzieci stanowią bardzo ważną klientelę. Ta sama kultura, która wyniosła dziecko ze społecznego dna na szczyt, która przydała mu praw, sprzyja również temu, byśmy je sprzedali — modom, trendom — byśmy w nie inwestowali, byśmy postawili je w centrum naszego życia jak zabawkę, laleczkę, którą można ubrać w najmodniejsze ciuchy i gadżety, byśmy przez to uniemożliwili mu rozeznanie jego miejsca we wszechświecie. Wszyscy przecież dbają o dzieci, o spełnienie ich potrzeb i marzeń… Często okazuje się, że miłość do dziecka realizuje się wyłącznie na płaszczyźnie konsumpcji, i choć głosimy dziś szczytne hasła, w rzeczywistości z miłością do dziecka nie jest najlepiej.

Zbrodnie nie do wykrycia

Trudno jest kochać dziecko naprawdę, nieustannie, cierpliwie. Łatwo jest uznać je za okropnego wrzeszczącego bachora, który jeszcze wczoraj był grzeczny. Trudno jest wierzyć we własne dziecko, łatwo jest zaś w nie wątpić — w to, że będzie mądre i dobre, uznać, że może mieć po prostu zły dzień. Łatwo jest sądzić, że robi nam na złość, że jest złe, że nieudane, że trudne, złośliwe, wolno się rozwija, leniwe. Podejrzewamy dziecko, oczerniamy je, nie ufamy mu, nie wierzymy, że ma coś do powiedzenia, nie słuchamy, nie staramy się zrozumieć. I krzywdzimy je — właśnie dlatego, że jest słabe, że tak łatwo je skrzywdzić. Nie wie nawet, że jest krzywdzone. Bezbronne — mimo że coraz częściej prawo bierze je w obronę.

Tak naprawdę w tylu sprawach dziecko zdane jest na nas. Można popełnić bezkarnie wiele zaniedbań miłości. Na przykład — brak szacunku. Można dziecku obiecywać różne rzeczy i nie dotrzymywać obietnicy. Można dziecku łamać po trochu wolę, pozbawiać samodzielności, uniemożliwiać dorastanie, branie odpowiedzialności za własne czyny. Można nim do woli manipulować, oszukiwać je, zaniedbywać — i nikt się o tym nie dowie, nikt nie zainterweniuje, jeśli jest nakarmione, ubrane. I tak naprawdę wciąż jest to kwestia naszego sumienia, są to zbrodnie nie do wykrycia.

Pułapka politycznej poprawności

Dziś, zgodnie z polityczną poprawnością, demonstrujemy swój pozytywny stosunek do dzieci, wyrozumiałość, szlachetność. Zgodnie głosimy, że dzieci mają być tylko szczęśliwe, mają rosnąć, uczyć się, rozwijać — bo tego od nas wymaga kultura. Sprawą moralności jest jednak rachunek sumienia nad rzeczywistym, a nie tylko postulowanym stosunkiem do dziecka, nad tym, co rzeczywiście jest w naszym sercu — tam przecież rodzą się słowa i czyny.

Na przykład, nasza cywilizacja przekonuje nas, że dzieci nie można mieć w jakimś celu, że ich rodzenie i wychowywanie powinno być bezinteresowne. Za barbarzyńskie uznajemy czasy, gdy dzieci były liczone jako ważna siła robocza czy uznawane jako zabezpieczenie rodziców na starość. Za oczywiste dziś uznaje się, że dzieci ma się bezinteresownie… czy to rzeczywiście oczywistość? Czy to nie zbyt wysokie wymagania kulturowe, które skutkują zakłamaniem — podobnie jak się to dzieje w przypadku innych humanistycznych idei propagowanych przez zachodnie demokratyczne społeczeństwa, jak np. traktowanie imigrantów? Okazuje się, że piękne demokratyczne hasła głoszone przez parlamenty nie mają pokrycia w rzeczywistych przekonaniach obywateli.

