Człowiek – tożsamość – wspólnota

Człowiek – tożsamość – wspólnota

Tylko w małżeństwie, jak nauczał Jezus, dwoje ludzi nie jest już dwojgiem, lecz już tu staje się „jednym ciałem” – jednym podmiotem. W tym życiu nie jest możliwe zrealizowanie takiej jedności w inny sposób i „w szerszym gronie”. Stąd wyłączność małżeńska.

Chciałbym włączyć się do toczącej się na łamach „W drodze” debaty na temat teologii małżeństwa. Chcę podjąć wyzwanie rzucone przez Janusza Pydę OP 1 i przedstawić antropologię, która mogłaby stanowić podstawę duchowości małżeństwa propagowanej przez Zbigniewa Nosowskiego, a wyrażanej w haśle: „parami do Nieba”. Wizja Nosowskiego została zakwestionowana przez Małgorzatę Wałejko 2 właśnie na podstawie określonych założeń antropologicznych, wedle których natura bytu ludzkiego nie pozwala mówić o wspólnej drodze do Boga – każdy zbawić się (lub lepiej: przyjąć zbawienie) może jedynie sam, sam będąc odpowiedzialny za swoje czyny. Jak zauważa Pyda, Wałejko przyjmuje aksjomat osobności bytu ludzkiego – osoba jest, zgodnie z definicją Boecjusza, substancją indywidualną rozumnej natury (individua substantia rationlis naturae). Spróbuję tu pokazać, że definicja Boecjusza (i wszelkie antropologie wywodzące się z jego myśli) nie są adekwatne wobec nauki o człowieku, którą odnajdujemy w pismach Nowego Testamentu. Mój tekst będzie miał zatem charakter teologiczny. Jeśli dyskutowaną kwestią jest zagadnienie wspólnej/osobnej drogi do zbawienia, tj. to, czy wchodzimy w relacje do Boga razem czy osobno, podstawą odpowiedzi musi być antropologia świadomie czerpiąca z Objawienia. Oczywiście, nie sposób przedstawić w jednym krótkim tekście kompletnej koncepcji antropologicznej. Poniższe uwagi, z konieczności fragmentaryczne i szkicowe, koncentrować się będą na tych aspektach wizji człowieka, które są ważne z punktu widzenia pytania o możliwość wspólnego „podążania do nieba”.

Krzew i latorośle

Fundamentalne nowotestamentalne przesłanie na temat człowieka brzmi: prawdziwą naturę ludzkiej tożsamości osobowej objawia w sobie Jezus Chrystus, Ukrzyżowany i Zmartwychwstały: Bóg nas „przeznaczył, abyśmy przybrali postać obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi” (Rz 8,29; tłum. – P.S. 3 ). Życie człowieka jest procesem, w którym mamy osiągnąć swoją prawdziwą, zamierzoną przez Boga tożsamość, „aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa” (Ef 4,13). Powyższe słowa objawiają nam dwie istotne prawdy: Po pierwsze, miarą naszej wielkości – naszej natury – jest pełnia Chrystusa. Po drugie – jesteśmy jeszcze w drodze do swej prawdziwej, ostatecznej tożsamości. Wynika stąd, że natury ludzkiej osoby nie sposób adekwatnie rozpoznać na podstawie samego doświadczenia obecnego życia, trzeba rozpoznać, kim jest On – Chrystus.

