Dobra Nowina dla każdego

Zrozumiałość Biblii, przystępność, komunikatywność – to tylko jedno skrzydło przekazu. Jest jeszcze drugie – Biblia musi przynajmniej od pewnego momentu rodzić w odbiorcy sprzeciw, bunt, wywoływać poczucie niezrozumienia, niezadowolenia.

Katarzyna Kolska, Mariusz Tabaczek OP: Kilka lat temu pedagog Beata Lasota wraz z grupą przyjaciół i młodzieży przełożyła Ewangelię św. Jana na młodzieżowy slang. Jezus został „gościem”, a apostołowie to „ekipa”. Jak Ojciec, jako biblista i tłumacz, reaguje na takie próby eksperymentowania z Pismem Świętym?

Piotr Włodyga OSB: Wydaje mi się, że istnieją granice eksperymentowania z czymkolwiek, także z przekładem Biblii. Jeżeli chodzi o wspominany przekład Ewangelii Janowej na slang młodzieżowy – to tekst ten mam na oku od jakiegoś czasu i raczej budzi on we mnie zaciekawienie samym slangiem, który jest odzwierciedleniem przeżyć tworzących go ludzi, niż przekazywaną treścią biblijną. Gdyby nie wcześniejsza znajomość Ewangelii św. Jana, nie wiedziałbym, o co w nim chodzi.

Czy jest to sposób na docieranie z Dobrą Nowiną do młodego człowieka?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nie jestem już młodym człowiekiem. Mam jednak poczucie, że to tak, jakby ktoś chciał za pomocą melodyjek z telefonów komórkowych zachęcać kogoś do rozmiłowania się w symfoniach Mozarta, suitach Bacha czy mazurkach Chopina. I tak, jak mam wątpliwości, co do słuszności tego sposobu, jeżeli chodzi o muzykę poważną, tak też mam wątpliwości, jeśli chodzi o przekłady slangowe jako sposób na dotarcie z Dobrą Nowiną do kogokolwiek. Wydaje mi się, że grozi to zbyt daleko idącym uproszczeniem i spłaszczeniem przekazywanego obrazu. A nawiązując do poprzedniej myśli o eksperymencie, mam poczucie, że to odbiorca staje się tutaj królikiem doświadczalnym.

Ale Beata Lasota, która podjęła się takiego tłumaczenia, przekonuje, że młodzież, z którą pracuje, nie sięgnie po tradycyjne tłumaczenie Biblii. Za to „Dobra czytanka” jest niejednokrotnie pretekstem, by do Biblii zajrzeć.

Jakoś te argumenty mnie nie przekonują, ale nie chciałbym dyskutować zaocznie z autorką przekładu, która pewnie włożyła w swoją pracę wiele trudu i talentu i w sumie dzięki temu jakoś „uliteraturyzowała” slang. Myślę, że pedagogika zna inne metody docierania do młodych. Człowiek, który nie bierze Biblii do rąk, nie robi tego wyłącznie z niechęci, ale dlatego że jeszcze nie przyszedł jego czas. Być może musi wcześniej znaleźć odpowiedź na kilka innych pytań odnośnie do Boga i wiary. Trudno mi np. sobie wyobrazić uczniów i nauczycieli, którzy na lekcji języka polskiego rozmawiają o Panu Tadeuszu, posługując się młodzieżowym slangiem. Wobec tego nie chce mi się też wierzyć, że Ewangelia wypowiedziana językiem hiphopu może być dla młodego człowieka bardziej dotykalna niż tradycyjny przekład. Ewangelia, podobnie jak Pan Tadeusz, Antygona, Wilk stepowy czy jakikolwiek inny utwór literacki, trafia do człowieka przez język, a nie poza językiem.

W chwili, gdy „Czytanka” ujrzała światło dzienne, Rada Języka Polskiego zaprotestowała. Czego dotyczył ten protest?

Rzeczywiście, był taki moment, kiedy Rada Języka Polskiego z większą uwagą zainteresowała się kilkoma ekscentrycznymi przekładami tekstów biblijnych. Wśród nich znalazła się Czytanka. Najbardziej zaskakujące było to, że wątpliwości i zastrzeżenia zgłosili głównie językoznawcy, a nie – jak można by się spodziewać – bibliści.

Bibliści wyrażali raczej zaciekawienie, graniczące niekiedy z niedowierzaniem, że w taki właśnie sposób można przekazać treści zawarte w Piśmie Świętym. Ich zastrzeżenia dotyczyły określenia „przekład”, pojawiającego się w odniesieniu do interesujących nas tekstów. Ponieważ omawiane przez nas wtedy wersje nie bazowały na oryginale biblijnym – hebrajskogreckoaramejskim – ale na współczesnym, nieco starszym przekładzie polskim, więc jako takie nie zasługiwały na miano przekładu.

