Drabina Melchiora

Drabina Melchiora

Znalazłem go w kościele. Spoglądał w niebo przez dziurę w dachu. Może patrzył, a może się modlił. Musiał być bardzo zatopiony w tym obrazie, gdyż dopiero na dźwięk mojego głosu powrócił do rzeczywistości. Trzy dni temu msza, w czasie której uroczyście wprowadzono do kościoła plastikową figurę ojca Pio, zakończyła się oberwaniem dachu. To nie mógł być przypadek, że sufit runął na ołtarz akurat w chwili przybycia do niej najsławniejszego Stygmatyka.
– Co słychać, kochany panie Stanisławie? – spytał ciepło.
– A czy może być coś ważniejszego? – wskazałem ręką na dziurę.
– Pańskie życie, panie Staszku. Kościół bardziej się nim interesuje niż spróchniałym dachem.

Jego dobre oczy mówiły, że to nie tylko pobożny żart.
– Ksiądz powinien pracować w piarze naszego episkopatu. Wizerunek biskupów bardzo by się poprawił. Już mówiłem, że się ksiądz tu marnuje…
– Podobnie jak pan. Widocznie to nasze marnowanie tutaj ma głębszy sens.
– Ja ostatnio akurat zaznałem cudu.

Zostało Ci jeszcze 95% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się