Dla radości, którą Mu obiecywano

Dla radości, którą Mu obiecywano

Sprawowanie Eucharystii, kiedy widzi się tak wielu z niej wyłączonych, jest nie tylko bolesnym przeżyciem, ale też pozornie zaprzecza owemu przygarnięciu przez Chrystusa poplątanej i nieuporządkowanej ludzkości, które jest najistotniejszym sensem Eucharystii.

W poprzednim tekście (Radości i smutki współczesnego kapłaństwa, „W drodze” 5/2003) udowadniałem, że istnieje wewnętrzna sprzeczność pomiędzy byciem księdzem i kaznodzieją, a pozostawaniem przez dłuższy czas w stanie demoralizacji. Nie możemy być przekonującymi głosicielami Dobrej Nowiny, jeżeli żyjemy przez lata w mroku. Radość jest częścią naszego powołania, ponieważ jest istotą powołania każdego człowieka. Możemy być smutni lub rozgniewani, ale uleganie demoralizacji niszczy istotę naszego życia. Przedstawiłem też krótko problem duchowości kapłaństwa, tak jak jest ono przeżywane w lokalnej społeczności. Zwróciłem uwagę na pewne sprawy, które mogą przyczyniać się do tego, że kapłan czuje się przygnębiony: trudności w przewodzeniu ludziom, słabość wspólnoty parafialnej czy też konieczność radzenia sobie dzień po dniu z porażkami i cierpieniem. Jak można radować się, stając w obliczu tego wszystkiego?

Dzisiaj chciałbym przyjrzeć się innej grupie zagadnień. Życie kapłana może koncentrować się na lokalnej społeczności, ale dla niej jest on również przedstawicielem Kościoła powszechnego. Niesie to z sobą pewne wyzwania i potencjalne powody demoralizacji. Jak może taki ksiądz głosić naukę Kościoła, skoro jest odległy od doświadczeń ludzi w nim żyjących? Jak może reprezentować wiernie Kościół, jeśli pewne deklaracje Magisterium są dla niego samego niewygodne? Jak może stanąć przed ludem Bożym z pewnością siebie i radością, jeśli jest świadomy, że ludzie ci czytają w mediach oskarżenia wysuwane przeciw Kościołowi? Chciałbym pokrótce omówić te sprawy w kolejności od łatwiejszych do trudniejszych i postawić pytanie, jak możemy stawić im czoło z radością. Życzcie mi powodzenia!

Między Scyllą i Charybdą

Jedną z przyczyn cierpienia, a nawet demoralizacji kapłanów może być fakt, że znajdują się oni między lokalną społecznością a Kościołem powszechnym. Większość księży silnie identyfikuje się ze swoją parafią. Sens kapłaństwa odnajdujemy w dzieleniu życia konkretnych ludzi. Dzielimy ich troski, radujemy się ich sukcesami, podtrzymujemy ich, gdy upadają, i karmimy się ich wiarą. Księża reprezentują również Kościół powszechny. Głoszenie kazań nie polega na dosiadaniu naszych koników czy propagowaniu naszych poglądów. Jesteśmy powołani, aby głosić Ewangelię i naukę Kościoła. I może się zdarzyć, że to, co głosimy, wyda się, niezrozumiałe i nierealistyczne, odległe od doświadczeń naszych parafian. Widzimy w ich oczach zmęczenie lub znudzenie.

Jest to najbardziej ewidentne w przypadku nauczania dotyczącego moralności lub życia seksualnego. Nauka Kościoła w sprawach etyki seksualnej jest jasna i nieugięta. Trudność polega na tym, że większość ludzi, których życie dzielimy, albo nie akceptuje tej nauki, albo uważa, że jest ona niemożliwa do zastosowania w życiu. W niektórych grupach społecznych i w wielu częściach świata ludzie nie przeżywają swojej seksualności w małżeństwie i w oczekiwaniu na potomstwo. Większość znanych mi młodych ludzi albo żyje z partnerami i używa środków antykoncepcyjnych, albo jest rozwiedziona lub pozostaje w kolejnym związku małżeńskim, albo są to homoseksualiści. Jak możemy jako księża wieść życie wśród ludzi i tworzyć społeczność, jeśli postrzega się nas jako przedstawicieli koncepcji moralności, której wielu ludzi nie akceptuje lub którą uważa za niemożliwą do wcielenia w życie? Nie interesuje mnie w tym momencie, czy nauczanie to jest prawdziwe, lecz jego niezrozumiałość dla większości ludzi. Możemy kochać moralne nauczanie Kościoła i wierzyć w nie głęboko, a mimo to nadal być demoralizowani poprzez przepaść rozpościerającą się między ideą głoszonej przez nas moralności a rzeczywistym życiem ludzi, z którymi i dla których żyjemy. Spójrzmy prawdzie w oczy; jeśli jesteśmy uczciwi, większość z nas przyzna, że będąc na miejscu tych ludzi, moglibyśmy znaleźć się w podobnej jak oni sytuacji. Przynajmniej jestem tego pewien co do siebie.

