Do wszystkich!

„Błogosławieni, którzy…”, „szczęśliwi, którzy…”, „błogosławieni”, „szczęśliwi…” — z taką frazą, bo przecież makarioi znaczy i „błogosławieni”, i „szczęśliwi”, zwraca się do nas Pan Jezus. Jakże to inna tonacja od „nie będziesz…!” oraz „będziesz…!” — zapisanych na kamiennych tablicach.

Oczywiście, absurdem jest przeciwstawianie sobie Starego i Nowego Zakonu. Ten, który nie przyszedł znieść Prawa, ale je wypełnić (Mt 5,17), wielekroć mówił o tym otwarcie i całkowicie jednoznacznie. Nowe Prawo winno wypełnić Stare tchnieniem Ducha Świętego — nadać Staremu Przymierzu rozmach i dynamikę, uaktywnić twórcze możliwości tkwiące w każdym z nas i ukazać nam bezkresną perspektywę chrześcijańskiej miłości.

Inaczej mówiąc, Dekalog to pewien „program minimum”. Jest niezbędny, ale sam z siebie nie wystarcza do stworzenia żywej więzi pomiędzy człowiekiem a Chrystusem, dokładniej pomiędzy mną a Chrystusem. To, że w niedzielę chadzam do kościoła, że nie zabijam i nie cudzołożę, z pewnością nie jest jeszcze tytułem do chluby. Niestety, można formalnie wypełniać wszystkie dziesięć przykazań, lecz mimo tego pozostawać łajdakiem niewrażliwym na różne przejawy ludzkiej krzywdy, być bezdusznym rygorystą i egoistą. Optyka ośmiu błogosławieństw eliminuje taką ewentualność. Błogosławieństwa bowiem są orędziem Bożej miłości. Bóg ukazuje w nich człowiekowi perspektywę szczęścia i radości, których dla niego pragnie i które człowiek może realnie osiągnąć. Powtarzając osiem razy „błogosławieni”, Chrystus mówi do każdego z nas: „kocham”. Używa, co prawda, pewnego paradoksu, bo dziwna to droga do szczęścia, na której bywa się ubogim i płaczącym czy też smutnym i prześladowanym, ale w gruncie rzeczy nie ma w tym nic niezwykłego. Komunikacja Boga z ludźmi skazana jest przecież — spoglądając z naszej strony — na paradoksy. Są one naturalnym skutkiem przecinania się Nieskończonego z tym, co skończone, objawiania się tego, co Święte w naszym grzesznym świecie.

Chrystus powtarza nam „kocham”, mówiąc — „pragnę, byś doszedł do szczęścia”. Chrześcijaństwo zatem jest drogą ku szczęściu człowieka. To po prostu konsekwencja Bożej miłości. Gdy pobożna niewiasta Proba zapytała św. Augustyna: „O co powinnam się modlić?”, ten odpowiedział jej ora beatam vitam (módl się o życie szczęśliwe). Jak bowiem pisał Augustyn w Przeciw manichejczykom: „Wszyscy z pewnością chcemy wieść życie szczęśliwe. Każdy przedstawiciel rodzaju ludzkiego zgodziłby się z tym stwierdzeniem nawet nie do końca sformułowanym”.

Chrześcijaństwo — droga do szczęścia. To nie próba dostosowania nauczania Chrystusa do naszych czasów gloryfikujących sukces, przyjemność i samorealizację. Taka jest prawda Ewangelii. I nie jest to optymizm, a realizm. Prawdę tę jednak trzeba opatrzyć dwoma ważkimi komentarzami.

Primo, cały świat jest po grzechu pierworodnym. To znaczy, że owa droga do szczęścia nie jest łatwa. Częściej niż z przyjemnościami i radościami możemy na niej doznawać cierpień i poniżeń, odczuwać swe ogołocenie oraz poranienie. Znaczy to również, że jesteśmy słabi, że w naszej drodze bardzo potrzebujemy pokarmu ze stołu Słowa i stołu Chleba, które zastawia nam Duch Chrystusa we wspólnocie Kościoła.

