Dawcy relikwiarzowych organów

Dawcy relikwiarzowych organów

Oto umieszcza się w kosztownych naczyniach szczątki niepewnego pochodzenia i bałwochwalczo wielbi, a religijność obraca się w magię i zabobon.

Mogiły. Bywają wspólne, nawet masowe, w przypadku ofiar wojny, epidemii, katastrof. Zwykle jednak – grób jest indywidualny, jeden. Wyjątkowo – dwa, gdy serce ważnego nieboszczyka, zgodnie z jego wolą, pochowano gdzie indziej. Zdarza się też przemieszczanie ekshumowanych szczątków, by umieścić je na przykład w miejscu bardziej dostępnym dla krewnych, zwolenników czy fanów. Ci, przechowując z pietyzmem pamiątki po zmarłym, nie pragną przecież posiadać żadnej części trupa, nawet tych względnie trwałych, kostnych, by je oglądać, eksponować i honorować. Sama myśl, by na spotkanie rodzinne przynieść piszczel pradziadka albo w rocznicę bitwy czy w święto narodowe wystawić na widok publiczny szczękę króla czy żebro marszałka, napawa zgrozą i odrazą.

Wielowiekowe przyzwyczajenie

Dlaczego więc to czerwone światło zbiorowej wrażliwości zmienia się na zielone w wypadku dzielenia takich samych zwłok człowieka, którego Kościół ogłosi świętym? W jego ołtarzowym grobie, odwiedzanym przez czcicieli, spoczywają często tylko mizerne resztki szkieletu, gdyż jego większa część, rozparcelowana na setki i tysiące kawałeczków, wystawiana bywa na ołtarzach, obnoszona w procesjach, podawana do ucałowania. Takie, zadomowione od wieków w kościelnej kulturze, formy okazywania czci relikwiom, czyli pozostałościom ciał wyróżnionych zmarłych, dla uczestników tych praktyk nie są czymś niesamowitym, ponieważ wspiera je wielowiekowe przyzwyczajenie. Dla wielu wręcz bulwersująca i gorsząca byłaby myśl, że owe ludzkie kości, nierzadko przecież tylko przypisane świętym, trzeba oddać ziemi, z którejś kiedyś, wbrew pierwotnej tradycji kościelnej, wydobyto je i pokawałkowano.

Czymś jeszcze bardziej gorszącym i niedopuszczalnym według chrześcijan I–III wieku byłyby nie tylko późniejsze formy czci świętych kości, ale już samo ich wykopywanie, a tym bardziej dzielenie. Spoczywały one na wspólnych (do połowy II w.) z poganami cmentarzach, a chrześcijanie nie kwestionowali zawarowanej przez prawo i religię, Żydów, jak i Rzymian, nienaruszalności grobów. Także obyczaj rocznicowych biesiad na grobach był pierwotnie wspólny poganom i chrześcijanom. Ci ostatni poprzedzali je hymnami ku czci spoczywających tam męczenników. Pamięć o nich była lokalna i, podobnie jak w wypadku krewnych, niezbyt trwała. Dlatego też, gdy w IV wieku w chrześcijańskim już cesarstwie wzrosło masowe zapotrzebowanie na dostęp do szczątków apostołów i ich uczniów, brak wiedzy o lokalizacji pochówków zastąpiły domysły w postaci snów, którymi uzasadniano odnajdowanie upragnionych kości.

Między wykładnią a praktyką

Już na początku V wieku duszpasterz z Akwitanii Wigilancjusz alarmował: „Oto umieszcza się w kosztownych naczyniach szczątki niepewnego pochodzenia i bałwochwalczo wielbi, a religijność obraca się w magię i zabobon”. Nauczającym w Kościele zarzucał, że tolerują, a z czasem i promują takie praktyki, bo nie baczą, jak pojmuje je lud, lecz krzepią się poprawnością własnych interpretacji tej pobożności: że tylko do Boga samego odnosi się kult adoracji, a świętym wyrażamy uszanowanie jako wyraz miłości dla naszych obrońców, wzorców, lekarzy dusz i ciał. A wierni szukali u świętych cudów, nie naśladowania ich cnót.

