Dialog w cieniu półksiężyca

Dialog w cieniu półksiężyca

Podczas kolegium redakcyjnego doszło do kłótni. Omawialiśmy właśnie kolejny numer pisma poświęcony tym razem islamowi. Powstała rozbieżność, czy muzułmanie i chrześcijanie czczą tego samego Boga. Czy Bóg Biblii i Bóg Koranu to ta sama osoba?

Rafał twierdził, że tak, argumentując, iż islam i chrześcijaństwo, podobnie zresztą jak judaizm, to religie abrahamiczne, u których podstaw leży monoteistyczna koncepcja Boga osobowego wchodzącego z ludźmi w przymierze. Paweł zaprzeczał, mówiąc, że czym innym jest wspólne uznanie pojęcia Boga osobowego, a czym innym oddawanie czci temu samemu Bogu.

Adwersarze rozeszli się, pozostając każdy przy swoim zdaniu. Niedługo potem spotkałem w Niemczech siedmiu nawróconych na chrześcijaństwo muzułmanów, z którymi porozmawiałem na nurtujący nas temat. Jeden z nich, Turek, był w swej ojczyźnie więziony i torturowany za „propagandę chrześcijańską”. Inny, Irańczyk, chodził w Teheranie na konspiracyjne nabożeństwa – gdyby złapała go policja, nie uniknąłby śmierci. Szariat, islamskie prawo religijne, przewiduje bowiem za odstępstwo od religii Proroka tylko jedną karę. Każdy muzułmanin, który spotka takiego apostatę, ma prawo go zabić. Kiedy zapytałem owego Irańczyka, czy nie bał się chodzić na nielegalne nabożeństwa, odpowiedział, że owszem, czuł strach, ale miłość do Chrystusa była silniejsza.

Od wszystkich postanowiłem dowiedzieć się tego samego: czy muzułmanie i chrześcijanie rzeczywiście modlą się do tego samego Boga? Ani jeden z mych rozmówców nie postawił znaku równości między Bogiem Biblii a Bogiem Koranu. Powoływali się przy tym na niezliczoną liczbę cytatów z muzułmańskiej Księgi, które wyraźnie zaprzeczały bóstwu Chrystusa. Cytowali na przykład Surę CXII stanowiącą swoiste islamskie credo wymawiane codziennie przez każdego muzułmanina. Wers ten mówi o Bogu, który „nie zrodził i nigdy nie został zrodzony”. Z kolei Sura IV głosi Boga, który „jest nazbyt wyniosły, aby mieć syna”. Tak więc, powtarzali, nie może być zgody między świętymi księgami islamu i chrześcijaństwa.

Nawróceni muzułmanie wskazywali, że Koran nie może być pismem objawionym, skoro polemizując z koncepcją Trójcy Świętej, przedstawia Ją jako jedność Ojca, Syna i… Maryi. Ich zdaniem, jest to raczej odzwierciedlenie fałszywych wyobrażeń, które miał o chrześcijaństwie Mahomet, niż prawdziwe słowo Boga, który w takim przypadku musiałby walczyć ze swoimi urojeniami.

Najciekawsze było jednak to, co mówili na temat modlitwy, która jest przecież najprawdziwszą relacją z Bogiem. Niegdyś jako muzułmanie modlili się kilka razy dziennie, ale nie mieli z Bogiem osobistego, intymnego kontaktu. Nie czuli się Jego dziećmi. Wśród dziewięćdziesięciu dziewięciu imion, którymi Koran obdarza Allaha, nie ma określenia Boga jako Ojca. Dopiero w chrześcijaństwie ich więź z Bogiem stała się zażyła. Odkryli Jego ojcowską, czułą i delikatną miłość.

Jeszcze jeden wątek pojawiał się we wszystkich wypowiedziach. Mówili: „odkryliśmy miłość między ludźmi, zobaczyliśmy, że wszyscy ludzie naprawdę są braćmi”. Chrystus nauczał swych uczniów, że znakiem rozpoznawczym chrześcijan będzie panująca między nimi miłość. Niedawni wyznawcy Allaha odnaleźli to w Kościele.

– W którym Kościele? – chciałem zapytać. Każdy, kto zna trochę niemiecki Kościół, przypomina sobie zapewne zimne, puste świątynie, z garstką starców, i te rozbudowane urzędy kościelne, pełne świeckich urzędników, którzy z niemiecką skrupulatnością wykonywaliby swe obowiązki, nawet gdyby miało się okazać, że Boga nie ma.

