Dojrzewanie święta

Dojrzewanie święta

Jeana Vaniera można nazwać prorokiem naszych czasów. W dużej mierze dzięki niemu osoby niepełnosprawne znalazły należne im miejsce w społeczeństwie. Stało się to przez głoszone przez Vaniera przesłanie, że upośledzeni obdarowani są przez Boga i Stwórca pragnie, by mogli się dzielić z innymi. Z tej intuicji zrodziły się wspólnoty L’Arche – Arka oraz Wiara i Światło – niezwykły przykład dzielenia życia opiekunów i osób niepełnosprawnych.

Wojciech Prus OP: Chciałbym porozmawiać o świętowaniu. Czytając Pana książki, odnoszę wrażenie, że we wspólnocie Arki można się nauczyć, jak świętować. Dla wielu osób świętowanie pozostaje jednak czymś trudnym albo bardzo odległym. Spotykam takich, którzy mówią „nie lubię świąt”. Inni wspominają, że zwyczaje związane ze świętem, jak na przykład oprawa Bożego Narodzenia w Polsce, są tak wymagające i męczące, że nie mają potem sił na samo świętowanie, a uroczystości często kończą się kłótniami i konfliktami.

Jean Vanier: Świętowanie jest cechą charakterystyczną wspólnoty. Co świętujemy? Świętujemy fakt bycia razem. Jesteśmy tak bardzo szczęśliwi, że Pan Bóg nas połączył — to dlatego życie rodziny powinno skupiać się wokół świętowania. Rocznice, śluby, w pewien sposób także każdy posiłek to święto — jesteśmy szczęśliwi, że jesteśmy razem. Każde święto jest też swoistym dziękczynieniem za to, że Bóg połączył nas w tej właśnie wspólnocie. Rzeczywiście nie należy przesadzać z przygotowaniami do świętowania, ale nie można ich też lekceważyć. Gdyż święto to czas radości. Niektórzy podkreślają, że kiedy razem tańczymy, śpiewamy, uchodzi z nas agresja. W każdej wspólnocie — na pewno, jak wiesz, także w zakonie dominikanów — są ludzie, którzy doświadczają stanów napięcia emocjonalnego. Ale gdybyście razem tańczyli, razem się śmiali…

…przeczuwałem, że powie Pan o tańcu. Czytając w Pana książkach o świętowaniu, próbowałem wyobrazić sobie taniec we wspólnocie dominikańskiej, wśród braci. Jednak na razie to chyba niemożliwe…

Są inne sposoby. Trzeba wymyślić coś, dzięki czemu powiecie: jesteśmy szczęśliwi z faktu bycia razem. To Jezus nas połączył, wywodzimy się z różnych kultur, z różnych części Polski, mamy różne dary, ale wszyscy jesteśmy dominikanami. Na przykład Timothy Radcliff [poprzedni generał zakonu dominikańskiego — przyp. WP], ma bardzo silne poczucie radości z faktu bycia dominikaninem i potrafi je wyrazić.

W naszych wspólnotach Arki, z całą ich różnorodnością — gdyż należą do nich zarówno kobiety, jak i mężczyźni, osoby zdrowe oraz niepełnosprawne — jesteśmy przekonani, że w jakości świętowania objawia się jakość wspólnoty. We wspólnocie, która przestała świętować, ujawniają się nierozwiązane napięcia, konflikty, z którymi jej członkowie nie potrafią sobie poradzić. Jednym ze sposobów, w jaki wy, dominikanie, moglibyście świętować, jest uroczyste sprawowanie Eucharystii, nabożeństw, ale także czasami obchodzenie innych świąt, np. Bożego Narodzenia. W połączeniu z uroczystym posiłkiem i, być może, z opowiedzeniem przez każdego jakiejś historii. Proszę sobie wyobrazić święto u dominikanów, podczas którego każdy opowiada coś o swoim życiu.

Wspomina Pan w książkach, że droga dojrzewania do święta jest niekiedy długa. Nierozwiązane konflikty, niezaleczone rany sprawiają, że ewentualny taniec, śpiew stają się jeszcze trudniejsze do wyobrażenia. Ludzie czują się ogromnie skrępowani.

Być może podczas spotkań trzeba by zacząć mówić o tym, dlaczego cieszę się, że jestem dominikaninem. We wszystkich naszych wspólnotach cztery lata temu odbyła się seria spotkań, podczas których wszyscy odpowiadali na pytania: dlaczego jesteś we wspólnocie Arki? Dlaczego podoba ci się w niej? Dlaczego zostałeś we wspólnocie? Mamy około stu takich grup, to było bardzo piękne. W następnym roku odpowiadaliśmy na pytanie, dlaczego tak często jesteśmy niewierni. To było już dużo trudniejsze. W kolejnym roku pytanie brzmiało: co trzeba zrobić, by odnaleźć w sobie radość bycia we wspólnocie Arki? Praca została więc rozłożona na trzy kolejne lata. To było naprawdę piękne odrodzenie wszystkich naszych wspólnot.