To był ponadczasowy dylemat chrześcijańskiej inkulturacji: jak duża może być rozpiętość między urzędową wykładnią a praktyką, motywacją propagowaną a dopuszczalną? Z czasem przedchrześcijańskie dziedzictwo celtyckie, germańskie czy słowiańskie zgotuje Kościołowi niejedną jeszcze niespodziankę w kwestii traktowania relikwii. Zwłaszcza gdy chrzczone bez wystarczającego przygotowania rzesze dowiadywały się o ich uzdrawiającej mocy. Skoro się już jednak dopuściło kiedyś do ustalania tożsamości zmarłych przed trzystu laty na podstawie sennych objawień, a potem do dzielenia owych znalezisk, co otwierało drogę do tworzenia kolejnych falsyfikatów, to jakże potem można było przekonać żądne hagioterapii masy pątników, że święty bardziej niż srebra i wosku oczekuje przemiany serca. Polemizując z Wigilancjuszem, Hieronim szczerze przyznawał: „Zakazując tych praktyk, trzeba by uznać wielu organizatorów i uczestników translacji relikwii, rzesze wiernych, w tym cesarzy i biskupów, za świętokradców i głupców, przenoszących oprawne w złoto martwe kości. Święci jednak w nich żyją, co potwierdzają nawet diabły ryczące przy relikwiach w opętanych”.

Co światlejsi pasterze, dostrzegający rozziew między ludowym (nie bez wsparcia kustoszy sanktuariów) a oficjalnym pojmowaniem czci dla relikwii, mogli tylko powtarzać bezradnie za Augustynem: „Czego innego nauczamy, a co innego musimy tolerować”.

Pośmiertna multilokacja

Kontakty z Ziemią Świętą umożliwiły przeniesienie stamtąd do ubogiego w relikwie Konstantynopola, nowej stolicy Cesarstwa, „ciał” Andrzeja apostoła, ewangelisty Łukasza, Tymoteusza, proroka Samuela. Mimo zakazów cesarza Teodozjusza (386 r.) rozpoczęły się nie tylko ekshumacje, ale i kawałkowanie szkieletów, służące pośmiertnej multilokacji świętych. W Mediolanie św. Ambroży wyśnił, gdzie znajdują się kości i przypisał je nieznanym dotąd świętym Gerwazemu i Protazemu, podzielił je między wielu biskupów, upowszechniając kult tych rzekomych męczenników. Widzenie jerozolimskiego kapłana umożliwiło w 415 roku „odnalezienie” grobu św. Szczepana. Sam św. Augustyn, wcześniej sceptyczny wobec takich metod odkrywania relikwii, zaczął z czasem spisywać uzdrowienia dziejące się przy sprowadzonej do Afryki cząstce owego znaleziska (np. przez dotknięcie kwiatów, które stały obok relikwii).

Nieraz jeszcze tłum wchłaniał będzie garstkę światłych umysłów, które zafascynowane frekwencją i entuzjazmem ludzkich rzesz, traciły rozeznanie rzeczywistej motywacji przybywających. Nie olśniewała ich biografia świętego (stąd szablonowe żywoty) ani nie porywała chęć pójścia w ich ślady, ale szerzone wieści o zdrowotnych profitach, jakich dostąpić można w siedzibie cudotwórcy. Głód cudów był jednak dość kłopotliwym i zawodnym sojusznikiem wiary, spychając na drugi plan jej istotne wymagania, instrumentalizując religię, sekularyzując nadzieję (por. J 6,26). Sprzyjało to traktowaniu relikwii na podobieństwo kondensatora dobroczynnej mocy, łatwego do wykorzystania przez odwiedzanie, przynoszenie obiecanych wotów, oglądanie, dotykanie. Miracula, owe opowieści rozsławiające poszczególne sanktuaria, pomijały duchową kondycję petentów dobroczyńcy zamieszkałego w swym sarkofagu. Groziło to odrywaniem kultu od etyki i utożsamianiem świętości z uzdrowicielską mocą. Dlatego zaniepokojeni tym niektórzy luminarze kościelni przypominali zachwyconym cudami, że dokonywać ich może, oszukując wiernych, także diabeł, jak uczy Pismo. Święci przez swe relikwie mieszkają wśród nas, ale te pomogą uniknąć piekła tylko tym, którzy świętych naśladują – upominał w V wieku Maksym z Turynu. Większość duchownych, nawet doktorów Kościoła, wolała jednak współbrzmieć z masowymi wyobrażeniami, popularyzując świętych przez famę terapeutycznej aktywności.