Choć się nam wydaje, że mamy dzieci dla nich samych, rzeczywiste motywacje mogą być inne. Mamy dzieci, żeby potwierdzić, że wszystko z nami w porządku, że nie jesteśmy gorsi. Mamy dzieci, bo nas na nie stać. Mamy dzieci, bo czujemy taką psychiczną potrzebę. Mamy je, by nie odstawać od reszty społeczeństwa (i dlatego jeśli w społeczeństwie przeważa bezdzietność i małodzietność, my też się do tego dostosowujemy). Mamy dzieci, ponieważ marzymy o wieczności, o tym, że dzieci osiągną to, czego nam się nie udało zrealizować. Gdzie tu miejsce na bezinteresowność? Albo, choć głosimy bezinteresowność w wychowaniu i szacunek dla osobowości dziecka, tak naprawdę złości nas, że nie jest ono takie, jak sobie wymarzyliśmy, i czujemy wobec niego smutek, pretensje, agresję. I choć głosimy jego nietykalność, trudno nam powstrzymać się od słownej czy fizycznej agresji.

Jakże często oszukujemy sami siebie, a nasze czyny i słowa coraz bardziej się rozmijają. Głosimy piękne hasła, popadając w zakłamanie, ponieważ w sercu nie jesteśmy do nich przekonani, a tylko skupiamy się na spełnianiu kulturowych oczekiwań. To jednak zbyt mało.

Jeśli kultura pozostaje jedynym punktem odniesienia dla naszych poglądów i czynów, a zabraknie ich zrozumienia, pojęcia sercem, wpadniemy w pułapkę politycznej poprawności

Nasza kultura, choć głosi dobre i mądre rzeczy, nie potrafi ich jednocześnie uzasadnić — powołuje się na ogólne humanitarne idee, które nie wszystkich przekonują. Żeby naprawdę wiedzieć, dlaczego postępować według zasad, trzeba w coś uwierzyć. Uwierzyć w godność człowieka, uwierzyć w miłość, która stoi na przekór prawu silniejszego i wszechwładnej konkurencji. Wielu filozofów głosi, że by wierzyć w takie naczelne wartości, potrzebna jest transcendencja, niezmienny punkt odniesienia, który przekracza człowieka. Taką transcendencję daje nam religia, wiara w Boże Objawienie, które ukazuje prawa współżycia między ludźmi wpisane w ludzką naturę. U zarania XX wieku zajadły krytyk chrześcijaństwa Fryderyk Nietzsche w Zaratustrze mającym być „dobrą nowiną” głoszoną w świecie, w którym runął porządek religijny, napisał: „Zaliś jest człowiekiem, któremu wolno życzyć sobie dziecka?”. Nietzsche doskonale przeczuł, że brak horyzontu religijnego zmusza każdego odpowiedzialnego człowieka do rozważenia w swej duszy kwestii posiadania bądź nie dziecka. Wrażliwość filozofa, który domaga się głębokiego uzasadnienia „kwestii dziecka”, ukazuje, że jest to zagadnienie moralne, które zbyt często traktowane jest jako sprawa czysto przyrodzona czy przypadkowa.

Głód miłości

Głębokie i świadome wejście w świat chrześcijańskiego Objawienia pozwala ujrzeć aktualną pozycję kulturową dziecka w innej, bardziej uniwersalnej perspektywie, a co za tym idzie, pozwala skorygować fałszywe wizje naszej epoki. Spojrzenie religijne, nie tylko w chrześcijaństwie, jest swoistym szczytem danej kultury, wyrazem jej najgłębszych treści. Nie tyle więc przeciwstawia się ono podejściu naukowemu, ile ukazuje integralną wizję człowieka i kultury.

W perspektywie wiary chrześcijańskiej dziecko jest darem Boga — dlatego nie jest naszą własnością. Jako człowiekowi stworzonemu przez Boga należy mu się bezinteresowny szacunek i miłość, niezależnie od tego, jak jest małe, słabe, trudne.