Istotą tego dylematu jest po części to, co zaprzecza idei kapłaństwa. Kapłaństwo Chrystusa zostało ukazane poprzez Jego umiłowanie tych, którzy znajdują się na krawędzi, pogrążonych w chaosie, grzeszników, błądzących, słabych i zagubionych. Sprawowanie Eucharystii, kiedy widzi się tak wielu z niej wyłączonych, jest nie tylko bolesnym przeżyciem, ale też pozornie zaprzecza owemu przygarnięciu przez Chrystusa poplątanej i nieuporządkowanej ludzkości, które jest najistotniejszym sensem Eucharystii. Oczywiście, istnieje rozwiązanie „duszpasterskie” polegające na „przymrużeniu oka”. Kiedy jednak stosujemy je jako drogę rozwiązania problemu umożliwiającą wielu ludziom powrót do Kościoła, trąci to porażką i strachem przed stanięciem twarzą w twarz z problemem.

Niektórzy teologowie moralni twierdzą, że przepaść między nauką Kościoła a postępowaniem ludzi od czasu soboru trydenckiego jest coraz większa. W średniowieczu teologię moralną pojmowano jako praktyczną mądrość i nierozerwalnie wiązano z doświadczeniem życiowym. Po reformacji pojawiła się potrzeba jasności i pewności, stała się więc ona dużo bardziej abstrakcyjna i oparta na dedukcji. Zaczęto przechodzić od ogólnych zasad do ogólnych wniosków, bez zwracania uwagi na to, jak właściwie żyją mężczyźni i kobiety. Dla św. Tomasza prawo naturalne było czymś, co należało odkryć nie tylko w Objawieniu, ale też poprzez doświadczenie. Po soborze trydenckim prawo naturalne ukazywano jako coś bardziej abstrakcyjnego i oczywistego. To doprowadziło do jeszcze większego rozziewu między wizją a rzeczywistością. Często obwinia się za taki stan rzeczy tryumf teologii moralnej autorstwa jezuitów, ale gdzież ja, przykładny dominikanin, śmiałbym obwiniać o cokolwiek naszych jezuickich przyjaciół!

Jak możemy bez demoralizacji, a nawet z radością, żyć zawieszeni między naszą koncepcją moralności, a świadomością tego, jak ludzie żyją w rzeczywistości? Tony Philpot opisuje, jak wiele lat temu poszedł na wykład kardynała Ratzingera w Cambridge. To był wspaniały i błyskotliwy wykład na temat ogólnych zasad moralnych. Jednak potem Tony wrócił do swojej parafii i do dzielnic, w których ludzie walczyli o przetrwanie, i to, o czym mówił kardynał, zupełnie nie przystawało do tamtej rzeczywistości. Tony opisuje swoją sytuację jako zawieszenie między tym, co ogólne, a tym, co szczególne, jako mediację między abstraktem i konkretem; tam właśnie powoływani są księża.

Niewygodnie jest zajmować przestrzeń między tym, co ogólne, a tym, co szczegółowe, między Scyllą a Charybdą. Niewygodnie jest należeć do świata ortodoksji, a jednocześnie spędzać tyle czasu tam, gdzie ortodoksji nie ma, i poświęcać temu tyle energii, i w istocie należeć również do tego drugiego świata. Tym, którzy przygotowują się do kapłaństwa świeckiego, powiedziałbym, że takie rozdarcie serca jest cechą charakterystyczną ich powołania i że skoro doświadczają takiego stanu, oznacza to, iż będą dobrymi księżmi 1

To jest pierwszy i właściwy krok, rozpoznanie naszego, kapłanów, miejsca. To miejsce „między Scyllą a Charybdą” jest przestrzenią, w której mamy wypełniać nasze powołanie. Sugerowałbym kolejny krok — w centrum naszej wiary jest Słowo, które stało się ciałem. Słowo nigdy nie może pozostać abstrakcyjne, odległe czy ogólnikowe. Słowo Ewangelii zawsze rodzi się na nowo, czy to w Anglii, Brazylii, czy w Rzymie. Jako kaznodzieje nie możemy głosić słowa w oderwaniu od rzeczywistości. Musimy starać się, aby Dobra Nowina narodziła się w społeczności, w której żyjemy, w jej własnym języku, w ramach panujących w niej struktur społecznych, przeżywanych przez nią zwycięstw i porażek, jej bogactwa i ubóstwa. Kaznodzieja odgrywa w tym procesie rolę akuszera. Zanurzony w kulturę swego ludu, wsłuchuje się w słowa Ewangelii i nauczania Kościoła i próbuje przenosić na swój grunt słowo Boże, po to, aby narodziło się na nowo tu i teraz, z niesłabnącą boską aktualnością.

Wspomniana przepaść między nauką Kościoła i doświadczeniem ludzi jest w istocie bolesna. Tu właśnie jesteśmy powołani, aby, jak mówi Tony, żyć z rozdartym sercem. Jednak pozostajemy na stanowisku, żeby mogło narodzić się nowe Słowo, żeby dramat wcielenia mógł rozegrać się na nowo w nas i przez nas. Aby tak się stało, musimy identyfikować się z tymi, którzy czują się wykluczeni z Kościoła, na przykład poprzez swoją „nieuregulowaną” sytuację. Naszą rolą jest wczuwać się w ich położenie, jeśli jeszcze tego nie uczyniliśmy, słyszeć ich uszami, widzieć ich oczami, czuć ich skórą; musimy w pewnym sensie być nimi. Następnie powinniśmy wraz z nimi zastanawiać się nad tym, co można powiedzieć. Bóg stał się człowiekiem i my też musimy. Życie w otchłani między tym, co abstrakcyjne, i tym, co rzeczywiste, jest bolesne, ale może to być ból narodzin. Jak wszyscy wiemy, po bólu przychodzi czas na radość. „Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat” (J 16,21).