Pytając o tożsamość Chrystusa, trzeba pamiętać, że jest On naszym wzorem, Pierworodnym między wielu braćmi, dlatego że przeszedł w swoim życiu ten sam proces, który ma się stać naszym udziałem. Św. Paweł na początku Listu do Rzymian zaznacza, że pisze „o Jego [Boga] Synu – pochodzącym według ciała z rodu Dawida, a ustanowionym według Ducha Świętości przez powstanie z martwych pełnym mocy Synem Bożym” (Rz 1,3–4). Początkiem jest tożsamość według ciała (gr. kata sarka) – tożsamość biologiczna i społeczna. Przez powstanie z martwych Chrystus uzyskuje nową tożsamość, określoną tutaj mianem „Syna Bożego”. W Pierwszym Liście do Koryntian (por. 1 Kor 15,35–53) Paweł opisuje ten proces jako przejście od stanu nazywanego ciałem obdarzonym duszą 4 (soma psychikon) do stanu określanego jako ciało duchowe (soma pneumatikon). Pytanie zatem brzmi: na czym polega bycie kimś, kto jest ciałem duchowym?

Tu trzeba poczynić pewne zastrzeżenie: nie jest to coś, co dałoby się precyzyjnie opisać („Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” – 1 Kor 2,9). Niemniej jednak możemy odnaleźć pewne wskazówki, które pozwalają do pewnego stopnia zrozumieć, „czym jest nadzieja naszego powołania” (por. Ef 1,18) – tj. zrozumieć naturę tożsamości ciała duchowego na tyle, by teraz rozpoznawać jego zalążki i potrafić je w sobie rozwijać (w tym także rozpoznać, czy wizja wspólnej „drogi do nieba” ma podstawy w ludzkiej naturze).

Istotną cechą tożsamości zmartwychwstałego Chrystusa jest to, że znosi ona zewnętrzność relacji między Nim a innymi ludźmi. Jest to jeden z podstawowych motywów nauczania św. Pawła: Chrystus jest w nas, my jesteśmy w Chrystusie. Swoje fundamentalne egzystencjalne doświadczenie Apostoł wyraża słowami: „już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Nie jest to doświadczenie wyjątkowe, które wyróżniałoby Pawła spośród innych ludzi: Chrystus jest „wszystkim we wszystkich” (Kol 3,11). Z jednej strony On stanowi prawdziwą tożsamość każdego człowieka, z drugiej strony to my stanowimy Jego ciało (soma) – a ciało znaczy tu tyle, co podmiot, osoba: „Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem (…) Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami” (1 Kor 12,12.27). Paweł wykorzystał popularny w jego czasach obraz społeczności ludzkiej jako ciała, wprowadzając istotną zmianę: pisze o poszczególnych ludziach jako o członkach ciała, lecz całe ciało symbolizuje nie tylko społeczność, lecz i osobę: Chrystusa. Wedle najbardziej minimalistycznej interpretacji trzeba powiedzieć, że społeczność stanowi istotny element tożsamości osobowej Chrystusa.

Obraz ciała Chrystusa, którym jest wspólnota ludzi, prowadzi do odkrycia, że nie tylko nie da się oddzielić tożsamości Chrystusa i tożsamości każdego z nas. Także relacja między nami okazuje się relacją wewnętrzną, istotną dla naszej podmiotowości czy osobowej tożsamości. Nie tylko Chrystus jest wszystkim we wszystkich: „Wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3,28b) pisze Paweł do Galatów. Apostoł, co znamienne, używa tu zaimka osobowego – jesteśmy kimś jednym, jednym podmiotem, jedną osobą w Chrystusie. W konsekwencji, gdy używamy obrazu ciała, możemy powiedzieć, że „wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami” (Rz 12,5). Znaczy to, że tożsamość osobowa każdego zawiera w sobie odniesienie do innych – tożsamość innych stanowi wewnętrzny element mojej tożsamości.

Jak to możliwe? Czy nie przywiązuję tu zbyt dużej, ontologicznej wagi do biblijnych metafor? Może są to tylko środki retoryczne, używane przez Pawła w celu wzmocnienia duszpasterskiego oddziaływania swoich słów?

Nie sądzę. Paweł zbyt często posługuje się takim właśnie językiem, a czyni to wówczas, gdy próbuje wyjaśnić fundamentalne prawdy dotyczące natury relacji Boga i człowieka. Za tym, że językowi Pawła trzeba nadać ontologiczne znaczenie, przemawia także to, że podobne idee wyrażone są za pomocą innej metaforyki i zawarte w innych pismach Nowego Testamentu.