Tę „dogmatyczną” godność istoty ludzkiej od pierwszych chwil życia aż do śmierci, znaną wszystkim religiom, chrześcijaństwo uzupełnia w jedyny i niepowtarzalny sposób, poprzez świadectwo Chrystusa. Bierze w szczególną obronę istoty słabe, upośledzone, biedne — głosi zasadę miłości, która przeczy przyrodniczej zasadzie siły, konkurencji i przetrwania. Chrystus powinien być więc jedynym uzasadnieniem naszych europejskich praw i humanitarnych idei! Do królowania w niebie z Chrystusem zaproszeni zostaną ci, którzy nakarmili głodnych, którzy odziali nagich, którzy usłużyli „jednemu z tych braci najmniejszych” — tym samym bowiem służyli Chrystusowi, który upodobał sobie małość, słabość, największe biedy tego świata. A któż jest tym najmniejszym bratem, jeśli nie dziecko właśnie. Dziecko to najlepszy sprawdzian naszego chrześcijaństwa. Nie musimy szukać daleko, by służyć najmniejszemu z braci.

Jak kochać dziecko? — to pytanie od wielu lat zadają psychologowie. Warto i tam szukać odpowiedzi zgodnej z naszą wiarą.

Kochać dziecko — to przede wszystkim szanować, choć jest tak małe i tak małe są jego sprawy i kłopoty… Słuchać, choć mówi wolno, powtarza w zachwycie to samo zdanie setki razy, choć domaga się uwagi, przerywa nasze rozmowy… Zauważać, choć nie ma nic, choć jest małe, kruche, ubogie. Znosić, choć nieznośne. Wymagać, choć protestuje. Pocieszać.

Przede wszystkim jednak nakarmić i przyodziać. Dosłownie i w sensie duchowym. Nakarmić dobrym słowem, przykładem, przytuleniem — a szczególnie czasem, uwagą. Jeśli tego zabraknie, nie pomogą drogie potrawy, słodycze, odżywki. Bez tego dziecko marnieje w oczach, umiera z głodu i pragnienia — miłości. W nim umiera zaś Chrystus.

Potem przyodziać — w dobre przyzwyczajenia, przysłowia, mądrości. W pewność siebie, w wiarę w siebie, w miłość siebie — by przykryć kruchość, słabość człowieczeństwa, by dać okrycie przed zimną obojętnością świata. Przyodziać w wiarę, która da siłę, sens życia, zbawienie, która odpowie na najważniejsze pytanie: skąd jestem, co tu robię, dokąd idę. Dziecko, jak wiemy, bardzo potrzebuje od nas odpowiedzi na pytania.

Nad tym trzeba nieustannie pracować. Trzeba też docenić fakt, że żyjemy w czasach, które nam w tym pomagają, w cywilizacji, która dojrzała do nauki Chrystusa. Oto dzisiaj, zgodnie z współczesną kulturą, na co dzień możemy służyć najsłabszym, najmniejszym braciom, wiedząc, że służymy naprawdę Chrystusowi, że On stawia się wciąż na ich miejscu.

Stać się jak dzieci…

I nie zapominajmy, że Chrystus ogłosił dzieci wzorem dla nas. Ileż możemy się od nich nauczyć, skoro musimy się stać jak one, by wejść do królestwa niebieskiego. Takimi stać się powinniśmy wobec Boga — małymi, słabymi, z pustymi rękami. Pełni pokory i wdzięczności, pełni podziwu wobec Ojca, zdani na Niego zupełnie. Ileż z tej postawy możemy się nauczyć od własnych dzieci — jaki więc skarb mamy w domu?

Patrząc na dziecko oczyma wiary, zachwycimy się nim i docenimy je jako dar dla nas — spostrzeżemy, jak ono nas zmienia na korzyść, jak uczymy się przy nim cierpliwej i wiernej miłości, jak dzięki niemu świat i jego problemy nabierają właściwych proporcji, jak uczymy się, co jest ważne. Patrząc na dziecko oczyma wiary, pojmiemy, że dziecko jest darem i dane jest nam na krótki czas, kiedy dorasta — a naszym zadaniem jest pomóc mu dorosnąć. Dopiero wtedy poznamy, kim naprawdę jest dziecko, i co ma ono do zrobienia w naszym życiu.

Cywilizacja dziecka?
Dagmara Jaszewska

urodzona w 1975 r. – żona i mama dwojga dzieci, socjolog.Autorka książki Nasza niedojrzała kultura. Postmodernizm inspirowany Gombrowiczem. Publikowała m.in. w „Kulturze Współczesnej”, „Emaus”....