Czy tylko nieliczni będą zbawieni?

Czy tylko nieliczni będą zbawieni?

Jeśli naprawdę kochamy, nie potrafimy zaakceptować faktu, że umiłowana osoba na zawsze mogłaby pójść na zatracenie. W tym buncie wobec skrajnej tragedii jesteśmy w zmowie z Bogiem. Czyni On nas współodpowiedzialnymi w wielkim dziele ratowania świata. Czy mamy odmówić Mu tej hojności i żądać, aby wszystko sam czynił?

„Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?”, pytano Jezusa (Łk 13,23). Za Jego czasów była to paląca sprawa. Większość faryzeuszów uważała, że cały Izrael będzie zbawiony. Jednak w niektórych kręgach apokaliptycznych panował mniejszy optymizm: tylko nieliczni mieli uniknąć nadchodzącego sądu. To, że nawet poganie mieliby być zbawieni, nie wchodziło zupełnie w rachubę.

„Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” Jezus nie daje bezpośredniej odpowiedzi. Jednak nie można twierdzić, że jest to banalne pytanie. Ono jest pytaniem wielkiej wagi, jest decydujące dla naszych losów w czasie i w wieczności. Zadawano je na przestrzeni całej historii chrześcijaństwa. Czynimy to również dzisiaj, choć zwykle formułujemy je nieco inaczej. Trudno nam bowiem uwierzyć, aby większa część ludzkości miała pójść na zatracenie. Pytamy więc: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?” albo jeszcze śmielej: „Panie, czy wszyscy będą zbawieni?”.

Jak już wspomniałem, Jezus nie daje jasnej odpowiedzi. Odsyła nas do Pisma świętego, przede wszystkim do Nowego Testamentu. Jednakże nawet tam nie znajdujemy jednoznacznej odpowiedzi. Są teksty, które wskazują, że wielu pójdzie w ogień wieczny, ponieważ nie troszczyli się o swoich bliźnich w potrzebie (Mt 25,41) albo dopuszczali się nieprawości (13,42). Jednak są i inne teksty, mówiące o tym, że Bóg chce wszystkich zbawić. Św. Paweł zachęca Tymoteusza, by modlił się za wszystkich ludzi, właśnie dlatego, że Bóg „chce, aby wszyscy zostali zbawieni” (1 Tm 2,14). Pisze też, że Bóg postanowił „przez Niego [Syna swego] znów wszystko pojednać ze sobą, i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach” (Kol 1,19–20). I jeszcze wyraźniej: „Bóg poddał wszystko nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać miłosierdzie” (Rz 11,32). W Liście do Rzymian, jak w litanii, św. Paweł raz za razem zapewnia, że „nie tak samo ma się rzecz z przestępstwem, jak z darem łaski” (5,15), że łaska Boża jest przemożna (ibidem), że „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (5,20b).

Ludzkie „nie” nie może mieć tej samej wagi, co Boskie „tak”. Sam Jezus mówi, że idzie i szuka zagubionej owcy, „aż znajdzie” (Łk 15,4). Mówi, że wszystkich pociągnie do siebie (J 12,32). Modli się za swych oprawców, aby Ojciec im przebaczył, nie wiedzą bowiem, co czynią (Łk 23,34). Czy można pomyśleć, aby taka modlitwa, zanoszona przez samego Syna, miała być niewysłuchana?

To wszystko nie może wykluczać i nie wyklucza innych tekstów, w których Jezus mówi o ogniu wiecznym. Nieuczciwe byłoby czytać Biblię, zachowując tylko te fragmenty, które nam się podobają i są dla nas korzystne. Trzeba uwzględniać wszystkie. Jednak kiedy Jezus odmalowuje sąd ostateczny i dzieli ludzi na owce i kozły (Mt 25,33), to nie należy traktować tego jako reportaż. Jezus nie chce nam podać informacji, ale pragnie naszego nawrócenia. Gdy mówi o karze wiecznej, to nie chodzi o to: „Słuchajcie, co się stanie”, ale „Zważajcie na to, aby wam się to nie przydarzyło!”. Jezus mówi o możliwości wiecznego potępienia, a nie o tym, że to musi nastąpić. Nie chce, aby do tego doszło.

Prawdą jest, że żaden człowiek nie może być zbawiony, jeśli na koniec dobrowolnie nie otworzy się na miłość Bożą. Może Bóg nie jest tak bezsilny wobec wolnej woli człowieka, jak często nam się zdaje? Nawet nasza ograniczona ludzka miłość jest czasem zdolna złagodzić zatwardziałość bliźniego i sprawić, aby zupełnie dobrowolnie się otworzył. Czy bezgraniczna miłość Boga nie może wnikać przez te niewielkie szczeliny, które zawsze istnieją w ludzkim pancerzu, i sprawić, aby stopniał jego opór? Czy Bóg w chwili śmierci, kiedy człowiek Go spotyka, nie może okazać tyle swej łagodności, swojej dobroci, swego nieskończonego zmiłowania, żeby już dłużej nie można było ani nie chciało się sprzeciwiać takiej miłości, ale tylko upaść na kolana i powiedzieć: „Mój Pan i Bóg mój!”? „Na imię Jezusa zegnie się każde kolano”, pisze św. Paweł (Flp 2,10). Czy nie byłoby to bardziej podobne do Boga, który jest Miłością, nie zmuszać ludzi do tego siłą, ale raczej, aby oni sami dobrowolnie upadli na kolana, odsłaniając rąbek tej zasłony, która tutaj, na ziemi, wciąż skrywa Jego niepojętą miłość?

