Diament

Zamieszkać w dojo. Niczego, co zbędne. Drewniana podłoga, równie wygodna i do ćwiczeń, i do spania. Do ćwiczeń prosty ubiór – dobok, karategi – nic, co miałoby cokolwiek wspólnego z kieszeniami, modą, czasem. Portret nauczyciela, a przed nim wazon z kwiatami. Na białym papierze kaligrafia z myślą mistrza. Jedną. Na całe życie. Jej sens przyjdzie sam po latach ciężkich i monotonnych ćwiczeń. Wtedy, gdy brakło sił, gdy umysł przestawał pracować, zrozumienie zbliżało się wraz z przekraczaniem kolejnych słabości. „Wszystkie egoistyczne żądze powinny być spalone w łagodzących płomieniach ciężkiego treningu” (Masutatsu Oyama). Nic więcej. Nic z nadzwyczajności. Zlany potem, z bolącymi pięściami, z piekącymi stopami, wsłuchuję się we własne ciało. Dudni serce. Powietrze odzyskuje swój smak. We mnie – wielka cisza.

Młody Las

Sztuki walki narodziły się w świątyni. W świątyni ciała.

Według legendy, przybyły do klasztoru Shaolin hinduski mnich Bodhidharma miał być zdruzgotany kondycją fizyczną chińskich mnichów. Mieszkańcy klasztoru nie mogli się skupić na wykładach. Nieporadni podczas podróży, często stawali się celem ataków grasujących na drogach rabusiów. Nadto zasypiali podczas medytacji. Jeśli chodzi o system ćwiczeń Bodhidharmy, do dziś nie ma pewności: bardziej medytacja w ruchu czy prawdziwy system walki? Nie wyjdziemy poza legendę, lecz rozmyślając o niej, musimy pamiętać o tym, że i Bodhidharma zasnął podczas medytacji. Rozzłoszczony wyrwał brwi i odrzucił je od siebie. W miejscu, gdzie upadły, wyrosła roślina, z której przyrządza się silny napój. Herbata. Przesłanie życia przybysza z Indii zdaje się proste: nie można ignorować ciała. Wysiłkiem woli sprawić, aby przez trud stało się posłuszne. Osiągnąć jedność ciała i umysłu. Jak wielką osobowością musiał być Bodhidharma, niech świadczy to, że nauczany przez niego buddyzm zen odcisnął swój wyraźny ślad we wszystkich sztukach walk – budo – Dalekiego Wschodu.

Tyle historii połączonej z legendą. Mnisi z klasztoru Shaolin w rzeczywistości nie stali się sławni dzięki swym niezwykłym umiejętnościom walki wręcz, ale dzięki mistrzowskiemu posługiwaniu się najprostszą bronią – kijem. Regularne ćwiczenia sprawiły, że mnisi walczyli znacznie lepiej niż przeciętni żołnierze cesarskiej armii; ich wartość bojowa przewyższała wartość bojową żołnierzy. Na początku VII wieku w pobliżu klasztoru starły się dwie armie; szalę zwycięstwa na korzyść jednej ze stron przechyliło nieoczekiwane przybycie i włączenie się do walk 13 mnichów z kijami. W roku 1553 czterdziestu mnichów z Shaolin uzbrojonych jedynie w kije pokonało nękających od lat wschodnie wybrzeże japońskich piratów. Walkę z bronią i bez niej ćwiczono zapewne równolegle, jednak to kije, nie gołe pięści zapisały mieszkańców Shaolin w kronikach. W XVI wieku umiejętność walki bez broni gwałtownie spadła. Być może przyczyniło się do tego zadowolenie mnichów z dobrej pozycji, jaką zdobył klasztor w cesarstwie. Niemniej mnich Jue Yuan wyruszył z klasztoru, chcąc poznać nowe techniki walki oraz metody treningowe.

Sława Shaolin opiera się w dużej mierze na legendach. Współcześnie wielu historyków i badaczy sztuk walk wskazuje, że poza klasztorem istniały znacznie bardziej efektywne systemy walk. Pomimo wszystko Shaolin pozostaje do dziś miejscem, do którego pielgrzymuje wielu pragnących poznać prawdziwe sztuki walki. Udajmy się tam wraz z jednym poszukiwaczy prawdziwego budo. Na dziedzińcu, gdzieś z dala od ciekawskich oczu, ćwiczy samotnie młody mnich. Jego ruchy nie przypominają niebezpiecznej gracji kungfu. Zapytany o ćwiczony styl walki, ociera ręką czoło i mówi: „To boks. Jest prostszy i bardziej skuteczny. Nie zabiera czasu”. No tak, nauka pełnego systemu walki praktykowanego w dawnym Shaolin zabierała, jak głosi legenda, około 18 lat.