Secundo, wiodące ku szczęściu Nowe Prawo ogłoszone przez Jezusa Chrystusa, nie jest zewnętrzną normą, lecz prawem wewnętrznym. Jest prawem wolności (Jk 1,25; 2,12). To również konsekwencja miłości, która nigdy nie unicestwia wolności. Bóg daje nam ją, abyśmy jako ludzie wolni mogli odpowiedzieć na Jego miłość. Dlatego Nowe Prawo to nie zbiór przepisów, ale raczej zespół latarni morskich umożliwiających nawigację, by dotrzeć do celu, albo też zestaw reflektorów oświetlających szlak, których snopy światła kończą się gdzieś w nieskończoności. Inaczej mówiąc, tak jak nawigacja jest swego rodzaju sztuką, tak jest nią też żeglowanie wedle Ducha wiejącego, kędy chce (J 3,8), czyli życie wedle Nowego Prawa, proklamowanego przez Jezusa Chrystusa. Każdy żeglarz wie dobrze — kontynuujmy jeszcze przez chwilę tę metaforę — jak ważne są rzetelne i dokładne mapy oraz podręczniki nawigacji. Stąd od pierwszych wieków aż po średniowiecze mnożyły się komentarze do ośmiu błogosławieństw, uznawanych słusznie za streszczenie Kazania na górze, o którym powiedziano z kolei, że jest streszczeniem Ewangelii. Pisali je w kolejnych stuleciach najwięksi, wielcy i bardzo przeciętni autorzy pobożnych ksiąg i podręczników teologii, po prostu tworzyli je wszyscy.

Nowożytność przynosi tu istotną zmianę. Rzecz jasna nie zapomniano o błogosławieństwach i Kazaniu na górze, ale czyż nie jest tak, że przeciętny chrześcijanin, aż po nasze czasy, dobrze zna treść zakazów i nakazów Dekalogu, a bardzo kiepsko pamięta treść i sens ośmiu błogosławieństw? Co więcej, to w nowożytności rozpowszechnił się pogląd — bardzo popularny także dzisiaj — że błogosławieństwa są przeznaczone dla „wybranych”, dla chrześcijańskiej elity, dla ewangelicznych radykałów, a „zwykłym” ludziom wystarczy przestrzeganie przykazań. Pogląd to absurdalny, fałszywy, niebezpieczny. Dobitnie dezawuuje go także sam Jezus. Przecież od początku do końca Kazania na górze towarzyszą mu wielkie tłumy (Mt 5,1; 8,1). Przecież po to Pan Jezus wychodzi na górę, by jego głos mógł dotrzeć do każdego, do wszystkich! Przecież Jezus, tak jak Mojżesz, wychodzi na górę i jako Chrystus ogłasza Nowe Prawo, które jest przeznaczone dla całego ludu! Przesłanie Kazania na górze jest przez samego Zbawiciela opatrzone jednoznaczną klauzulą: DO WSZYSTKICH! DO WSZYSTKICH! DO WSZYSTKICH!

Cóż więc się stało, że w ostatnich stuleciach tak znacząco przesunięto akcenty? Co sprawiło, że chrześcijanin końca XX wieku ma spore kłopoty z samym wyliczeniem ośmiu błogosławieństw?

Z pewnością przyczyn jest wiele, lecz główny powód leży u zarania nowożytności. To bowiem umasowienie chrześcijaństwa, które dopiero u schyłku średniowiecza naprawdę trafiło pod strzechy, połączone z pęknięciem kościelnej jedności oraz nowymi prądami w teologii, odrzucającymi optymizm oraz zaufanie do rozumu, tak powszechne u teologów złotych wieków średnich, postawiło w Kościele pytanie o „katolickie minimum”. Do kiedy jeszcze jestem katolikiem? Jaka winna być częstotliwość przystępowania do sakramentów, by nie posiadać ciężkiego grzechu? Od którego momentu i do kiedy muszę uczestniczyć we mszy świętej, by można uznać, że nie złamałem przykazania? — oto przykładowa seria pytań, na które nie tylko trzeba było znaleźć odpowiedzi, ale też potem nauczyć ich wszystkich wierzących. „Musisz spełnić katolickie minimum” — oto zadanie, jakie przed przeciętnym zjadaczem chleba przez ostatnie stulecia stawiali rekolekcjoniści i autorzy książeczek do nabożeństwa, kaznodzieje oraz spowiednicy. Słowo „musisz” przywracało perspektywę powinności, spełniania zakazów i nakazów. Wizja „katolickiego minimum” przywracała optykę Starego Prawa, nakazywała żeglować wzdłuż brzegowej linii, przy mieliznach. Niewiele było w niej miejsca na porywy Ducha, na — zgodny z Chrystusowym „płyń na głębię” (Łk 5,4) — trud żeglugi ku szczęściu.

