Czekam, przyjdź, Panie!

Czekam, przyjdź, Panie!

Co znaczy, kiedy mówię „czekam”?

Gdy wypowiadam słowo „czekam”, to zwracam się do kogoś, kogo akurat przy mnie teraz nie ma, a czyj brak jest dla mnie dotkliwy. Czekać to spoglądać w kierunku kogoś, kto jest nieobecny tu i teraz, ale kto ma nadejść, kto zapowiedział, że przyjdzie. Oczekiwanie rodzi się więc z wiary, że ten, kto jest nieobecny, w końcu się pojawi, wypełni sobą puste miejsce, które wciąż przypomina mi o jego braku, czego świadectwem jest moje osamotnienie.

Czekać to również pragnąć nadejścia kogoś, kogo obecności się pragnie, kogoś, kogo się rzeczywiście kocha. To stan, który zna i odczuwa matka, gdy oczekuje swojego ukochanego dziecka, które czuje i o którym wie, że jest, ale jeszcze nie przyszło. To stan, który zna ojciec, gdy w pełnym napięcia oczekiwaniu nadstawia uszu, aby usłyszeć pierwszy krzyk potomka, krzyk, który zapewne spowodowany jest bólem zetknięcia się ze światem. Jakże szczęśliwy to ból! Tak, rodzice czekają, bo kochają, czekają, bo wierzą, że dziecko przyjdzie. Trwają w nadziei, że wszystko będzie dobrze, że czas, który teraz wydaje się jeszcze pusty, wypełni się, kiedy ten oczekiwany długo człowiek w końcu się pojawi, przyjdzie i swoją obecnością rozświetli spowijającą ich ciemność. A zatem czekać to trwać w wierze, która wystawiona jest na próbę – próbę wytrzymania nieobecności dziecka, którego się mocno pragnie i które się kocha.

Jednak kiedy mówię, że czekam również, aż przyjdzie ten całkiem Inny, ten, który zmienił bieg rzeczy i czasu, to znaczy, że wkraczam w czas adwentu. To zadziwiające uczucie: czas adwentu, czas oczekiwania przyjścia Boga w moim życiu, czas, który przeżywam po raz kolejny. Co znaczy – po raz kolejny? Czy tym razem, jak pytał w jednym ze swoich tekstów wielki teolog niemiecki Karl Rahner, to przyjście Boga może przynieść mi coś nowego, może coś zasadniczo zmienić w moim życiu? Czyż owa zmiana, radykalna reorientacja mojego życia nie miała się dokonać rok temu i dwa lata temu, kiedy także był adwent? Wtedy też miał być przełom, ale nie pamiętam, aby coś istotnego zdarzyło się w moim życiu.

Ma chyba rację Rahner, kiedy przekonuje, że to, czy adwent stanie się czasem obietnicy, która się spełni, zależy od naszej otwartości, od naszego pragnienia spotkania się z Bogiem. „Jeżeli naprawdę tego oczekujemy – pisze niemiecki jezuita – to rodzi się w nas nowa modlitwa, adwentowa: »Oto w roku Twego Kościoła, Boże mój, znowu nastał adwent«. Znów wypowiadamy modlitwy tęsknoty i wyczekiwania, śpiewamy pieśni nadziei i obietnicy. I ciągle cała udręka i cała tęsknota, i pełne wiary oczekiwanie skupiają się w słowie: »Przyjdź!« Cóż za dziwna modlitwa! Przecież już przyszedłeś i rozbiłeś swój namiot wśród nas, dzieliłeś nasze życie z jego małymi radościami, jego długim dniem codziennym i jego gorzkim końcem. Czyż swoim »Przyjdź« mogliśmy Cię zaprosić do czegoś więcej niż do tego?”.

Adwent jest więc czasem akceptacji, gdyż modląc się tymi słowami, „przyjdź, czekam”, mówię Bogu święte „tak”. Mówię, że jestem gotów na Twoje, Panie, przyjście. A to znaczy, że jestem gotów przyjąć Cię w swoim życiu, zmienić je tak, że to Ty, a nie ja, zaczniesz się liczyć. Przychodzący Bóg, jeśli tego rzeczywiście pragnę, niszczy mój egoizm, rozbija moje zasklepianie się w sobie, które nie pozwalało mi widzieć śmierdzącego żula na dworcu, samotnej matki z dzieckiem na ramieniu, proszącej o drobne na bułkę, czy zmarzniętego, porzuconego przez kogoś psa, który szukał pożywienia obok mojego domu.

Modlić się, abyś Ty, Panie, rzeczywiście przyszedł, abyś swoją obecnością wypełnił drążącą mnie pustkę, abyś był przy mnie, a dokładniej, ze mną, w radości i smutku, w szczęściu i nieszczęściu, to zrozumieć, że przychodzisz także do tych wszystkich, od których odwracałem wzrok, dając równocześnie do zrozumienia, że ich nie ma, że oni nie istnieją. To bzdura, oni istnieją, a ich obecność jest wezwaniem, sprawdzianem rzetelności mojego chrześcijaństwa. Czyż nie taki jest sens oczekiwania i modlitwy „przyjdź, Panie, jestem gotów”?

Ale już dość pytań. „Jest przecież noc modlitwy – notował ks. Józef Tischner. – Więc wsłuchajmy się już tylko w potężny huk kolędy, od którego zrywają się uśpione w dzwonnicy kościółka wrony i od którego dusza człowieka pęka w szwach;

BÓG SIĘ RODZI, MOC TRUCHLEJE…”.

Czekam, przyjdź, Panie!
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...