Oto w Czwartej Ewangelii odnajdujemy następujące słowa Jezusa:

A Jezus tak odpowiedział: „Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi obfity plon. Ten, kto kocha swoją duszę, gubi ją, lecz wzgardziwszy swoją duszą na tym świecie, ustrzeże ją na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech Mi towarzyszy, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa”. (J 12,23–33 – tłum. P.S.)

Zauważmy na samym początku, że w powyższych słowach Jezus odnosi się przede wszystkim do siebie samego, ale jednocześnie podkreśla, że każdy jest powołany do przejścia Jego drogą i znalezienia się tam, gdzie On jest.

Cóż to jednak za droga i dokąd wiedzie? Jest to droga do odnalezienia swej prawdziwej tożsamości. Jezus opisuje ją za pomocą wymownej metafory. Aby życie zawarte w zasianym ziarnie przetrwało, samo ziarno musi obumrzeć – stracić swą osobną tożsamość tego oto ziarna. Jeśli nie obumrze – zgnije, życie w nim zawarte nie przetrwa. Jeśli obumrze – życie przetrwa, a nawet zwielokrotni się w roślinie, która wyrośnie, w jej owocach – innych ziarnach. Podobnie jest i z człowiekiem – mamy obecnie pewną, określoną (tę oto) tożsamość. Jeśli do niej jednak przylgniemy, przywiążemy się – życie w nas obecne nie przetrwa. Nasza „dusza na tym świecie” zginie. Musimy nią „wzgardzić”, uwolnić się od przywiązania do niej, oddać ją – za i dla innych – wówczas ustrzeżemy naszą prawdziwą tożsamość – „duszę na życie wieczne”. Jezus jest tu pierwszy: On pierwszy nie zechciał zachować swego życia, swej „duszy na tym świecie”, oddał je za nas. Odtąd swego życia już nie ma – Jego życiem jest nasze życie, Jego ciałem jesteśmy my. On jest krzewem winnym, a my latoroślami (por J 15,1nn). Krzew winny nie istnieje dla siebie. Sam w sobie, bez latorośli, egzystuje tylko w formie „przetrwalnikowej”. Krzew istnieje po to, by mogły żyć latorośle, to one owocują.

Między „już” a „jeszcze nie”

Spróbujmy teraz odnieść zarysowaną wyżej wizję człowieka do kwestii antropologicznych czy nawet metafizycznych podstaw wspólnej małżeńskiej drogi do Boga. (Jeszcze raz przypomnę: metaforyczny charakter języka pism natchnionych nie umniejsza ontologicznej wagi tego, co za pomocą stosowanych metafor nam mówią).

Pisze Małgorzata Wałejko: „Osoba jest bowiem odrębna, osobna, co oznacza, że dzierży osobne od innych istnienie. Jej egzystencja jest oddalona od innych o niedający się pokonać interwał”. Autorka cytuje z aprobatą stwierdzenie Rodzińskiego: „Osoba, ta oto”, przywołuje tradycję boecjańską mówiącą o osobie jako indywidualnej substancji 5.

Powyższą wizję można uznać za słuszną o tyle, o ile stanowi opis naszej „duszy na tym świecie”, człowieka istniejącego jako soma psychikon. Odrębność, indywidualność istnienia narzuca się najpierw na poziomie biologicznym – gdy postrzegamy człowieka jako ten oto organizm, ciało, jednostkę gatunku homo sapiens. Jednak nawet na tym poziomie, przy głębszym wejrzeniu, można dostrzec granice owej odrębności: owszem, z pewnego punktu widzenia DNA każdego jest (jeśli wykluczyć klony i bliźniaki identyczne) niepowtarzalne. Jednak z innej perspektywy widać, ile wspólnego ma struktura genetyczna każdego z nas z podobną strukturą naszych krewnych; co więcej, widać, jak bardzo owa „wspólnota” determinuje, kim jesteśmy, jak się zachowujemy itp.