Potrzebujemy wielu rzeczy, aby to wytrzymać i dotrwać do narodzin. Przede wszystkim pilnie potrzebujemy siebie nawzajem, potrzebujemy wsparcia ze strony naszych braci w kapłaństwie. Poruszamy się w obrębie dwóch silnych poczuć przynależności. Należymy do ludu, jesteśmy z niego. Należymy również do Kościoła powszechnego i reprezentujemy go. Możemy być wspierani w tym napięciu poprzez silne poczucie przynależności do siebie nawzajem. Ktoś mógłby pomyśleć o kapłanach jako o kościelnym Związku Akuszerek! Często wpadamy w pułapkę wysoce indywidualnego poczucia kapłaństwa: „To ja jestem proboszczem tej parafii; ja jej przewodzę i nie chcę, aby ktokolwiek inny mi w tym przeszkadzał, ani księża z sąsiednich parafii, ani biskup, ani Rzym”. Oczywiście, kapłan świecki musi być wystarczająco silny, aby radził sobie z wieloma sprawami sam. Jest człowiekiem, któremu nie wolno bać się samotności. Nie jestem pewien, czy sam mógłbym temu podołać. Potrzebuję społeczności, w przeciwnym razie natychmiast bym się ożenił! Jednak radzenie sobie w pojedynkę nie może uświęcać i usprawiedliwiać głębokiego indywidualizmu, nietykalnej samotności, źle pojętej samowystarczalności macho. Potrzebujemy siebie nawzajem, a nasze braterstwo z innymi kapłanami jest istotną częścią tego, czym jesteśmy, i utrzymuje w nas sens podwójnej przynależności: do lokalnej wspólnoty i do Kościoła powszechnego. Jak mówi dokument Pastores dabo vobis, „Kapłaństwo wyświęconych ma »formę radykalnie wspólnotową« i może być wykonywane wyłącznie jako »praca kolektywna«” (17). W dawnych czasach, kiedy miało przyjść na świat dziecko, kobiety ze wsi zbierały się wokół łóżka rodzącej, aby pomóc przy narodzinach. My również potrzebujemy wzajemnej pomocy we wcielaniu słowa Bożego tu i teraz.

Oznacza to również akceptację biskupa jako naszego brata. W Presbyterorum ordinis jest napisane, że biskup winien traktować kapłanów w swojej diecezji jak braci i przyjaciół. Tony Philpot podkreśla, że jeśli nasz stosunek do biskupa ma być prawdziwie braterski, oznacza to, iż nie tylko on traktuje nas jak braci, ale i my traktujemy go jak brata. Niektórzy księża nie chcą mieć w biskupie przyjaciela czy brata, gdyż narzuca to zbyt wielką bliskość. Jednym ona odpowiada, inni jej unikają. Niektórzy chcą traktować biskupa jak ojca, który rozwiąże ich problemy i rozgrzeszy ich z odpowiedzialności, jeżeli coś pójdzie źle. Jak pisze Tony:

Skoro Sobór mówi, że biskup musi traktować swoich księży jako braci i przyjaciół, to i oni muszą postępować w tym samym duchu. Posiadanie braci i przyjaciół nieodłącznie wiąże się z uwzględnianiem ich osobistych ograniczeń, z przyzwoleniem na popełnianie błędów i umożliwianiem pojednania. Dotyczy to obu stron 2

Musimy nauczyć się zdolności przywódczych, czyli stać się tymi, którzy stawiają pierwszy krok. Fakt, że biskup nie odnosi się do nas jak brat i przyjaciel, nie powinien nas powstrzymywać przed traktowaniem go w taki właśnie sposób. My także musimy się uczyć przewodzić, wychodzić naprzeciw biskupowi, ośmielić się zrobić pierwszy krok i zaoferować nasze braterstwo.

Życie w prawdzie

Prześledziłem dotąd, jak możemy sobie radzić z bólem życia w nieuchronnej przepaści między nauczaniem Kościoła a codziennym doświadczeniem naszych parafian, tym, co abstrakcyjne, i tym, co rzeczywiste i indywidualne. Uznałem, że ta przestrzeń może być miejscem narodzin Słowa, a zatem ból może stać się radością. Staje się to o wiele trudniejsze, jeśli zaczynamy wątpić w stosowność, słuszność, a nawet prawdziwość niektórych wypowiedzi Kościoła. Wiele osób — świeccy, księża i biskupi — z wielkim bólem przyjęło ogłoszenie encykliki Humanae vitae. To grozi nam głębszą demoralizacją. W jaki sposób możemy w takiej sytuacji pozostać lojalni wobec Kościoła, wobec doświadczenia naszych parafian i siebie samych? Jak napisał Donald Cozzens, wyzwaniem dla wielu ludzi jest „pozostanie wiernymi Kościołowi, a jednocześnie sobie samym” 3