W Kościele obchodzi się wiele rocznic, jubileuszy, ale dla uczestników są one często nudne i męczące. Dlaczego trzeba świętować rocznice?

Kiedy w naszej wspólnocie świętujemy jakąś rocznicę, np. urodziny, zbieramy się wszyscy wokół stołu i każdy z nas po kolei wstaje i mówi: „cieszę się, że jesteś we wspólnocie”. Tobie powiedziałbym na przykład: „Masz pewien dar i realizujesz go, pisząc dla wspólnoty dominikańskiej, ale jednocześnie często jesteś bardzo radosny, cieszę się, że tu jesteś”. Tak więc świętowanie to nie tylko podanie dobrego wina, to przede wszystkim skupienie się na osobie: „jestem naprawdę szczęśliwy, że tu jesteś”. Ostatnio obchodziliśmy pięćdziesiąte urodziny asystentki, która przybyła tu, mając dwadzieścia dwa lata. Zaprosiła na swoje święto ze czterdzieści kilka osób, pokazywała slajdy obrazujące różne momenty jej życia, a potem ona sama, ja, a także inne osoby mówiliśmy o radości z faktu, że należy do wspólnoty. Nie można tak naprawdę świętować, jeśli nie wykonało się wcześniej solidnej pracy w małych grupach, mówiąc: „jestem szczęśliwy, że jestem dominikaninem”. I dlaczego jestem szczęśliwy.

Świętowanie nie byłoby więc odpoczynkiem, ale raczej przygotowanym wcześniej spotkaniem. Pracować, żeby świętować?

Tak, trzeba przygotować się do świętowania — bez zbędnych szczegółów, ale jednak — trzeba wiedzieć, co będziemy robić. Na przykład: chcę wiedzieć, co lubisz jeść, byś podczas posiłku dostał to, co będzie ci smakowało.

W naszych wspólnotach, także wśród duchownych, obchodzić jakąś rocznicę lub inne święto oznacza często właśnie dobrze się najeść. Niekiedy brakuje jednak „tego czegoś” poza posiłkiem.

Chodzi o jakość wspólnego bycia. W naszej wspólnocie podczas obchodów Wielkiego Czwartku mamy taki zwyczaj, że każdy opowiada o drodze, którą przebył — od szpitala psychiatrycznego do wspólnoty i swojego asystenta, jak bardzo czuł się samotny i jak odnalazł się we wspólnocie. Wiele osób nie chce jednak w tym uczestniczyć, ma wiele wewnętrznych oporów.

To chyba bardzo silne zranienia?

Również głębokie poczucie winy, zranione poczucie własnej wartości. Nie dają sobie prawa do radości. Jest to też często kwestia wyznawanej doktryny, surowej duchowości, według której nie mamy prawa do doznawania i wyrażania naszej radości.

Przełożony wspólnoty musi wykazać się więc wielką delikatnością.

Osoby te trzeba otoczyć dużą troskliwością. Wszędzie możemy napotkać ludzi zamkniętych w sobie, nie można ich do niczego zmuszać. Tacy są, trzeba to uszanować.

Bardzo lubię Pana książkę o umywaniu nóg 1. We wszystkich wspólnotach Arki w Wielki Czwartek przeżywacie gest Jezusa, myjąc sobie nawzajem nogi. Dwa razy starałem się zaprosić do wykonania tego gestu wspólnoty świeckie — były to grupy należące do duszpasterstwa. Można powiedzieć, że z punktu widzenia duszpasterza zakończyło się to niepowodzeniem. Za każdym razem, kiedy zaczynaliśmy rozmawiać, czy chcemy tego gestu, wywiązywała się kilkugodzinna dyskusja, wiele osób płakało, wiele mówiło: „chciałbym, ale nie jesteśmy sobie wystarczająco bliscy”. Zastanawiałem się, dlaczego nie było to możliwe. Może za bardzo nie potrafiłem odczytać rytmu duchowego ludzi? A być może przyczyną są emocjonalne zranienia?

Naprawdę nie wiem. Zarówno w kobietach, jak i w mężczyznach tkwi głęboki lęk w stosunku do płci przeciwnej — np. mężczyźni często obawiają się umyć nogi kobiecie — pojawia się tu więc element naszej seksualności. Czasami słyszy się też głosy tradycjonalistów mówiących: czyżbyście chcieli ustanowić ósmy sakrament?

Myślę, że problem jest bardzo złożony. Ale nie rozumiem pewnego zjawiska. W niektórych wspólnotach podczas rekolekcji chcieliśmy wykonać gest umywania nóg, ale członkowie tych wspólnot nie chcieli umywać nóg sobie nawzajem. Nie wiem, dlaczego. Myślę, że to kwestia lęku przed zmianami, przed czymś nowym. Czy wprowadzanie takich nowości to pewien rytuał? Uważam, że są one niezbędne podczas spotkań ekumenicznych, gdyż wtedy nie możemy wspólnie odprawiać Eucharystii, nie możemy odmawiać razem różańca, podejmujemy więc nienaturalne działania, np. wspólne czytanie nieszporów. Tymczasem moglibyśmy jedni drugim umywać nogi. Gdy zostałem zaproszony na pewną konferencję episkopatu, zaproponowałem biskupom wzajemne umywanie nóg. Podzieliliśmy się na dwanaście dwudziestoosobowych grup — nie było to obowiązkowe, więc uczestniczyli tylko ci, którzy chcieli — wszyscy stali w kolejce i jeden po drugim podchodzili. Mówili mi później, że był to najważniejszy moment spotkania. Zrobiliśmy to również podczas Rady Ekumenicznej w Genewie. Proszę sobie wyobrazić biskupa prawosławnego umywającego nogi Amerykance — baptystce. To był niezwykły, naprawdę piękny widok!