Oczywiście, człowiek nie jest jedynie organizmem biologicznym. W pojęciu soma psychikon mieści się także to, co dziś nazywa się psychiką. Mieszczą się tu także aspekty, które można określić mianem wyższych funkcji duszy – rozumność i wolność – o ile znajdują się one w stanie jeszcze nie zmartwychwstałym, w stanie „tego świata”. Na tym poziomie bytu ludzkiego istnieją takie aspekty doświadczenia, które mogą stanowić racje przemawiające za koncepcją osoby jako „indywidualnej substancji natury rozumnej”. Doświadczamy bowiem siebie jako „tego oto” organizmu biologicznego, który ma „tę oto” podmiotowość – obdarzony jest „tą oto świadomością”, „tą oto pamięcią indywidualnej historii”, „tą oto wolą”, „tą oto osobowością”. Doświadczamy, jak zauważa Małgorzata Wałejko, trudności czy wręcz niemożności pełnej komunikacji treści naszej świadomości, osamotnienia w podejmowaniu decyzji itp.

Z drugiej strony istnieją inne aspekty doświadczenia, stawiające koncepcję osoby jako „osobnego indywiduum” pod znakiem zapytania. O nie do końca „osobnej” tożsamości na poziomie biologicznym wspomniałem już wyżej. Wspominałem też o tym, że owa biologiczna tożsamość rzutuje do pewnego stopnia na tożsamość na wyższych poziomach człowieczeństwa. Nasza tożsamość na owych wyższych poziomach okazuje się nie całkiem osobna, lecz „współzależna” od tożsamości innych nie tylko z powodów biologicznych. Weźmy podstawowy element jakoby „osobnej” tożsamości – indywidualną, niepowtarzalną świadomość podmiotu. Czy jest ona rzeczywiście tak bardzo osobna? Owszem, patrzymy na świat, pojmujemy go (w nim, w tym siebie) z indywidualnego, niepowtarzalnego punktu widzenia. Niemniej jednak to, co widzimy (pojmujemy), w ogromnej mierze określone jest przez system kategorii, który każdy z nas odziedziczył w drodze przekazu kulturowego, kategorii, które są w większym lub mniejszym stopniu wspólne pewnym kręgom społeczności, w której się urodził i wychował. Świadomość nie jest więc całkiem indywidualna, jest w dużej mierze współświadomością, którą dzielimy z innymi ludźmi, jest współzależna od nich.

Podobnie rzecz się ma z wolą człowieka. Po pierwsze, trudno zaprzeczyć, że nasze działanie, akty woli, są w znacznej mierze określone przez nasz rozum, świadomość, rozeznanie. Już choćby z tego powodu nie są one całkiem osobne, autonomiczne – określa je bowiem świadomość, która jest, jak napisałem, współświadomością dzieloną z innymi. Na tym jednak nie koniec. Nasze akty woli są do pewnego stopnia współzależne z aktami woli innych ludzi – dążenia i chcenia ludzi z naszego otoczenia współokreślają nasze dążenia i chcenia, wpływają na nie. Nie jest złudzeniem, że inni często wspierają nas w naszych dążeniach i decyzjach, i to w takim stopniu, że bez tego wsparcia pewnych decyzji nie bylibyśmy w stanie podjąć. Zauważmy, że chrześcijaństwo idzie bardzo daleko: uznaje skuteczność i rzeczywisty wpływ modlitwy za innych (np. modlitwy o nawrócenie, czyli jaskrawy przykład sytuacji, gdy decyzja jednej osoby – by się modlić – określa osobistą decyzję innego człowieka – by się nawrócić). Praktyka chrztu niemowląt zakłada, że decyzja wiary wspólnoty Kościoła (a zwłaszcza rodziców dziecka) na tyle określa podmiotowość chrzczonego niemowlaka, że może ona/on przyjąć sakrament, który nie ma sensu bez osobistej wiary tego, który go przyjmuje.