Nadrzędnym zadaniem jest nie mówić nigdy tego, w czego prawdziwość sami nie wierzymy. Jak pisał kardynał Suhard, „jedną z pierwszych posług kapłańskich w świecie jest mówienie prawdy” 4 Do tego właśnie zaprasza nas Ojciec Święty w encyklice Veritatis splendor. W świecie złaknionym prawdy, a jednocześnie powątpiewającym w jej istnienie, Papież zaprasza nas do prawdomówności i do szacunku do wypowiadanych słów. Jeśli nasze słowa nie brzmią autentycznie, ludzie zauważą to od razu i przestaną nas szanować. Stracimy autorytet konieczny do głoszenia Ewangelii. Sami przestaniemy być wiarygodni, a autorytet Kościoła zostanie wystawiony na szwank. Co gorsza, możemy stracić szacunek do siebie i zaczniemy sobą pogardzać, co doprowadzi do prawdziwej demoralizacji. To, w jaki sposób mówimy prawdę, zależy od kontekstu. Zawsze należy postawić sobie pytanie o to, jak prawda zostanie odebrana. Sposób, w jaki mówimy kazania, różni się od sposobu przemawiania w trakcie konferencji prasowej, od konwersacji z przyjacielem przy drinku czy rozmowy z urzędnikiem Watykanu.

Dwa lata temu zostały opublikowane dzienniki o. Yves’a Congara z lat 1946–1956. Jest to jedna z najbardziej przepełnionych bólem książek, jakie kiedykolwiek czytałem. Człowiek o ogromnej inteligencji, wrażliwości i poczuciu honoru czuł się krzyżowany przez Urząd Nauczycielski Kościoła. Został uciszony, upokorzony oraz, najgorsza rzecz dla Francuza, zesłany do Anglii. Co dawało mu siłę w tych mrocznych dniach? Wiara, że prawda w końcu zwycięży. W środku kryzysu, w 1954 roku napisał:

Mówić prawdę. Zachowując rozsądek, bez zbędnego, prowokującego zgorszenia. Ale pozostać — i stawać się coraz bardziej i bardziej — autentycznym świadkiem tego, co prawdziwe 5

Wymagało to ogromnej cierpliwości, a cierpliwość dla uczniów św. Tomasza z Akwinu jest sercem nadziei. Potrzeba nam tej cierpliwej wytrwałości ludzi, którzy wierzą, że prawda w końcu się objawi. Wierzę, że mówienie prawdy wymaga dwóch cech: odwagi i pokory. Potrzebujemy odwagi, ponieważ mówienie prawdy nie zawsze jest mile widziane. Istnieje obawa przed dyskusją w Kościele, gdyż podejrzewamy, że jeżeli wyrazimy naszą odmienną opinię, autorytet Kościoła może zostać podważony. Jednak osobiście wierzę, że nic tak bardzo nie osłabia autorytetu Kościoła, jak podejrzewanie nas o brak wiary w to, co mówimy. Nic tak nie podważa wiarygodności naszego głoszenia, jak wrażenie, że jesteśmy ludźmi bojaźliwymi, obawiającymi się popełnić jakąś niestosowność. Gdzie jest wtedy parrhesia, odwaga głoszenia apostołów?

Mówienie prawdy wymaga też ogromnej pokory — nie wolno nam ukrywać prawdy, jak czynią to nasi adwersarze, ignoranci i bigoci. Możemy wnieść własny przyczynek do dyskusji jedynie wtedy, gdy wierzymy, że prawda zostanie objawiona nawet, jeżeli sami nie mamy racji. Zabieramy głos w dyskusji nie dlatego, że znamy odpowiedzi na pytania, ale dlatego, że chcemy przyczynić się do ich odkrycia. Trzeba nam wierzyć, że Duch Święty został naprawdę zesłany na Kościół, dlatego nie musimy się martwić, jeśli okaże się, że nie mamy racji. Lud Boży niełatwo zwieść na manowce. Mogę dorzucić coś od siebie, wierząc, że nawet, jeżeli jestem w błędzie, to i tak nic się strasznego z tego powodu nie stanie. Nie możemy głosić prawdy, jeśli będziemy się lękali nowych pomysłów, wypróbowywania szalonych hipotezę, by sprawdzić, dokąd nas zawiodą, ryzykowania nowych poglądów. Jeśli się nie radujemy — w pełnym znaczeniu słowa „radość” — tą wolnością, nie będzie nam dane zbliżyć się do tajemnicy Boga.

Istnieje kapłański sposób mówienia prawdy. Kapłaństwo Chrystusa pociąga za sobą przygarnięcie tego, co odległe, odmienne i stojące w opozycji do nas. Święty Paweł mówi, że Chrystus „jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur — wrogość” (Ef 2,14). Sposób mówienia prawdy musi leczyć i przełamywać podziały. Jest on przeciwstawny wobec tego, który czasem znajdujemy w mediach, a który polega na dążeniu do konfrontacji, agresywności, arogancji, mówieniu bez ogródek, na wytwarzaniu podziałów. Nasze mówienie prawdy może też spowodować, że znajdziemy się w konflikcie z innymi ludźmi lub może zostaniemy źle zrozumiani. Mimo to musimy zawsze kierować nasze słowa ku tym, z którymi się nie zgadzamy, nie demonizując ich, nigdy ich nie ośmieszając, w możliwie najlepszy sposób interpretując to, co mówią, i poszukując w tym prawdy.

Św. Tomasz z Akwinu pisał, że musimy jednakowo uważnie słuchać tych, z którymi się zgadzamy, jak i tych, z którymi się nie zgadzamy, i być wdzięczni jednym i drugim.