Żaden z nawróconych muzułmanów, których spotkałem, nie należał do Kościoła katolickiego. Wszyscy byli protestantami, ale nie tradycyjnymi – luteranami czy kalwinami, lecz wiernymi tzw. freien Kirchen, „wolnych Kościołów” o charakterze baptystycznym lub zielonoświątkowym.

Przez dwa miesiące moi znajomi poszukiwali w Niemczech konwertytów z islamu na chrześcijaństwo, nie znaleźli ani jednego katolika, za to wielu protestantów. U zachodnich sąsiadów zetknąłem się z protestanckimi instytucjami misyjnymi, których celem jest ewangelizacja właśnie wśród muzułmanów – zarówno w krajach islamskich (byłem w wytwórni kaset magnetofonowych i kaset wideo z chrześcijańskimi treściami, które przemycane są do różnych krajów), jak i pośród imigrantów w Europie (spotkałem grupę ewangelizacyjną, dzięki której w pewnym ośrodku dla azylantów w Bawarii nawróciło się 13 Irańczyków).

Dlaczego Kościół katolicki nie prowadzi takiej działalności? Pod Frankfurtem rozmawiałem z pewną osobą świecką zajmującą dość wysokie stanowisko w strukturach niemieckiego Kościoła. Powiedziała mi, że biskupi niemieccy postawili nie na misję, lecz na dialog. Był, co prawda, projekt powołania instytucji, która miałaby się zająć ewangelizowaniem wśród muzułmanów, zrezygnowano jednak z niego, obawiając się wywoływania napięć społecznych i zarzutów o prozelityzm.

Chrześcijanie z „wolnych Kościołów” nie mają takich dylematów: nie muszą słuchać episkopatu. Mówią mi, że słuchają tylko głosu powołania, a „duch dmie, kędy chce”.

Rozmawiałem z wieloma niemieckimi katolikami i protestantami. Ci z freien Kirchen mówili ciągle o Jezusie Chrystusie, Duchu Świętym i Ewangelii, katolicy najczęściej o otwartości, humanizmie i dialogu.

– Dialog teologiczny z muzułmanami tak naprawdę jest martwy – flamandzki benedyktyn o. Wilem de Smet, który spędził osiemnaście lat w Libanie, wyznał mi to, o czym głośno się raczej nie mówi. Jaki może być dialog, jeżeli w kościele można czytać Koran, ale w meczecie nie można czytać Biblii? Jaki może być dialog, jeżeli w chrześcijaństwie krytyczno–naukowa egzegeza Biblii jest popularyzowana, a w islamie podobna egzegeza Koranu jest surowo zabroniona?

Przypomniały mi się słowa, które usłyszał od pewnego islamskiego teologa francuski profesor Bruno Etienne, gdy próbował nawiązać dialog z muzułmanami: „Kiedy dwie religie stają naprzeciw siebie, to nie po to, żeby się porównywać czy wychwalać nawzajem, ale żeby walczyć ze sobą. Dlatego nigdy od nas nie usłyszycie, że szanujemy waszą religię. Szacunek dla innych religii z waszej strony jest tylko świadectwem, że zwątpiliście w słuszność własnej wiary. Zrezygnowaliście z narzucenia nam waszej wiary, ale my nigdy nie zrezygnujemy z szerzenia islamu”.

Szerzenie się islamu w Niemczech mogłem sam zaobserwować. Buduje się meczety, w przedszkolach i szkołach większych miast dominują dzieci tureckie, kurdyjskie czy arabskie. Święto narodowe Niemiec – 3 października – jest oficjalnie ogłoszone dniem otwartego meczetu, a obywatele są zachęcani, by w ramach dialogu odwiedzali muzułmańskie świątynie. Ogólnokrajowe centrum islamskie znajduje się w Akwizgranie. Kiedy przeciętny muzułmanin w Niemczech słyszy nazwę tego miasta, nie kojarzy jej z katedrą katolicką i grobowcem Karola Wielkiego, o których nic nie wie, lecz z twierdzą islamu w Europie.

Jednocześnie w Monachium rodzice tylko 5% noworodków decydują się na chrzest swych dzieci. W tej samej bawarskiej archidiecezji rozpatrywany jest obecnie plan zlikwidowania 500 z 700 istniejących parafii, ponieważ jest mało powołań i brakuje kapłanów. Wszystko to dzieje się w landzie, który uznawany jest powszechnie za najbardziej katolicki w całych Niemczech.

O tym wszystkim rozmyślałem, wracając do Polski. Po przekroczeniu granicy wstąpiłem po drodze do kościoła. Ksiądz odczytywał akurat list pasterski Episkopatu na temat dialogu. Czytał o ustanowionym przez polski Kościół Dniu Islamu.

Dialog w cieniu półksiężyca
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...