Transfery

Nie skończyło się na wygrzebywaniu ludzkich kości z cmentarzy i lokowaniu ich w świątyniach pod ołtarzem, a ich cząstek w ołtarzu. Nadszedł czas, gdy i to ludziom nie wystarczyło. Wyprowadzili tedy owe relikwie z ukrycia, tworząc dla nich ozdobne atrapy głów i rąk, by postawić je na ołtarzach. A kiedy i tego będzie za mało, wierni zapragną oglądania owych fragmentów kośćca, czyniąc wzierniki w relikwiarzach czy wykonując je w kształcie monstrancji. Niektóre z nich posłużą zresztą i do okazywania Eucharystii.

Związek cząstki ciała świętego i ołtarza pozostał obustronny: corpus świętego musi mieć ołtarz, a ołtarz relikwie. Każdy poświęcany kościół otrzymywał relikwie, choćby drugorzędne, uzyskane przez kontakt z pierwszorzędnymi. Gdy ich brakowało, w IX–XIII wieku w nowym ołtarzu umieszczano trzy konsekrowane hostie, zamurowując je wraz z trzema ziarenkami kadzidła.

Zwyczaj obnoszenia relikwii w procesji pojawił się w VII wieku w wizygockiej Hiszpanii. Przełamanie oporów przeciw transferom i dzieleniu szczątków świętych skróciło drogę ich czcicielom. Święci patronowie dawali się obnosić nie tylko wokół świątyni. Przybywali na miejsce klęski żywiołowej, żeby nastąpił jej kres. Wędrowali regularnie w wiosennej procesji Suchych Dni, gdy wypraszano urodzaje i błagano o ich zachowanie. Obnoszenie świętych kości wokół murów obleganego miasta oznaczało opasanie go mocą przemożnego opiekuna i dodawało ducha obrońcom.

Sprowadzeniu relikwii (drogą darowizny, kupna czy kradzieży) towarzyszyły w średniowieczu orkiestry, chóry, obłoki kadzidła, wonie pachnideł i oklaski wiernych. Tak mieszały się obrzędowe i spontaniczne wyrazy czci i wspólnych nadziei, wiązanych z przybyciem (jakby na odległość był mniej skuteczny) niebiańskiego, a jakże ziemskiego protektora. Do wywyższonego nad ołtarzową mensą wielkiego relikwiarza, często w kształcie domu – co wyrażać miało zamieszkanie, pojmowane niemal sakramentalnie – ciągnęły, by błagać o uzdrowienie, rzesze cierpiących na wszelkie choroby.

Relikwie jako rękojmia bliskiej obecności sacrum, chroniącego przed żywiołami, demonami i ludźmi, postrzegane były przez chrześcijan w sposób wielce zrozumiały dla pogan, skoro ci wkrótce po swym masowym chrzcie, mimo mizernego opanowania podstawowych treści nowej religii, zabiegali o owe szczątki. Prosili o nie np. świeżo ochrzczeni Sasi, a gdy relikwie św. Wita przeniesiono z Rzymu do Nowej Korbei, hagiograf zapewniał, że przyniosły krajowi dobrobyt. Drobne relikwie czterdziestu świętych, zgromadzone w skarbcu katedry w Płocku, tamtejszy biskup Aleksander z Malonne w 1148 roku udostępnił wiernym, umieszczając owe świętości w skorupie strusiego jaja, zawieszonego przed ołtarzem Matki Boskiej.

Kawalkady z kośćmi

Troska o sakralne i świeckie budowle łączyła duchownych i laików. Relikwie i wspaniała dla nich świątynia były wszak dumą miasta i ważnym dla wszystkich magnesem przyciągającym przybyszów. Pielgrzymi musieli gdzieś spać i jeść, kupować wota, pamiątki i inne towary, które kupcy zwozili jak zwykle tam, gdzie gromadziło się więcej ludzi. Wokół sanktuariów z grobami bardziej popularnych świętych wyrastały lub wracały do dawnej świetności miasta. Ich mieszkańcy, ze stróżami sanktuarium na czele, podzielali niewzruszone przekonanie, że spośród czczonych w paru miejscach czaszek tego samego świętego, tylko ta u nich jest autentyczna. Ich pewności posiadania prawdziwych relikwii nie były też w stanie zachwiać nawet mało wiarygodne okoliczności późnej legendy o ich odkryciu. Choćby te, jakie miały towarzyszyć odnalezieniu w Hiszpanii na przełomie VIII i IX wieku grobu św. Jakuba. Do jego umiejscowienia na cmentarzu miał doprowadzić posłusznego widzeniu mnicha Pelayo promień gwiazdy. Apostoł, który miał głosić za Pirenejami Ewangelię, a przed swą śmiercią w Judei życzył sobie spocząć na Półwyspie Iberyjskim, został tam pochowany. Stał się tu patronem rekonkwisty, a jego rzekomy grób w Composteli – jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Europy.