Musimy kochać zarówno tych, których opinie podzielamy, jak i tych, których opinie odrzucamy. Zarówno jedni, jak i drudzy napracowali się poszukując prawdy, i zarówno jedni, jak i drudzy pomogli nam ją odnaleźć 6

To kapłańskie mówienie prawdy z odwagą i pokorą przyniesie nam cierpienie. Ludzie będą starali się przyciągnąć nas do swego obozu albo oskarżą nas o zdradę Kościoła. Będziemy wynoszeni za życia na ołtarze albo szkalowani; obsadzani raz w rolach bohaterów, raz wrogów. Zamiast słuchać tego, co naprawdę mówimy, ludzie będą interpretować nasze słowa przez pryzmat swoich uprzedzeń. Będą pytać, czy mamy inklinacje lewicowe, czy jesteśmy prawicowcami, czy jesteśmy jednymi z nich, czy też należymy do wrogiego obozu, czy jesteśmy ortodoksami, ludźmi niezachwianymi, czy też mamy wątpliwości. To wszystko może stanowić pokusę do zachowania milczenia. Dlaczego właściwie mielibyśmy ponosić ryzyko? Może ktoś inny odważy się mówić. Jednak w Piśmie św. miejscem milczenia jest grób, a nam nie wolno dać się pochłonąć ciszy grobu. Głosimy zmartwychwstałego Pana, który pokonał ciszę grobu, i dlatego nie wolno nam milczeć.

Tym, co podtrzymywało o. Congara w okresie cierpienia, była nie tylko wiara w ostateczny triumf prawdy, ale też to, co on sam nazywał le fait des frčres, enfin: faktem istnienia braci. Przede wszystkim, mógł rozmawiać ze swoimi współbraćmi i przyjaciółmi, mając pewność, że zostanie przez nich wysłuchany nawet wtedy, gdy nie będą się z nim zgadzali. W Kościele mamy obecnie pilną potrzebę stworzenia miejsc, w których moglibyśmy ze sobą rozmawiać i wsłuchiwać się w siebie nawzajem, z ufnością i bez lęku. Potrzebujemy przestrzeni, w której moglibyśmy poszukiwać prawdy wspólnie z tymi, z którymi początkowo się nie zgadzamy. Potrzebujemy miejsc, w których moglibyśmy dzielić się z innymi naszymi najgłębszymi przekonaniami, bez zamartwiania się o to, czy są one poprawne, miejsc, w których moglibyśmy ośmielić się nie mieć racji, mając nadzieję, że ktoś dostrzeże małe ziarenko prawdy w naszych nieskładnie wyrażanych opiniach. „Prawda was wyzwoli”, mówi Pan. Potrzebujemy więc przestrzeni, w której moglibyśmy swobodnie poszukiwać prawdy.

Wiele słów krytyki pada pod adresem synodów biskupów, na których mało jest miejsca na pogłębiony dialog, o czym sam wiem jako uczestnik spotkań trzech synodów. Jednak zawsze najłatwiej jest krytykować innych, zwłaszcza przełożonych. Powinniśmy raczej zapytać, jakie przestrzenie swobodnej dyskusji możemy sami stworzyć w naszych własnych parafiach, dekanatach i diecezjach. Mówienie prawdy w miłości jest szalenie trudną sztuką, której część z nas musi się nauczyć. W jaki sposób możemy tworzyć kulturę mówienia prawdy tam, gdzie jesteśmy? Czy to, co naprawdę myślimy, ujawniamy tylko w rozmowie z tymi, którzy są z nami jednomyślni? Jakie możemy stworzyć przestrzenie rozmowy z tymi, którzy się z nami nie zgadzają?

Takie przestrzenie mogą w końcu stać się miejscami radości. Wiele z najprzyjemniejszych chwil spędziłem ze swoimi braćmi, smakując przyjemności różnicy poglądów i ciesząc się dyskusją. Istnieje radość wypływająca z braku przymusu posiadania słusznych poglądów. Jest nawet, zapożyczmy słowa z książki Jamesa Alisona, „radość bycia w błędzie”.

Zgorszenie

Zanim wyjechałem dziesięć lat temu z Anglii, jedną z moich największych przyjemności była nieśpieszna lektura gazet. Obecnie czynność ta wywołuje we mnie przygnębienie. Codziennie czytam oskarżenia pod adresem Kościoła. Jesteśmy obwiniani o przemilczanie losu Żydów podczas ostatniej wojny światowej i oskarżani o korupcję. Przede wszystkim zaś kapłani i zakonnicy są nieustannie oskarżani o nadużycia seksualne. Codziennie stawia się nas pod pręgierzem. Zarzuty tego typu wystarczająco trudno jest znieść, kiedy żyje się we wspólnocie, a cóż dopiero, kiedy mieszka się samemu. W jaki sposób można stanąć twarzą w twarz z ludźmi, odczuwając samemu wstyd i zastanawiając się, co myślą inni? Jak możemy znieść to wszystko z radością, a przynajmniej bez przygnębienia?

Musimy pogodzić się z tym wstydem. Jezus przyszedł powoływać grzeszników, a nie sprawiedliwych, i tu odniósł sukces! To jest właśnie zgorszenie Ewangelii — Bóg po dziś dzień wchodzi do domów prostytutek i celników. Kościół jest wprawdzie święty, lecz nie jest to świętość starotestamentowa, która opiera się na odizolowaniu od pogrążonych w grzechu. Jest to budząca zgorszenie świętość Chrystusa obejmującego ludzi nieczystych, niegodziwych, słabych, upadających i zmarłych. Ta solidarność z grzeszną ludzkością jest częścią naszego udziału w kapłaństwie Chrystusa.