Naszkicowane wyżej aspekty ludzkiego doświadczenia można oczywiście rozmaicie interpretować. Można stwierdzić, że istota osobowej tożsamości człowieka wyraża się w tych aspektach doświadczenia, które mają charakter autonomiczny, indywidualny, niepowtarzalny. Aspekty przeciwne, które ujawniają współzależność, wzajemne przenikanie, jedność, trzeba uznać wówczas za symptomy braku, oznaki niedoskonałości ludzkiej podmiotowości, za coś, być może, nieuniknionego, z czego jednak trzeba się wyzwalać.

Sądzę jednak, że przesłanie Nowego Testamentu podsuwa inną interpretację. Ewangelia zwraca uwagę, że człowiek żyjący na tym świecie nie jest bytem gotowym, dąży do swojej prawdziwej tożsamości. Z drugiej strony Pismo stwierdza, że owa prawdziwa tożsamość nie jest czymś całkiem nieobecnym, teraz nam obcym. Istnieje swoista dialektyka między „już” a „jeszcze nie”: „królestwo Boże w was / pośród was 6 jest” (por. Łk 17,21) – czas teraźniejszy! – choć trzeba się modlić, by przyszło (por. Mt 6,10; Łk 11,2). Musimy dopiero umrzeć, by zmartwychwstać, choć Bóg już nas „wskrzesił i posadził na wyżynach niebieskich w Chrystusie Jezusie” (por. Ef 2,6). Owa dialektyka między „już” a „jeszcze nie” wyjaśnia dwoistość naszego doświadczenia. W jej świetle trzeba jednak uznać, że te aspekty doświadczenia, które wskazują na „osobność”, przynależą do tożsamości określanej jako soma psychikon, „ciało i krew” (por. 1 Kor 15,50), „dusza na tym świecie” – tj. do tego, co niedoskonałe i przemijające, do naszego „człowieka zewnętrznego”, który niszczeje (por. 2 Kor 4,16) i królestwa nie odziedziczy. To jednak, że osobność nie jest całkowita, że możliwa jest wspólnota, że jesteśmy w stanie „odkryć drugiego jako biegun naszego bytu osobowego” 7, że dopiero relacja z „Ty” tworzy nasze „Ja” 8 że możemy jedni drugich brzemiona nosić (por. Ga 6,2), że „wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami” (por. Rz 12,5) – to wszystko znak, że „nasz człowiek wewnętrzny” (por. 2 Kor 4,16), Chrystus w nas (por. Rz 8,10; Ga 4,19; Kol 1,27) jest już rzeczywistością. To właśnie te aspekty naszego doświadczenia powinny nas prowadzić, to właśnie je powinniśmy wzmacniać, „aż dojdziemy wszyscy razem [podkr. – P.S.] do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa” (Ef 4,13).

Szczególna jedność małżonków

Powyższe rozważania pozostawiają jeszcze nierozwiązany problem, który zarysowuje się w słowach Janusza Pydy OP: „Między ludźmi możemy mieć do czynienia jedynie z posiadaniem takiej samej natury ludzkiej. Nie ma jednak czegoś takiego, jak jakaś dodatkowa natura, która jeszcze bardziej łączyłaby małżonków” 9 Próbowałem wyżej pokazać, że jedność między ludźmi (przynajmniej jedność idealną, ostateczną) trzeba wyrazić mocniej, niż czyni to Pyda. Niemniej jednak problem przez niego zarysowany można postawić jeszcze inaczej: „Pokazałeś, że ludzie tworzą jedno ciało, ciało Chrystusa. W perspektywie, którą zarysowałeś, trudno jednak wskazać na jakąś szczególną jedność małżonków. Skoro zbawieni stanowić będą jedno ciało, gdzie tu miejsce na jakąś szczególną jedność małżonków przed Bogiem?”.