Językoznawcy wytoczyli – obok zdziwienia – o wiele poważniejsze argumenty: zakwestionowali prawdziwość proponowanych wersji tekstu biblijnego.

Ich zdaniem tłumaczenia można dokonać jedynie z danego języka na inny język. Odmiana języka, gwara, narzecze czy slang jest jego częścią, a nie kompletnym językiem. Przekład musi uwzględniać nie tylko treść słów, ale także ich charakter: jeżeli tekst oryginalny pisany jest w języku literackim, przekład winien także się nim posługiwać, jeżeli oryginał posługuje się neologizmami, archaizmami, slangiem bądź gwarą, w przekładzie także powinno się to znaleźć. Nie można się ograniczać jedynie do znaczenia słów – trzeba brać pod uwagę także styl, gramatykę, manierę językową, jaką posłużono się w oryginale, a co za tym idzie oddać w tłumaczeniu nie tylko ładunek treściowy, ale także emocjonalny – nie tylko informację, ale także przeżycie. Oczywiście, są to bardzo wielkie i poważne wymagania, ale przecież mówimy o tekstach wielkich i poważnych.

Czy w takim razie możemy powiedzieć, że takie tłumaczenie Pisma Świętego nie jest natchnione?

To bardzo ważne i trzeba o tym przypomnieć – żaden, nawet najpiękniejszy czy najwierniejszy przekład Pisma Świętego nie jest natchniony w tym sensie, jaki przymiotnikowi „natchniony” nadaje teologia. Natchniony, czyli szczególnie dotknięty palcem samego Boga, jest tylko tekst oryginalny.

Roman Kempiński jest autorem rymowanych wierszy dla dzieci, w których opowiada wydarzenia zaczerpnięte z Biblii. Nie możemy tu oczywiście mówić o przekładzie, Biblia jest jedynie źródłem tematów, na kanwie których autor buduje wiersze. Czy zdaniem Ojca jest to dobry sposób na oswajanie dzieci z tematyką biblijną?

Jeżeli chodzi o pracę Romana Kempińskiego, rzecz ma się nieco inaczej, i w zasadzie nie znajduje się ona bezpośrednio w kręgu zainteresowania biblisty. Mamy tutaj do czynienia nie tyle z przekładem, ile z parafrazą tekstu biblijnego, i to parafrazą adresowaną do konkretnego odbiorcy, w tym przypadku do dziecka.

Oczywiście od razu nasuwa się analogia między rymowankami a Czytanką: trafić do odbiorcy z konkretną treścią, co trzeba rozumieć jako „zainteresować odbiorcę”, „zmniejszyć dystans między odbiorcą a nieznaną mu jeszcze treścią”. I na tym podobieństwa się kończą, a zaczynają różnice.

Pierwsza dotyczy języka. Kempiński posługuje się językiem prostym, ale jednocześnie literackim. Jest to język, którym mówią dorośli, który nikogo nie razi, jest wyraźny i zrozumiały, przez co tworzy u odbiorcy – u dziecka – skojarzenia z treścią. Czytanka w tym samym miejscu posługuje się slangiem, który z natury jest nierówny (raz precyzyjny, raz nie) i elitarny, czyli zrozumiały tylko dla pewnej grupy.

Druga różnica dotyczy formy: Kępiński stosuje rym i rytm, czyli bawi się językiem, przyciągając w ten sposób uwagę dziecka. W Czytance nie ma takich zabiegów, choć ona także skupia naszą uwagę poprzez zaskoczenie. Przy czym dziecko, czytając rymowankę, spotyka się z czymś nowym, a potencjalny odbiorca Czytanki – z czymś co dobrze zna.

Jest jeszcze jedna sprawa, na którą warto zwrócić uwagę: nikt nie daje małemu dziecku do przeczytania Wojny i pokoju, dlatego nie widzę też powodu, by kilkulatkowi serwować dorosłe i poważne przekłady Pisma Świętego.

W ubiegłym roku pojawił się w Polsce nowy przekład Pisma Świętego wydany przez księży paulistów. Jak mówią, jednym z powodów, dla których podjęli się tej pracy, było przygotowanie tłumaczenia możliwie najbardziej zrozumiałego dla współczesnego człowieka. Czy to oznacza, że Biblia stale musi być na nowo przekładana, by czytelnik czy słuchacz mogli bez problemu zrozumieć zawarte w niej treści?