W Wielki Piątek słyszymy słowa Izajasza:

[Mąż boleści był] wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego (52,3–4).

Mężne znoszenie wstydu zgorszenia i bycie obiektem wyrzutów za innych grzeszników jest, być może, naszym sposobem udziału w męce Chrystusa. Każde pokolenie ma swój własny udział w tej męce. Nasz polega na odczuwaniu wstydu w obliczu oskarżeń, zwłaszcza tych dotyczących nadużyć seksualnych. Bez wątpienia oznacza to przede wszystkim wyznanie naszych grzechów, wyjście do ofiar i zwrócenie się do nich z prośbą o przebaczenie. Czyż nie oznacza to jednak również stanięcia przy tych naszych braciach kapłanach, którzy dopuścili się grzechu, i wytrwania u ich boku w chwilach wystawienia na publiczny wstyd?

Mam wrażenie, że podczas spotkania w Dallas biskupi amerykańscy tak bardzo przytłoczeni byli wstydem związanym ze zgorszeniem, że wpadli w panikę i wyparli się grzeszników. Tak, jak Chrystus trwał u boku grzeszników, tak i my powinniśmy przy nich stanąć. Przeczytałem, że jeden z biskupów odrzucił możliwość zaskarżenia przez sąd diecezji, twierdząc, że księża są niezależnymi pracownikami! Miejscowa gazeta zapytała: „Czy Jezus też nazwałby się pracownikiem samodzielnym?”. Mamy niewątpliwie do czynienia z ohydnym zgorszeniem nadużyć. Byłoby zarazem czymś okropnym powiększanie tego zgorszenia poprzez odcięcie się Kościoła od osób, które się tych nadużyć dopuściły. Zdaję sobie sprawę z tego, że rodzi się w tym miejscu wiele ważkich pytań, na które nie mamy jasnych odpowiedzi; nie czas tu rozważać te kwestie. Jednak przynajmniej nie wpadajmy w panikę i nie wypierajmy się grzeszników. To może budzić zgorszenie, ale może to być zgorszenie ewangeliczne.

Zauważyłem bardzo ambiwalentny stosunek mediów do Kościoła. Z jednej strony stawia się oskarżenia, z drugiej okazuje szacunek. Papież przedstawiany jest jako wcielony liberał, a zarazem największy przywódca moralny na świecie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w Anglii Kościół cieszy się obecnie większym autorytetem aniżeli w jakimkolwiek innym okresie od reformacji. Jednocześnie dziennikarze skwapliwie korzystają z każdej nadarzającej się okazji, aby dyskredytować Kościół. Co tu się dzieje?

Możliwe, że w grę wchodzą dwa czynniki. Po pierwsze, nasze społeczeństwo z utęsknieniem wygląda przywództwa moralnego, ale jest to moralność faryzeuszy, przynajmniej tych opisanych przez Ewangelie. Ludzie tęsknią do kogoś, kto ustali im jednoznaczne normy moralne, i tego właśnie oczekują od Kościoła. Jednak widząc naszą małość i grzeszność, ulegają zgorszeniu, niczym faryzeusze. Ludzie pragną od nas przywództwa moralnego, ale nie zauważają, że w sercu chrześcijańskiej moralności jest przebaczenie i że Bóg wybiera sobie na swoich przyjaciół i sługi grupę targanych wątpliwościami i ulegających grzechom ludzi. Czy Kościołowi czasami wystarcza to, że poszukuje się w nim moralnego przywództwa, i nie oferuje ludziom tego, co jest istotą moralności chrześcijańskiej, a więc solidarności z grzesznikami? Czy sterroryzowano bądź skruszono nas, byśmy postępowali jak inni?

Jest jeszcze jeden rys tego dwuznacznego stosunku do Kościoła. Wielki supermarket, którym stał się nasz świat, potrafi rzekomo zaspokoić każde pragnienie ludzkiego serca. Wszystko, co można sobie zamarzyć, jest tu na sprzedaż. Na bieżąco są wymyślane coraz to nowe pragnienia mające usidlać konsumentów, nieustannie poszukujących ich zaspokojenia w wielkim supermarkecie. Jest w nas przecież tęsknota za czymś więcej, za niemożliwą radością, niewyobrażalnym szczęściem, którego nie da się kupić w tej czy innej sieci sklepów. Z pewnością do nieprzemijającej fascynacji Kościołem przyczynia się to, że był on zawsze i jest nieodmiennie domem dla tych, których porywa taka prowokująca radość. Trwała fascynacja naszego społeczeństwa ludźmi pokroju św. Franciszka z Asyżu czy Matki Teresy z Kalkuty oznacza, że nie wygasł w ludziach głód niezmierzonego szczęścia. W głębi serca wiemy, że na dłuższą metę supermarket jest nudny.

Jeśli święci się nie mylą, oznacza to, że radość wymaga od nas doświadczenia heroicznej przygody, co z kolei napawa nas lękiem. Wiemy, że przygoda ta wymaga od nas pozostawienia za sobą płytkiego zadowolenia supermarketu i wyruszenia w drogę. To rodzi duże obawy. Jak sądzę, dwuznaczny stosunek mediów do Kościoła bierze się po części z tego rozdwojenia: z jednej strony pragniemy wierzyć, że możliwa jest niepojęta, niewyobrażalna radość, a z drugiej boimy się ją odkryć. Jeśli to możliwe, musimy wyruszyć w tę bolesną podróż. Odczuwamy ogromną ulgę, odkrywając, że i święci mają swoje słabości. Nie musimy więc już ich słuchać! Co za ulga! Jean–Louis Bruguea, francuski biskup dominikanin, napisał, że pochodzi z kraju łączącego głęboką wiarę z zaciekłym antyklerykalizmem.