Otóż miejsce na szczególną jedność małżonków znajduje się między „już” a „jeszcze nie”. Jesteśmy w drodze do człowieka doskonałego, czyli jesteśmy w drodze do pełnej jedności ciała Chrystusowego. Istniejące w nas zadatki człowieka duchowego pozwalają na różny stopień jedności z różnymi ludźmi. W życiu na tym świecie nie jest możliwa pełna jedność ze wszystkimi. Tylko w małżeństwie, jak nauczał Jezus, dwoje ludzi nie jest już dwojgiem, lecz już tu staje się „jednym ciałem” (por. Mt 19,16) – co w języku biblijnym znaczy: jednym podmiotem. W tym życiu nie jest możliwe zrealizowanie takiej jedności w inny sposób i „w szerszym gronie”. Stąd wyłączność małżeńska. Teraz nie jesteśmy w stanie nawet sobie wyobrazić takiej jedności istniejącej inaczej niż w małżeństwie. Stąd kłopotliwość (w obrazie świata saduceuszy) casusu wdowy zamężnej kolejno z siedmioma braćmi. Odpowiedź Jezusa jest negatywna – kwestionuje on saducejski obraz świata i stwierdza, że z punktu widzenia życia wiecznego kłopotu nie ma, choć nie potrafimy pojąć, jak to będzie możliwe: „Ani oko nie widziało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy go miłują” (1 Kor 2,9). Na tym świecie istnieją tylko zalążki życia wiecznego, jego odblaski, ślady, znaki. Takim właśnie znakiem królestwa Bożego jest małżeństwo. Jest ono znakiem, że „spodobało się Bogu uświęcać i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej pomiędzy nimi więzi, lecz uczynić z nich lud…” (sobór watykański II, Lumen Gentium, 9). Lud ten jeszcze nie osiągnął pełni jedności – tej jedności, która jednoczy Ojca i Syna (por. J 17,11nn). Znajdują się jednak w nim miejsca, gdzie dzięki sakramentalnej łasce jedność ta może realizować się już teraz w szczególnym stopniu.

Nie wiem, czy na Sądzie stanę bez któregoś z ludzi stworzonych przez Boga. Wiem, że nie stanę na nim bez mojej żony. I wiem, że dar życia wiecznego będziemy mogli przyjąć tylko razem. Bóg bowiem złączył nas w jedno ciało (por. Mt 19,6), a „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (Rz 11,29). 

1 Janusz Pyda OP, Nie zaczynajmy budować od dachu, „W drodze” 2/2008. 
2 Małgorzata Wałejko, Razem czy osobno, „W drodze” 1/2008. 
3 Gdzie nie zaznaczono jak wyżej, cytaty z Pisma Świętego według Biblii Tysiąclecia. 
4 W BT określenie soma psychikon zostało dość nieszczęśliwie przetłumaczone wyrażeniem „ciało zmysłowe”. 
5 Por. M. Wałejko, dz. cyt. 
6 W świetle wizji człowieka, którą szkicuję, obie wersje przekładu znaczą to samo. 
7 Por. Raimon Pannikar, Znaczenie Imienia Chrystusowego w powszechnej ekonomii zbawienia, w: Mariasusai Dhavamony (red.), Ewangelizacja, dialog, rozwój, Warszawa 1986, s. 228–255. 
8 Por. Martin Buber, Ja i Ty, Warszawa 1992. 
9 J. Pyda OP, dz. cyt., s. 83.

Człowiek – tożsamość – wspólnota
Piotr Sikora

urodzony w 1971 r. – absolwent teologii PAT i filozofii UJ, doktor filozofii, teolog katolicki, filozof, publicysta religijny, członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”.Publikował w „Tygodniku Powszechnym”, „W drodze” i „...