Boom w naukach biblijnych nastąpił w latach 50. i 60. ubiegłego wieku, czyli w okresie przełomu w kościelnych badaniach biblijnych i de facto w „docenieniu” przez Kościół Katolicki Pisma Świętego. Przejawem tego były wciąż aktualne i inspirujące dokumenty II Soboru Watykańskiego, które w wielu miejscach wskazują na rolę i wagę Pisma Świętego w życiu Kościoła i poszczególnych wiernych. Pojawiały się kolejne przekłady – lepsze i gorsze – w całości bazujące na biblijnych tekstach oryginalnych. W tym samym okresie pojawiły się widoczne już dzisiaj z perspektywy półwiecza tendencje do maksymalnego unowocześniania i uwspółcześniania przekładu biblijnego. Skutkiem tego była na przykład rezygnacja z ogólnie znanych i lubianych archaizmów czy frazeologizmów biblijnych, a przynajmniej nieufność wobec nich. Dzisiaj, dzięki szeroko zakrojonym badaniom teoretycznym, widzimy rozwój w tym zakresie. Analiza filologiczna oryginalnych tekstów biblijnych pokazuje bowiem, że występowały w nich terminy i słowa, które już w momencie spisywania tekstu Pisma Świętego funkcjonowały jako archaizmy. Dlatego należy zachować je także w tłumaczeniach.

Jeżeli chodzi o Biblię Paulistów, trzeba pamiętać, że przekład to nie sztuka dla sztuki. Jest to raczej forma stawiania pytań o to, jak oddawać tekst oryginalny dzisiaj. Na przekład ma bowiem wpływ zarówno język, który się rozwija i zmienia, przesuwa punkty ciężkości, porzuca niektóre wyrażenia i słowa, a wybiera inne, ale też wiedza, którą w danym momencie dysponujemy na temat przekładanego tekstu. Biblia Paulistów ma być podsumowaniem tego, co obecnie wiemy na temat Pisma Świętego, okoliczności jego powstawania i języka, jakim aktualnie mówimy.

Każdy tłumacz ma w pamięci poszczególne wersy czy nawet całe fragmenty Biblii, które zna z wcześniejszych przekładów. Czy robiąc własne tłumaczenie, trudno jest się oderwać od zapamiętanych zwrotów, słów, zdań?

Każdy tłumacz pracuje w jakiejś tradycji biblijnej, czyli sposobie mówienia i wyrażania pewnych rzeczy. Z pewnością w imię obiektywności jest dla niego wyzwaniem zdystansowanie się wobec znanego już przekładu, zwłaszcza, kiedy jest to przekład lubiany. Ale też z drugiej strony konieczna jest wewnętrzna uczciwość chroniąca przed zmianami i innowacjami na siłę, tylko dlatego, żeby było inaczej. Tradycja niejednokrotnie podsuwa więcej ciekawych rozwiązań, niż się przypuszcza.

Brał Ojciec udział w tłumaczeniu Biblii Paulistów, więc pewno nie jest Ojcu łatwo obiektywnie spojrzeć na ten przekład. Zapytam jednak: czy zdaniem Ojca jest ona bardziej przystępna dla odbiorcy niż znana nam dotychczas Biblia Tysiąclecia?

Mówiąc żartem, trzeba przyznać, że Biblia Paulistów jest mniej przystępna niż większość wcześniejszych przekładów (może z wyjątkiem wielotomowej Biblii Poznańskiej i jeszcze bardziej wielotomowego komentarza KUL) ze względu na duży format. Nie zmieścimy jej ani do kieszeni, ani do torby czy małego plecaka. Mam nadzieję i niecierpliwie czekam na wydania w innych formatach, bardziej poręcznych.

Jeżeli chodzi o przekład Biblii Paulistów – jestem pod dużym wrażeniem stylu przekładu Pieśni nad Pieśniami. Mam taki zwyczaj, że ilekroć biorę do ręki nowe tłumaczenie Biblii, zawsze zaczynam od Pieśni nad Pieśniami; traktuję ją jako papierek lakmusowy jakości przekładu. Bardzo przemawia do mnie też jędrność języka Księgi Koheleta. Koheleta lubię od dawna i często do niego sięgam. Przekład z Biblii Paulistów przeczytałem jednym tchem, nie wstając z fotela. Wciągnął mnie i koniec. Bardzo świeżo brzmią listy św. Pawła. Słowem – przekład cieszy i wciąga.

