Dawać miłość awansem

Dawać miłość awansem

To był naprawdę wstrząs. Zawsze wzruszało mnie to, gdy ktoś próbował zapłacić nie swoje rachunki. Może dlatego przyjazd dzieci z domu dziecka z Łopuszki Małej koło Przeworska stał się na Jamnej wydarzeniem.

Kiedy ksiądz Janusz powiedział mi, że chciałby przyjechać z dziećmi z domu dziecka na Jamną, nie okazałem entuzjazmu. Miałem bowiem w pamięci ubiegłoroczne doświadczenia z dziećmi z katolickiego domu dziecka. Świeccy pedagodzy dość szybko wytłumaczyli wówczas dzieciom, że nie mają obowiązku uczestniczenia w codziennych nabożeństwach, szczególnie w Mszy świętej, bo to przecież nie niedziela, a i do pracy mają się nie śpieszyć, bo są na wakacjach. Dzieci natomiast same, jak za stalinowskich czasów, przemykały się i do kościoła, i do pracy, bo było to ciekawsze i mniej nudne niż nicnierobienie. Miałem jednak dość takich układów i postanowiłem nigdy ich nie zapraszać. Nie znoszę roszczeniowców. I tu nagle, masz, babo, placek!

Ksiądz pokornie prosił, ja się ociągałem, aż wreszcie uległem, bo nie lubię być proszony, jakby zbyt wiele ode mnie zależało.

Dzieci przyjechały z księdzem i jedną opiekunką. Zdziwiłem się, że bez wrzasków usiadły przy stole. Było dla mnie oczywiste, że ktoś je tego musiał nauczyć. Siedzą ładnie, służą sobie wzajemnie, bez głupkowatych dowcipów i popisów, potem modlitwa, zbieranie naczyń i zmywanie stołów. Za chwilę zgłaszają gotowość do pracy. Szok.

Przecierałem oczy, nie mogąc uwierzyć, że istnieje jeszcze taka młodzież, z którą nie trzeba walczyć o sprawy oczywiste.

Wieczorem usiedliśmy razem w lektorium. Chciałem się czegoś dowiedzieć o tym niezwykłym domu dziecka w Łopuszce Małej koło Przeworska i usłyszałem, że:

– Nasz dom jest piękny. To jest pałac.

– Mamy też wielki park.

– Nie mamy sprzątaczki, bo wszystko robimy sami. Śniadania i kolacje też przygotowujemy sami.

– Tylko w obiadach pomaga nam jedna pani.

– Jak ktoś nawali, to idzie na rozmowę do Babci. Psychologa ani pedagoga nie mamy, bo mamy kaplicę z Najświętszym Sakramentem. (Uderzyło mnie to skojarzenie).

– Domem zarządzają Babcia i Dziadziu. Babcia i Dziadziu to rodzice naszego księdza. Są już na emeryturze i prowadzą nasz dom i jeszcze inne domy…

Słucham tego i słucham, i już nie wiem, komu bardziej zazdrościć: dzieciom mieszkającym w pałacu, czy Babci i Dziadzi, którzy wymyślili sposób sensownego spędzenia czasu na emeryturze. Żyć tylko dla siebie to byłoby straszne, więc żyją dla tych dzieci, którym dają dom i miłość. Czyż przypadkiem rozpacz naszych czasów nie polega na tym, że ludzie przeobrazili się w maleńkie fabryczki samorealizacji pracujące i produkujące tylko na własne potrzeby? I potem nagle zdziwienie i żal, że te małe fabryczki nikogo nie interesują poza ich właścicielami.

Kiedy dzieci poszły spać, spytałem księdza, czy nie mógłby poprosić rodziców, aby wpadli na Jamną. Chciałbym poznać ludzi, którzy bezdomnym stworzyli dom, a w dzieci wpompowali tyle miłości, że to było natychmiast widać po ich wyciszeniu, delikatności i sensownych ruchach.

Nie musiałem długo czekać. Tak się złożyło, że w ciągu tygodnia, wracając z kliniki z Krakowa, dokąd wozili chore dziecko, Dziadkowie wpadli na Jamną. Starsi państwo, na których widok chmara dzieci rzuciła się do całowania i uścisków. Eksplozja serdeczności była ogromna. Kto ich tego nauczył? Pytałem sam siebie. Potem pytałem Babcię i Dziadzię.

– My – odpowiedzieli spokojnie. – Kiedy się człowieka obdaruje miłością, to on to odwzajemni.

Na powitanie Dziadków, bo tak zwracała się młodzież do rodziców księdza, wyszedł również i on sam i ucałowawszy ich w ręce, zwrócił się do swej matki: – Proszę Mamy…

Naszym studentom zaświeciły się oczy, a i mnie przypomniał się dom rodzinny, kiedy wychodząc z niego na dłużej lub do spowiedzi, całowałem rodziców w rękę.

Następne dni płynęły szybko. Dzieci z Łopuszki Małej prędko stały się domownikami i brały się do pracy i modlitwy. Szybko wpasowały się w nasz dom, jakby tu były od zawsze. Toteż kiedy wyjechały, na Jamnej zrobiła się dziura.

Ludziom trzeba dawać miłość awansem, za darmo, na wyrost, jak Pan Jezus… W ludzi trzeba wpompować miłość. Inaczej będą o nią wołać, tupać nogami, zachowywać się agresywnie. To był wielki dzień, kiedy to przed laty zrozumiałem.

Wszystkie moje przegrane jako duszpasterza zdarzały się wtedy, gdy brakowało mi sił i nie potrafiłem tego uczynić, kiedy nie potrafiłem dawać awansem, ale szukałem wyrównania rachunków i sprawiedliwości. Kiedy zapomniałem, że jako ojciec muszę powodować się miłosierdziem, a nie tylko sprawiedliwością. Wiem, aż nazbyt dobrze wiem, że sprawiedliwość ma zastosowanie w stosunku do wspólnoty, ale w stosunku do konkretnej osoby powinienem kierować się miłosierdziem. Najtrudniej przychodzi mi to w stosunku do ludzi, którzy każą mi płacić za swoje rachunki. Za swoje niespełnienie, żale, niedosyt miłości z dzieciństwa. Potrzeba dużego wysiłku duchowego, aby uporać się z myślą o duchownych wystawiających ceny za swoje usługi, robotnikach za swoje źle wykonane prace, młodych za swoje niespełnienie. Nie ja jestem temu wszystkiemu winien. Mamy jednak przykład Chrystusa Pana, który dał się nam wszystkim za darmo, który się nam darował, nam, tu przytomnym, jak śpiewamy w pieśni.

Stanęły mi przed oczyma wszystkie te osoby, którym wypomniałem postawę roszczeniową. I miałem rację. Jednak czy racja jest wystarczającym argumentem? Czy chamstwo i gwałtowność ludzi i świata nie jest jednym wielkim wołaniem o miłość? Czy nasza Jamna jest instrumentem miłości? Czy ludzie wracają z niej niekoniecznie od razu lepsi, ale chociaż bardziej delikatni? Nie nadrobię braków miłości, której nie dostali w domu. Jamna musi być domem, który daje miłość awansem. Będę się modlił, aby mnie wystarczyło miłości, aby stać mnie było na nią. Daję przecież nie ze swego.

Dawać miłość awansem
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...