Ciało – zwierciadło duszy

Ciało jako miejsce objawienia Boga.

Temat ciała w chrześcijaństwie pozostaje wciąż do przemyślenia. Niechętny lub podejrzliwy stosunek do ciała wskazuje, że Wcielenie jest dla uczniów Mistrza z Nazaretu wyzwaniem. Dlaczego nie stać się uczniem swojego – danego wszak od Boga – ciała? Wsłuchać się w jego mowę, jego możliwości i jego zmęczenie. Wszelkie możliwe niespodzianki: siła większa, niż się spodziewaliśmy, zrastanie się kości, odrastanie paznokci, prędkość biegu, wytrzymałość w marszu. Wszelkie możliwe niespodzianki: arytmia serca, migreny, nowotwory, hemoroidy.

Podobnie jak świat został dany człowiekowi i powierzony jego opiece oraz twórczemu przekształcaniu, zostało mu także podarowane ciało. I jeśli Bóg mówi przez przyrodę, to jeszcze wyraźniej mówi przez cielesność. Skąd zatem milczenie chrześcijaństwa w kwestii fizycznego aspektu człowieczeństwa? Nie zabrakło przecież śmiałości w zmienianiu świata, przekształcaniu go wedle własnych pomysłów. Nieraz uczyliśmy się na tragicznych błędach. Niektórzy uważają, że niczego się nie nauczyliśmy.

W chrześcijaństwie ze sfery cielesnej wyodrębniono jedynie sferę seksualną, sprowadzając człowieka do roli reproduktora. Nie spotykamy pozytywnego stosunku do „brata osiołka”, jak mawiał św. Franciszek. Ćwiczone postami ciało było groźne, bo nieznane, żyjące jakby oddzielnym życiem, życiem wbrew woli. To zastanawiające, że chrześcijaństwo, które powstało w świecie przenikniętym kulturą fizyczną Greków i Rzymian, nie zainteresowało się sportem. Przemilczanie tego tematu, a więc i odchodzenie od świadomego rozwijania cielesności człowieka, można próbować wytłumaczyć właśnie przesytem. Starożytny sportowiec miał stanąć na podium, zdobyć zaszczyty, uznanie świata. Wszystko to są wartości przemijające. Chrześcijanie mogli mieć dość stawianych im za wzór proporcjonalnych sylwetek, umięśnionych postaci. Ich reakcja była jednak zbyt impulsywna, zbyt skrajna. Jedynie dalekie echa zainteresowania sportem pierwszych chrześcijan znajdziemy w listach św. Pawła. Apostoł porównuje swoją wiarę do zapasów lub biegu; wysiłek uwieńczony jest laurem zwycięzcy.

Temat ciała pojawia się jakby mimochodem w starożytnych i średniowiecznych traktatach o modlitwie. Wskazywano, że ciało także bierze udział w modlitwie. Poglądy dotyczące postawy podczas modlitwy się zmieniały. Pierwsi chrześcijanie – aż do początków średniowiecza – modlili się, stojąc ze wzniesionymi w górę rękoma. Tertulian wskazywał, że klękać należy jedynie w dni powszednie na znak pokuty, zaś w dni świąteczne – niedziele, okres między Wielkanocą i Zielonymi Świątkami – należy się modlić, stojąc. Dopiero na przełomie XII i XIII wieku postawa modlenia się na obu kolanach upowszechnia się i staje dominująca. W XII wieku Piotr Kantor usprawiedliwił potrzebę włączenia ciała w modlitwę: „Gest ciała jest świadectwem i dowodem pobożności ducha. Postawa człowieka zewnętrznego informuje nas o pokorze i pragnieniu człowieka wewnętrznego”. Mimo to średniowieczny teolog traktował ciało jako dobre narzędzie do pracy, jaką jest modlitwa. Należy się nim posłużyć, aby wzmocnić intensywność modlitwy. Gesty – złożenie rąk, podniesienie ich lub rozłożenie na boki – mają wzmóc zaangażowanie modlącego się. Bardziej pogłębione spojrzenie zaproponował żyjący w XV wieku nadreński dominikanin Jan Nider. Uważał, że skoro ciało jest stworzone przez Boga, a więc samo w sobie dobre, skoro nadto Syn Boży przyjął ludzkie ciało, skoro w ciele (przemienionym) mamy zmartwychwstać, to jak najbardziej należy włączyć je w modlitwę. W średniowieczu nieujarzmiona do tej pory cielesność mogła się stać także miejscem spotkania z Bogiem. Człowiek został wreszcie odnaleziony, bo scalony. Średniowieczne traktaty wyróżniały na ogół sześć form modlitwy ciała. Trzy to postawy stojące. W pierwszej ręce złożone razem skierowane są w górę, w kolejnej – ręce rozłożone na boki, w trzeciej natomiast – ręce lekko ugięte, podniesione na wysokość twarzy. Czwarta postawa to postawa klęcząca. Piąta – leżenie krzyżem, przy czym ręce mogą być złączone lub rozłożone na boki. Ostatni już sposób to głęboki ukłon.