Niektórzy zachowują bardzo nieprzejednaną postawę wobec kapłanów i zakonników, uważając, że powinni oni dawać przykład i nie można tolerować żadnej ich słabości. Wyraża się zgorszenie każdą, najmniejszą ich winą, ale oczekuje się zarazem nieograniczonej wyrozumiałości dla własnych potknięć. Kapłani i zakonnicy są synonimem perfekcji, o której większość ludzi marzy, jednocześnie uważając ją za coś nieosiągalnego 7

Myślę, że w naszym społeczeństwie pokutuje marzenie o idealnej radości, za którą tęsknimy, lecz obawiamy się odkryć, iż jest ona niemożliwa. Właśnie to jest jeden z podstawowych powodów dwuznaczności postrzegania Kościoła.

W obliczu oskarżeń, wstydu i zgorszenia musimy w naszych sercach zachować marzenie o niemożliwej radości. Możemy również odczuć pokusę poddania się i szukania zadowolenia w przeciętności. Pamiętam, że kiedy wstąpiłem do zakonu w 1965 roku jako bardzo młody, dwudziestoletni człowiek, marzyłem o świętości, może nawet o zostaniu prawdziwym świętym. Z ogromną ulgą odkryłem, że u schyłku lat 60. była to idea raczej przestarzała. Wydawało się, że potrzeba bycia świętym świadczy o egoizmie i introwertyzmie. Ulgę poczułem dlatego, że zobaczyłem, iż jestem wolny od konieczności prowadzenia walki ze sobą o stanie się świętym. Jednakże takiego przekonania nie mogłem w sobie pielęgnować. Kaznodzieja musi ocierać się o tajemniczą radość, która poprzedza wejście do Królestwa. Marzenie o radości nie może być spełnione bez osobistej przemiany, dlatego za św. Augustynem powtarzam Bogu te słowa: „Uczyń mnie świętym, ale jeszcze nie teraz”. Jeżeli mamy udział nawet w niewielkiej części radości królestwa Bożego już teraz, zarazimy nią innych, będzie to najlepszym kazaniem, jakie moglibyśmy wygłosić. Odpowiedzią może być niedowierzanie, sceptycyzm i oskarżenia — tak było, gdy Jezus ucztował z prostytutkami i celnikami.

Nie traćcie wątku!

Starałem się przekonać was, że radość jest istotą powołania kapłańskiego. Istnieje wiele powodów, dla których możemy czuć się zdemoralizowani i od czasu do czasu wszyscy poddajemy się smutkowi. Jednak Ewangelia, którą mamy obowiązek głosić, przywraca nas na drogę radości. Ta droga budzi też smutek i gniew, nigdy jednak nie powoduje martwej, przytłaczającej depresji, która zaprzecza prawdziwemu znaczeniu naszego życia.

Jak możemy podtrzymywać i ożywiać radość? Przyjrzałem się pewnym wyzwaniom, przed którymi stajemy my, kapłani, identyfikując się z Kościołem powszechnym. Próbowałem, niezbyt udolnie, zasugerować, jak w konkretnych przypadkach możemy odkryć iskierki radości. Rozłam między nauczaniem Kościoła, przede wszystkim w kwestii moralności, a doświadczeniami naszego społeczeństwa jest tak wielki, że możemy czuć się obciążeni koniecznością głoszenia nauki, która może wydawać się odległa, niezrozumiała i nierealistyczna. Żyjemy w tym rozłamie z rozdartym sercem, ale może stać się to także miejscem narodzin Słowa, które stanie się ciałem w nowy sposób, od nowa wcieli się w nasz świecki świat. Narodziny są zawsze bolesne, ale w końcu radosne. Musimy mieć cierpliwość akuszerek plotkujących wokół łoża narodzin.

Jest wreszcie bardziej dotkliwy ból, kiedy niektórzy z nas mogą wątpić w słuszność niektórych oficjalnych deklaracji Kościoła. Jak możemy wtedy nauczać, zachowując wierność naszym ideom i nie tracąc wiarygodności? Należy stworzyć w Kościele przestrzeń do dialogu, gdzie wspólnie moglibyśmy na nowo odkrywać radość z poszukiwania prawdy, a nawet z faktu, że nie obawiamy się błądzić. Czujemy się upokorzeni i zawstydzeni oskarżeniami wysuwanymi przeciwko Kościołowi, który kochamy. Musimy ośmielić się być jak Chrystus, „który dla wystawionej sobie radości, podjął krzyż, wzgardziwszy sromotę, i usiadł na prawicy stolicy Bożej” (Hbr 12,2, cytat za Biblią Gdańską).