Katolicy, po sporach z przedstawicielami reformacji o zasadność kultu relikwii, wsparci stanowiskiem soboru trydenckiego, rozpoczęli następny etap historii tej dziedziny pobożności. Wobec wzrostu zapotrzebowania z rzymskich katakumb ponownie ruszyły kawalkady wiozące ludzkie kości (sama wielka diecezja konstyncjeńska w ciągu XVII–XVIII wieku przyjęła stamtąd 118 „ciał” męczenników). Nie wiedząc, do kogo należały, nadawano im imiona, czego w 1643 roku zakazała Kongregacja Rytów. Zdając sobie sprawę, że w katakumbach grzebano nie tylko świętych, przyglądano się oznakowaniu grobów. Kamieniarski znak, np. palmę albo literę M (mogła oznaczać Marka, miesiące itd.) brano za dowód natrafienia na grób męczennika (martyr), zaś S – za: sanctus, choć pierwotnie oznaczało to każdego uświęconego przez chrzest. Odbiorcy rzymskich relikwii nie mieli pojęcia o mizernych sposobach identyfikacji domniemanych szczątków świętych z pierwszych wieków zbieranych po tamtejszych cmentarzach .

W przypadku świętych, których autentyczność szczątków nie budziła wątpliwości, problemy pojawiały się nadal na znanym już obszarze ich zmiennego traktowania przez wiernych. W ciągu wieków pogłębianego oddziaływania duszpasterskiego subtelniało pojmowanie sensu eksponowania resztek ludzkiego ciała podczas religijnych zgromadzeń. Czasem pojawi się wiadomość, dla wielu niepojęta bez dodatkowych uzasadnień historycznych, że oto np. po beatyfikacji założyciela zakonu klasztory rozparcelowały między siebie jego kości. A ktoś zobaczywszy w telewizji salę w Watykanie, zapełnioną setkami relikwiarzy świętych i błogosławionych, wyniesionych na ołtarze przez Jana Pawła II, rzekł nieparlamentarnie – istne połączenie sklepu jubilerskiego z kostnicą!

Zanikająca hagioterapia

Jesienią 1995 roku kilkanaście kościołów w Polsce nawiedziły relikwie św. Antoniego, a dokładnie – jak podawano – jego „struny głosowe i kość najbliższa sercu” (czyżby owe struny były trwałe jak kość, a kość bliska sercu ważniejsza od pozostałych?). W 2002 roku wywieziono z Krakowa na Węgry palec św. Jadwigi, a sporo parafii zaopatrywało się w Łagiewnikach w partykuły kośćca św. Faustyny. Potem wędrowały po Polsce relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus, a obecnie peregrynuje u nas w tym trybie św. Dominik Savio. Wyobraża go, niczym zdjęty z wystawy, manekin (marynarka, wąskie spodnie, półbuty), którego twarz bez wyrazu rozczaruje ministrantów, znających swego piętnastoletniego patrona z obrazków. Fantom leży na białej pościeli w trumnie, lecz patrzy i unosi dłonie, jakby pytał oglądających go nie bez zdumienia zza szyby, co sądzą o tak niekonwencjonalnym relikwiarzu. Zanikającej hagioterapii nie zastąpi performance z relikwiami w roli głównej!

Poznanie życia świętego i jego naśladowanie w drodze do Chrystusa bez wątpienia były są i pozostaną ważniejsze niż odległość od miejsca, gdzie go pochowano, czy stan zachowania i eksponowania jego szczątków.

Dawcy relikwiarzowych organów
ks. Jan Kracik

(ur. 11 listopada 1941 r. w Spytkowicach – zm. 24 kwietnia 2014 r. w Krakowie) – prof. dr hab., kapłan diecezji krakowskiej, historyk Kościoła, od 1973 roku wykładowca PAT.Autor wielu artykułów i książek, m.in.: Święt...