Łatwo jest popełnić błąd anachronizmu, krytykując z dzisiejszej perspektywy małoduszność i redukcję chrześcijańskich aspiracji. Wystarczy jednak chwila głębszego namysłu, aby dostrzec, że pomiędzy misyjnym dążeniem, by dotrzeć do każdego człowieka, oraz oczekiwaniem, że każdy członek Kościoła będzie dążył do życia pełnią Ewangelii, istnieje nieusuwalne napięcie. Niełatwo było pewnie w chrześcijańskiej kulturze, w której — aż do naszych czasów — zanurzona była każda jednostka i wszystkie społeczności Europy, znaleźć rozwiązanie tego dylematu, jako że oba te cele stoją z sobą niejako w sprzeczności. Pewne jest jednak, że pytanie o „katolickie minimum” nader kiepsko jest ugruntowane w Ewangelii. Oczywiste jest także, iż — u progu nowego tysiąclecia — katolicki minimalizm nie oznacza rozcieńczania Dobrej Nowiny, lecz po prostu sprzeniewierzenie się orędziu Jezusa Chrystusa. Pewne jest wreszcie, że to przesłanie, zogniskowane w programie ośmiu błogosławieństw, jest skierowane do każdego z nas: DO WSZYSTKICH! DO WSZYSTKICH! DO WSZYSTKICH!

Wolno chyba domniemywać, że Jan Paweł II, wybierając błogosławieństwa jako motyw przewodni zbliżającej się pielgrzymki do Ojczyzny, pragnie nam przypomnieć i podkreślić konkretność oraz realizm opisu rzeczywistości zawartego w Kazaniu na górze, ukazując zarazem jego rozmach i piękno. Będzie chciał ów opis zaaplikować do polskiej sytuacji. Papież zatem dostarczy nam kolejną mapę ułatwiającą żeglugę pełnomorską, tę po głębinach. Przywiezie mapę pomagającą wykorzystać każde tchnienie Ducha, aby — odkrywając błogosławieństwo paradoksów „tragicznego optymizmu chrześcijaństwa” (Mounier) — dotrzeć do Tego, który jest Miłością, zawinąć do portu szczęśliwości.

Bardzo cieszę się, że ośmiu dominikanów, z którymi łączy mnie braterska przyjaźń, odpowiedziało na wezwanie Redakcji „W drodze” i krótko skomentowało każde z Chrystusowych błogosławieństw. Ich komentarze bardzo się między sobą różnią, wszak autor jednego z nich jest po siedemdziesiątce, innych paru ledwo po trzydziestce; jeden napisał rozchełstany duszpasterz, inny rasowy intelektualista, jeden wyszedł spod pióra wyrafinowanego estety, a inny spod pióra abnegata, autorem jeszcze innego tekstu jest profesor od lat stylizujący się na staruszka (lecz wciąż młodzieńczy duchem), a kolejnego były hippis. Jestem jednak głęboko przekonany — niech Czytelnik osądzi — że istnieje w tych tekstach podstawowa jedność i współbrzmienie, które płyną z naszej jedności w profesji, ze wspólnoty życia i modlitwy, gdyż — to ważna dominikańska cecha — szanując i ciesząc się ze swej różnorodności, pragniemy zawsze prawdę Bożą głosić wspólnie.

Do wszystkich!
Maciej Zięba OP

(ur. 6 września 1954 r. we Wrocławiu – 31 grudnia 2020 r. we Wrocławiu) – polski dominikanin, teolog, filozof, publicysta, badacz, znawca i popularyzator myśli Jana Pawła II oraz katolickiej nauki społecznej, założyciel i prezes...