W liturgii, która określa sposób modlitwy, ciało zostało ograniczone ruchowo. Przyklęknięcie na jedno kolano, klęknięcie na dwa kolana, bicie się w piersi, przekazanie znaku pokoju, ukłony. Dzisiaj, gdy ktoś z wiernych rozłoży ręce podczas Modlitwy Pańskiej lub wyciągnie je przed siebie w trakcie modlitwy błagalnej, spotka się raczej ze zgorszeniem niż ze zrozumieniem.

Jedność

Gdy nie mogę się już modlić, krzyczy moje ciało.

Zapomniano o ciele. Przekornie można stwierdzić, że jedyne znane Kościołowi ćwiczenia to Ćwiczenia duchowe Ignacego Loyoli. Sztuki walki Dalekiego Wschodu nie służą poprawie muskulatury, rzeźbieniu sylwetki. Należy odróżnić je od sportów walki. Dyscypliny sportowe mają określone zasady i cel – zajęcie jak najwyższego miejsca na podium. Zmaganiom zawsze towarzyszy dążenie do zwycięstwa, osiągnięcia wyznaczonego minimum. Wytrzymać trzy, pięć, dwanaście rund, a każda z nich po półtorej lub trzy minuty. Są ochraniacze lub ich brak. Można uderzać w określony sposób, a inny jest zabroniony. Walczy się na punkty lub czeka na nokaut przeciwnika. Założenia sportowe wymuszają odpowiednie podejście do ćwiczeń, wybranie tego, co jest ważne. Sztuki walki natomiast rozwijają całościowo. Kształtują ciało, lecz jeszcze bardziej ducha. Wolne od mistycyzmu – Azjaci są bardziej pragmatyczni, niż nam się na ogół wydaje – stają się sposobem poszukiwania duchowej drogi. Jakiej? Podstawowej, czyli scalenia człowieka – ciała i umysłu – w jedność. Odzyskany niejako na nowo, adept budo podąża własną, właściwą mu drogą duchową. Sztuki walki nie są narzędziem misyjnym religii Dalekiego Wschodu.

Czy droga duchowości chrześcijańskiej i droga sztuki walki nie są sobie znacznie bliższe, niż nam się do tej pory wydawało?

Ćwiczenia duchowe – pisze Ignacy Loyola – mają na celu odniesienie zwycięstwa nad samym sobą i uporządkowanie swojego życia tak, by nie ulegać jakiemukolwiek nieuporządkowanemu przywiązaniu.

Pochodzący z innego kręgu kulturowego Gichin Funakoshi, uważany za ojca współczesnego karate, zdaje się mu wtórować:

Wewnętrznym celem karate – zauważa – jest ćwiczenie umysłu, mające na celu ukształtowanie uczciwej i prawej osobowości. Celem zewnętrznym jest nabycie wystarczającej siły fizycznej, by móc pokonać nawet najdzikszego zwierza. W prawdziwym karate umysł i technika stapiają się w jedno.

Walka

Ciało może się stać potężną bronią.