Czy nie możemy mieć tej nadziei? Kościół ją ma. W liturgii modlimy się za wszystkich bez wyjątku. W modlitwie eucharystycznej słyszymy kapłana modlącego się w ten sposób: „O dobry Ojcze, zjednocz ze sobą wszystkie dzieci swoje rozproszone po całym świecie”. Czy Kościół kierowałby tę modlitwę do Boga, nie mając żadnej nadziei na jej wysłuchanie?

Jednak jeżeli owa nadzieja okaże się rzeczywistością, nie stanie się to automatycznie, jak jakaś oczywista sprawa. To kosztuje. To kosztowało Boga Jego jedynego Syna. I On chce, byśmy uczestniczyli w tym i płacili cenę. „Usiłujcie, mówi Jezus, wejść przez ciasną bramę”. On nawet tak to zaplanował, że nie tylko możemy walczyć za siebie, ale i za innych ludzi. Tak, jesteśmy do tego zaproszeni. „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie” (Rz 14,7). Możemy wierzyć, możemy kochać za innych, w zamian za nich. Żona może wierzyć za męża, który nie wierzy. Czy to, co Bóg złączył, On sam miałby rozdzielać (por. Mk 10,9)? Matka może kochać za swoje dzieci, może zaofiarować nadmiar miłości, aby uzupełnić to, czego brakuje jej dziecku.

W zasadzie Bóg uczynił wszystko, ale jednak On oczekuje na nasze „tak”. I otrzymaliśmy tę nieprawdopodobną możliwość mówienia „tak” za siebie nawzajem. Dzięki temu stajemy się „pomocnikami Boga”, jak pisze święty Paweł (1 Kor 3,9). On posuwa się tak daleko, że ma odwagę powiedzieć, że w naszym ciele mamy prawo dopełniać braki udręk Chrystusa, dla dobra ciała, którym jest Kościół (Kol 1,24). Bóg czyni nas współodpowiedzialnymi w wielkim dziele ratowania świata 1. Czy mamy odmówić Mu tej hojności i żądać, aby wszystko sam czynił?

Bóg był gotów uratować Sodomę, gdyby tylko znalazł w niej dziesięciu sprawiedliwych (Rdz 18,32). Mojżesz ofiarował siebie za Izrael. Prosił Boga: „Przebacz jednak im ten grzech! A jeśli nie, to wymaż mię natychmiast z Twej księgi, którą napisałeś” (Wj 32,32). Św. Paweł pragnie sam być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa, jeśli to mogłoby pomóc jego braciom i rodakom (Rz 9,3). W swym komentarzu do tego urywku Pisma świętego Luter pisze, że to pragnienie św. Pawła jest znakiem doskonałej miłości. W historii chrześcijaństwa wciąż pojawiają się święci, którzy w swoim szaleństwie miłości są gotowi, podobnie jak Chrystus, dla dobra innych „ściągnąć na siebie klątwę” (Ga 3,13). Ileż jest takich matek, których może nie możemy nazwać świętymi, ale które wolałyby same pójść na zatracenie, gdyby to miało uratować ich dzieci!

Jeśli naprawdę kochamy, nie potrafimy zaakceptować faktu, że umiłowana osoba na zawsze mogłaby pójść na zatracenie. W tym buncie wobec skrajnej tragedii jesteśmy w zmowie z Bogiem. Jezus przecież sam mówi, że jest wolą Ojca, aby ze wszystkiego, co Mu dał, niczego nie stracił (J 6,39).

Miłość „we wszystkim pokłada nadzieję” (1 Kor 13,7). I miłość „wszystko znosi” i „wszystko przetrzyma”, ponieważ to, w czym pokładamy nadzieję, stanie się rzeczywistością. Nasza nadzieja nie spuszcza zasłony, ale przeciwnie, dodaje nam odwagi do walki wspólnie z Panem, aby wszyscy przeszli przez ciasną bramę. Współpracować z Bogiem w taki sposób to nasz największy przywilej i nasza najwyższa godność.

tłum. Justyna Iwaszkiewicz

Homilia wygłoszona przez o. Wilfrida Stinissena w czasie Mszy św. radiowej w kaplicy sióstr karmelitanek bosych w Szwecji, 23 sierpnia 1998.

1 pkt. 10 bulli Jana Pawła II Incarnationis Mysterium czytamy m.in.: „…między wiernymi dokonuje się prawdziwa wymiana darów duchowych, która sprawia, że świętość jednego wspomaga innych w znacznie większej mierze, niż grzech jednego może zaszkodzić innym. Niektórzy ludzie pozostawiają po sobie jak gdyby nadmiar miłości, poniesionych cierpień, czystości i prawdy, który ogarnia i wspiera innych. Na tym właśnie polega rzeczywistość zastępstwa (vicarietas), na której opiera się cała tajemnica Chrystusa. Jego przeobfita miłość zbawia wszystkich” [przyp. tłum.].

Czy tylko nieliczni będą zbawieni?
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...