Jak możemy pielęgnować tę radość? Musimy trzymać się naszej myśli przewodniej, naszego wątku! Wywodzi się on z tego, w czym zostaliśmy ochrzczeni: z męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Jaką historię sobie opowiadamy? Jakim dramatem żyjemy? Czy jest to historia, która dopełnia się w radości? Jesteśmy członkami społeczeństwa, które żyje innymi historiami. W rzeczywistości społeczeństwo zachodnie u progu trzeciego tysiąclecia jest społeczeństwem, które przede wszystkim wprowadza na rynek historie. Stary świat kapitalizmu, który koncentrował się na produkcji i sprzedaży dóbr, odchodzi w przeszłość. Dzisiaj największy przemysł stanowi rozrywka, sprzedawanie dramatu w naszym nowym „społeczeństwie doznań” 8 Życie stało się rozrywką, a typową dla naszej kultury historią jest opera mydlaną. Wszystko zostało zamienione na niekończącą się operę mydlaną, którą stała się zachodnia kultura. Pojawianie się i upadek sławnych osobistości, skandale polityków, grzechy kleru; wszystko to przemieniło się w nieustanny serial, który stał się historią naszych czasów. Te dramaty kształtują naszą powszechną świadomość i obraz Kościoła. Nasze sukcesy i upadki stały się tylko częścią przemysłu rozrywkowego.

W tych historiach nie ma miejsca na poczucie ostatecznego przeznaczenia ludzkości. Nie ma już utopii; obecne społeczeństwo nie ma poczucia przyszłości. Żyjemy w teraźniejszości. Powiedziano, że

przyszłość kurczy się do krótkoterminowego przedłużenia teraźniejszości, przyszłość możemy wywieść z teraźniejszości, możemy ją ogarnąć i zaplanować 9

Jedyną historią zachowującą ważność na czas dłuższy, historią, która zaczyna kształtować naszą świadomość, jest historia planety. Nie jest to historia, która nadaje znaczenie ludzkiemu życiu. Jako kultura nie posiadamy historii ludzkości, która zachowywałaby ważność na dłuższy czas. Historia się skończyła. Opera mydlana jest typowa dla naszej epoki, ponieważ składa się na nią odcinek za odcinkiem, bez punktu kulminacyjnego, bez spełnienia.

Jeden z ojców pustyni siedział u wejścia do swojej chaty, kiedy zobaczył przechodzącego młodzieńca, śmiejącego się i żartującego. Wyraził swoje oburzenie: „Stajesz wobec sądu ostatecznego i ośmielasz się śmiać?”. Większość z nas postępuje dokładnie odwrotnie. Pozwalamy sobie na radość, ponieważ wiemy, że serial nie będzie trwać bez końca. Wszyscy jesteśmy uczestnikami historii, która jeśli Bóg pozwoli, doprowadzi nas do radości. Musimy trzymać się tego wątku.

Taka jest historia, która wyznacza porządek każdego roku liturgicznego. Wierzę, że potrzeba nam więcej. Musimy doskonalić nasze życie tak, aby zakosztować pokoju i radości królestwa Bożego już teraz. Potrzebujemy rytmu życia — tygodniowego, miesięcznego, rocznego — który pozwoli nam rozkwitać, a nie tylko przetrwać. W przeciwnym razie będziemy skłonni zdać się na to, co proponuje przemysł rozrywkowy i zaczniemy postrzegać nasze życie jako operę mydlaną — dzień po dniu, epizod po epizodzie, bez żadnego radosnego zakończenia. Nie wiem, czy ktoś z Państwa widział The Mysteries, południowoafrykańską realizację misterium. Sztuka przedstawia zdarzenia od stworzenia świata do zmartwychwstania. Pełno w niej śmiechu i szczerej radości, ponieważ opowiada prawdziwą historię.

Często lud Boży pielęgnuje to właśnie wspomnienie, kiedy istnieje niebezpieczeństwo, że o nim zapomnimy. Musimy też przypominać je sobie nawzajem. Kiedy Jezus idzie stanąć twarzą w twarz ze śmiercią, w obliczu porażki i przegranej, mówi do swoich uczniów: „To wam powiedziałem, abyście pokój we mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat!” (J 16,33). W obrębie wspólnoty chrześcijańskiej jesteśmy strażnikami tych słów wobec siebie nawzajem, tak abyśmy doznawali radości. W jaki sposób jako kapłani możemy pielęgnować to wspomnienie dla siebie nawzajem?

tłum. Marcin Turski

Rozważanie wygłoszone podczas konferencji kapłanów brytyjskich w Digby Stuart College w Roehampton.

1 Priesthood in Reality: Living the vocation of a diocesan priest in a changing world, Bury St Edmunds 1998, s. 88. 
2 Ibidem, s. 59. 
3 Changing Face of Priesthood, s. 15. 
4 Ibidem.
5 Journal d’un théologien 1946–1956, pod red. É. Fouilloux, Paryż 2000, s. 271.
6 Komentarz do metafizyki Arystotelesa.
7 L’éternité si proche, Conférence du Caręme 1995 ŕ Notre Dame de Paris, Paryż 1995, s. 140. Tłumaczenie TR.
8 C. F. Jeremy Rifkin, The Age of Access: How the shift from ownership to access is transforming modern life, Londyn 2000.
9 Richard Bauckham and Trevor Hart, Hope against Hope: Christian Eschatology in Contemporary Context, Londyn 1999, s. 26.

Dla radości, którą Mu obiecywano
Timothy Radcliffe OP

urodzony 22 sierpnia 1945 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii – dominikanin, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim, generał Zakonu Kaznodziejskiego (1992-2001).Święcenia kapłańskie przyjął w 19...