Sztuki walki są po to, aby walczyć. Rozumienie walki w dalekowschodnich sztukach bojowych daleko wykracza poza nasze „bicie się”. Karate ni sente nashi (karate nie uderza pierwsze) – miał powtarzać wielokrotnie Funakoshi. Każde starcie, wdanie się w bójkę jest już dla adepta budo porażką. Świadomość tego, co można zrobić drugiemu człowiekowi, jest porażająca. Istnieje lęk przed uderzeniem drugiego człowieka, który atakuje. Jeśli tylko można, należy unikać wszelkiej walki. W wypadku zagrożenia życia należy bronić siebie albo drugiej osoby. Należy jednak obronić także przeciwnika przed nim samym. Twórca aikido Morihei Ueshiba zakłada wykorzystanie ataku przeciwnika i pokierowanie nim w taki sposób – przez rzuty, dźwignie, uniki, a także ciosy – aby go nie zhańbić. W trakcie starcia z przeciwnika powinna wyparować agresja. Aikidoka już na samym początku walki bierze, niczym starszy brat, odpowiedzialność za atakującego. Postawa ta jest tak silnie wpisana w sztukę walki Ueshiby, że mówi się, iż nie ma aikido bez ataku. Funakoshi natomiast zawsze powtarzał, że starcie zaczyna się i kończy na bloku. Twardy blok ma ostudzić zapał przeciwnika. Nieoczekiwany ból uprzytamnia przeciwnikowi bezsensowność starcia.

Prawdziwa walka toczy się na płaszczyźnie duchowej. Biblia dostarcza wielu fascynujących obrazów. Jakub, Jonasz, Paweł… I Bóg może stać się przeciwnikiem. W sytuacjach granicznych nieraz rzucamy Mu całe swoje istnienie, kładziemy na szali nasze życie. Stajemy przed Nim zdesperowani, doprowadzeni na krawędź istnienia. Być lub nie być człowieka jest złożone w dłoniach Boga. Z tych walk, które stanowią konstrukcję naszego życia, budujemy samych siebie. Odwołujemy się do nich, to są nasze miejsca spotkania Boga. Składamy się z blizn, czyli z pamięci. Rany, zwłaszcza rany symboliczne, potwierdzają tożsamość. Być może dramatem naszych czasów jest to, że nie chcemy walczyć z Bogiem. W czasie walki krystalizuje się osobowość, nabieram sam dla siebie ostrości. Widzę wyraźniej; dostrzegam to, co było dotąd zakryte. Metropolita Anthony Bloom w swojej książce Odwaga modlitwy wspomina, że spotkanie Boga i człowieka jest zawsze niebezpieczne.

Nie bez powodu wschodnia tradycja buddyzmu zen nazywa miejsce takiego spotkania zasadzką tygrysa. Szukanie spotkania z Bogiem jest aktem zuchwałości, jeżeli mu nie towarzyszy głęboka pokora. Spotkanie z Bogiem jest zawsze kryzysem, a słowo to w języku greckim oznacza sąd 1.

Droga

Ciało jest tylko jedną z dróg duchowości.

W 1935 roku Funakoshi zmienia górny ideogram w nazwie praktykowanej sztuki walki. Znane do tej pory jako „chińska ręka” karate zyskuje nową nazwę – „pusta ręka”. Pomijając wpływ japońskiego nacjonalizmu oraz tego, że walka z Okinawy prowadzona jest bez użycia broni, nowa nazwa odsyła do bogatszych znaczeń. Pełna nazwa powinna brzmieć karatedo, czyli „droga pustej ręki”.

Nie poznasz człowieka, dopóki nie stoczysz z nim bitwy. Prawdziwym przeciwnikiem, moim jedynym wrogiem, jestem ja sam.

Podczas treningu ciało pokazuje prawdę o mnie. Albo raczej: zmęczone, wreszcie dochodzi do głosu, a ja jestem gotów słuchać. Mówi aż nadto wyraźnie: jesteś leniwy, oszukujesz, nie lubisz bólu, chcesz wygrywać. Wsłuchać się w ten głos idący z głębi. Nieoczekiwanie, w sposób zupełnie naturalny i spokojny, przyjmuję tę prawdę, że jestem scalony, poukładany. Intelekt nie wysuwa się na pierwszy plan i nawet on musi się zatrzymać i ukorzyć przed tą mową. Walka służy zawsze poznaniu. Nie poznaje więcej ten, kto zwycięża. Nasycony, odchodzi i więcej już nie szuka. Chociaż uczę się pokonywać i zwyciężać innych, budo wychodzi daleko poza rywalizację, prześciganie się w umiejętnościach. Nie można przyśpieszyć nauki. Ciało, a nieraz sam umysł, stawia opór. Walka wykracza poza zwycięstwo i porażkę. Jeśli czuję się przegrany, jest to przegrana mojego ego, mojego umysłu, który nie chce się uczyć.