Może mógłby to być ważny gest dla tych członków Kościoła katolickiego, którzy z różnych przyczyn — np. dlatego że żyją w związkach niesakramentalnych — nie mogą przystępować do komunii?

To już jest trudniejsze. Nie wiem, jak można by to zrobić. Podam jednak jeszcze inny przykład. We Francji pewien, blisko z nami związany kapłan, kiedy został biskupem, poprosił Konferencję Episkopatu o wykonanie gestu umywania nóg podczas obchodów Millennium. Poproszono księży o udział w tej ceremonii, ale tylko biskupi umywali nogi księżom, nigdy na odwrót (wtedy, kiedy my to robimy, każdy z uczestników podchodzi, ma umywane nogi, po czym umywa je następnej osobie). Było to dowodem na głębokie niezrozumienie tego gestu: biskupi mieli umywać nogi księżom, ale nie wyobrażali sobie, żeby księża mogli umywać nogi biskupom…

Bo to rzeczywiście bardzo trudne… W jednej z grup, o których wspomniałem, po długich dyskusjach jednak spotkaliśmy się wokół tego gestu. I kiedy kobieta zaczęła umywać mi nogi, coś we mnie wołało — jak to? Dlaczego?

Proponuję wykonanie gestu umywania nóg na każdych głoszonych przeze mnie rekolekcjach i prawie wszyscy twierdzą, że to najważniejszy moment. Odbywa się to w całkowitej ciszy. Robię zazwyczaj długie, mniej więcej półgodzinne wprowadzenie, aby wytłumaczyć sens tego gestu.

Gdy Jan Paweł II przyjechał do Toronto, prosiłem o zorganizowanie ceremonii umywania nóg z udziałem głów wszystkich Kościołów. Niestety, nie było to możliwe, gdyż Papież był już wtedy zbyt chory, nie mógł klęczeć. Ale jest to rodzaj ceremonii, w której na pewno wziąłby udział.

To prawda, Jan Paweł II lubił takie ceremonie.

Lubił gesty.

Ksiądz Henri Nouwen, autor ogromnie w Polsce popularny, odkrył piękno wspólnoty i święta właśnie w Arce. Na początku dziennika z pierwszego, rocznego pobytu we wspólnocie, zatytułowanego „Świt”, opowiada, jak pewna osoba przyjechała do niego przekazać Pana pozdrowienia. On jednak uparcie pytał, czy jest jeszcze inny powód odwiedzin. Sądził, że chce go prosić o wykład, konferencję, artykuł… Nie mógł sobie wyobrazić spotkania bez jakiejś konkretnej sprawy. A ona powtarzała, że przynosi pozdrowienia od Jeana Vaniera. Byliście przyjaciółmi z księdzem Nouwenem?

Tak, to był bardzo interesujący człowiek. I bardzo trudny. Miał ogromną potrzebę bycia kochanym. Miał jednocześnie wielki dar słowa. W swoich książkach wypowiadał słowa, które autentycznie wzruszały. Byliśmy silnie związani, spędził rok w mojej wspólnocie we Francji. Myślę, że jego książki budzą zainteresowanie, gdyż mówi w nich przez cały czas o sobie.

O swoim doświadczeniu.

Właśnie, o swoim doświadczeniu, o swoim poszukiwaniu przyjaźni. Jest w nim coś autentycznego, bardzo prawdziwego. Myślę, że to dlatego, iż ludzie piszą często, jak powinno być, on zaś pisał, jak jest.

Dotyczy to również owej historii z początku pobytu w Arce — obserwuję niekiedy to samo zjawisko u biskupów. Kiedy spotykam biskupa, zawsze mnie pyta: „O co chodzi?”. „Chciałbym po prostu być w komunii z Waszą Ekscelencją”. To ciekawe, ale oni nie wiedzą, jak zareagować na takie słowa, co z tym zrobić.

przeł. Katarzyna Milencka

1 Jean Vanier, Kochać aż do końca. Skandal umywania nóg, Wydawnictwo Znak, Kraków 2002.

Dojrzewanie święta
Jean Vanier

(ur. 10 września 1928 r. w Genewie, Szwajcaria – zm. 7 maja 2019 r. w Paryżu, Francja) – kanadyjski działacz społeczny i filantrop, doktor filozofii, organizator wspólnot religijnych L’Arche, w których opieką nad niepełnosprawnymi intelektualnie zajmują się dzielący z nimi ż...

Dojrzewanie święta
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...