Wydaje mi się, że można tutaj mówić o sukcesie współpracy biblistów i językoznawców. Można nawet zaryzykować twierdzenie – być może w przyszłości badania naukowe je zweryfikują – że Biblia Paulistów była pierwszym nowoczesnym przekładem, w którym tak duży udział mieli językoznawcy, i to językoznawcy zawodowo specjalizujący się w języku religijnym i biblijnym. Sito było bardzo gęste. Chodziło o to, aby przekład był możliwie najbardziej czytelny dla odbiorcy – zarówno jeśli chodzi o warstwę treściową, jak i emocjonalną. Mam nadzieję, że to się udało.

Na czytelność tłumaczenia zwraca też uwagę Papieska Komisja Biblijna, która zaleca, by powstające współcześnie przekłady Biblii były dostosowane do mentalności człowieka. Czy to, co zrobiła Beata Lasota, tłumacząc Biblię na slang młodzieżowy, nie jest właśnie odpowiedzią na wezwanie Komisji Biblijnej?

Ani Pan Jezus nie mówił slangiem, ani św. Jan nie pisał slangiem. Styl mówienia jest także stylem przeżywania. Na przykład słowo „zapodaj”, którego użyła Beata Lasota w przypowieści o Samarytance, nie istnieje w literackim języku polskim, stąd nie wiemy do końca, co ono oznacza. Posługuje się nim tylko określona grupa osób. Żaden młody człowiek nie powie w urzędzie: „zapodaj mi wizę do Stanów Zjednoczonych”. Użyje raczej języka, który jest powszechnie zrozumiały.

Dlatego pytanie o slang młodzieżowy wydaje mi się nie tyle pytaniem o szacunek do Biblii, ile o szacunek do człowieka, do którego mówi się tym językiem. Mam wątpliwości, czy posługiwanie się slangiem jest wyrazem szacunku do drugiej osoby.

Język, którym się posługujemy, podlega nieustannym zmianom, rozwija się, pojawiają się nowe słowa. Czy to oznacza, że za 10, 15 czy 20 lat będzie nam potrzebne kolejne tłumaczenie Biblii – bardziej współczesne, bardziej zrozumiałe dla odbiorcy, bardziej przystające do jego mentalności?

Prawdopodobnie w ciągu najbliższych kilkunastu lat będziemy musieli stawić czoło, także jeżeli chodzi o przekład biblijny, zjawisku nieciekawej płaskiej „demokratyzacji” wszystkiego, co istnieje. Zrozumiałość Biblii, przystępność, komunikatywność – to tylko jedno skrzydło przekazu. Jest jeszcze drugie – Biblia musi przynajmniej od pewnego momentu rodzić w odbiorcy sprzeciw, bunt, wywoływać poczucie niezrozumienia, niezadowolenia, a to już jest bardzo nie po linii wspomnianej demokratyzacji życia. Jeżeli rzeczywiście mam spotkać się z Bogiem, czytając na przykład opis powołania Mojżesza czy wizyty Jeremiasza u garncarza – to ten tekst musi mnie wyrzucić poza mnie, bo przecież Bóg, którego chcę spotkać, jest większy ode mnie. Jeżeli zawężymy pytania o przekład biblijny tylko i wyłącznie do komunikatywności w sensie płaskim, zaczniemy się kręcić w kółko. Ostatecznym miernikiem jakości przekładu Biblii nie jest jej komunikatywność, ale zdolność budowania komunii, a tutaj przekład Biblii zaczyna bardziej przypominać pisanie ikony, które wymaga nie tylko wiedzy, sprawności i umiejętności, ale także osobistego zaangażowania – powiedziałbym nawet: zranienia Biblią, wydania się na pastwę przeżyć, które towarzyszą czytaniu Biblii i jej przekładaniu. Co wcale nie jest obce każdemu, kto na poważnie Biblię czyta i się jej poddaje. Stąd chyba konieczność dokonywania nowych przekładów i udoskonalania już istniejących.

Dobra Nowina dla każdego
Piotr Włodyga OSB

benedyktyn, biblista, pisarz, członek Stowarzyszenia Biblistów Polskich....

Dobra Nowina dla każdego
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”.Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...

Dobra Nowina dla każdego
Mariusz Tabaczek OP

urodzony 15 sierpnia 1980 r. w Rzeszowie – polski dominikanin, uzyskał doktorat z teologii systematycznej i filozoficznej (Ph.D.) na Graduate Theological Union, Berkeley (CA), a wcześniej licencjat kościelny na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członek Instytut...