W starciu uczę się najwięcej o sobie. Opadają moje maski; nieprzydatne leżą u stóp, a ja się o nie potykam. Nie obroni mnie portret nauczyciela, kolor pasa, którym się przewiązuję, nazwa uprawianego stylu walki ani dyplom potwierdzający stopień umiejętności. Nawet jeśli jest to walka treningowa, dowiaduję się o sobie rzeczy ważnych. Że trzymam za nisko ręce w gardzie, że nie schodzę z linii ciosu, tylko uporczywie się cofam, aż wchodzę na ścianę, że poddaję się zbyt łatwo. A to oznacza konkretnie: nie strzegę najważniejszego, pełno we mnie strachu, jestem zadufany w swoje siły. „Poznaj swojego przeciwnika, a wygrasz, twój przeciwnik bowiem jest przede wszystkim istotą, która jest w tobie, a nie w drugim, który stoi naprzeciw ciebie” – mawiał Funakoshi.

Ojcowie Kościoła często podkreślali, że należy stanąć przed Bogiem w całkowitym ogołoceniu. Bez jakiejkolwiek wiedzy o Nim, bez jakichkolwiek wyobrażeń. Bóg jest zawsze Inny. Być może cała historia zmierzania człowieka do Boga to dzieje palenia za sobą mostów. Grzegorz z Nazjanzu ostrzegał, że nawet wiedza Kościoła o Bogu może stać się bożkiem. Nie ma Boga „wczorajszego”, Boga wykalkulowanego. Nie można Go oswoić. Mieć czysty umysł, czyste serce to wszystko, co potrzebne, aby Go oglądać i z Nim przebywać.

Zamieszkać w dojo

Sztuki walki mogą stać się narzędziami rozwoju duchowego. Ćwicząc ciało, biorąc je w karby posłuszeństwa, znacznie bardziej ćwiczę swojego ducha. Nie ma sztuk walki bez ukłonu. To podstawowa lekcja, którą przerabia tu każdy. Szacunek wobec człowieka. Ciągłe doskonalenie technik uzmysławia, jak piękne i tajemnicze, a zarazem jak niezwykle potężne jest ciało. To ciało, które po wytrenowaniu potrafi łamać deski i rozbijać cegły, jest jednocześnie kruche wobec przemijania. Zawsze jest ktoś lepszy. Szybszy, silniejszy, sprawniejszy. Monotonny trening można porównać do rozwoju duchowego. Na efekty trzeba czekać długo. Techniki, niby tak proste, wciąż pozostawiają wiele do życzenia. W chwilach załamań na duchu i chęci porzucenia wybranej drogi wskazówki mistrza Itosu są niezastąpioną pomocą.

Karate nie można nauczyć się w krótkim czasie i w łatwy sposób. Ten proces podobny jest do wędrującego stada krów, które idzie bardzo wolno. Jednak bez względu na to, jak wolno się porusza, ostatecznie przejdzie setki mil i w końcu dojdzie do celu.

Budo uczy dyscypliny, nadto pomaga zapanować nad sobą. Daje poczucie wiary we własne możliwości, wpajając jednocześnie wielką pokorę i jeszcze większą odpowiedzialność za zdobyte umiejętności. Dlatego podążający drogą budo jest zawsze podobny do mnicha. Jego celem jest pokonanie siebie, starego człowieka, który jeszcze w nim żyje. Zamieszkać w dojo, osiągnąć spokój serca.

* * *

Wstaję o świcie, wychodzę z domu. Osłonięty drzewami, w chłodzie poranka ćwiczę układy (poomse w taekwondo, kata w karate). Nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Sekwencje ruchów – blok, uderzenie, obrót ciała – które wyobrażają walkę z przeciwnikiem. Niektóre pochodzą z przeszłości tak odległej, że nikt nie próbuje nawet jej datować, inne zostały ułożone już w minionym wieku. Nie ma w nich dowolności. Zawierają w sobie twarde posłuszeństwo wobec przekazu formy. Niejednokrotnie dziwię się sam sobie, że nie chcę w nich nic zmieniać, a jedyne, czego pragnę, to poprawnie je wykonać. Na to potrzeba całego życia. Wyprostowana postawa, wzrok skierowany przed siebie, obniżony punkt ciężkości ciała. Ruchy proste, naturalne, zdecydowane. Każda forma ma swój rytm. Powtarzam tysiące razy, abym ten jeden raz nie musiał ich ponawiać. Blok, uderzenie, obrót ciała. Jasny umysł, który niczego nie pamięta i niczego nie pragnie. Przez chwilę jest doskonale pusty. Na jego dnie jaśnieje diament, wdzięczna pokora wobec Obecnego. Liturgia godzin ciała. 

1 Antoni Bloom, Odwaga modlitwy, tłum. Elżbieta Wolicka, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2004, s. 19.

Diament
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....