Duch Święty czy masoni?

Duch Święty czy masoni?

Diagnoza stawiana przez tradycjonalistów brzmi: przed Soborem działo się bardzo dobrze, teraz, po Soborze, bardzo źle. Czy rzeczywiście życie liturgiczne przed Soborem było takie kwitnące? Jak wobec tego uzasadnić tak szybkie i dobre przyjęcie nowego rytu w całym Kościele, masowe tłumaczenia liturgii na języki narodowe, mrówczą pracę wielkiej rzeszy entuzjastów reformy?

Czuję się miłośnikiem Tradycji, a jednak nie popycha mnie to do powrotu do „starej” mszy i obrzędowości, mimo, że ją szanuję. Czuję raczej zobowiązany do tego, by, jak każe Konstytucja o Liturgii, było miejsce na „zdrową tradycję” i „uprawniony postęp”, co jest opowiedzeniem innymi słowy przypowieści o gospodarzu, który ze swego skarbca wydobywał rzeczy stare i nowe.

W czterechsetną rocznicę zakończenia Soboru Trydenckiego, 4 grudnia 1963 roku, zebrani w bazylice św. Piotra ojcowie Soboru Watykańskiego II poddali głosowaniu pierwszy dokument soborowy: Konstytucję o liturgii świętej. W głosowaniu uczestniczyło 2151 biskupów, 2147 było za, przeciw przyjęciu Konstytucji zaledwie 4. Znaczący jest sam fakt, że zaczęto właśnie od liturgii. W ten sposób Sobór uznał liturgię za najważniejszą — choć nie jedyną — przestrzeń życia Kościoła.

Konstytucja wyraźnie stwierdziła wolę dokonania reformy liturgii:

Aby lud chrześcijański pewniej czerpał ze świętej liturgii obfitsze łaski, święta Matka Kościół pragnie dokonać ogólnego odnowienia liturgii. Liturgia bowiem składa się z części niezmiennej, pochodzącej z ustanowienia Bożego, i z części podlegającej zmianom, które z biegiem lat mogą lub nawet powinny być zmienione, jeżeli wkradły się do nich elementy, które niezupełnie dobrze odpowiadają wewnętrznej naturze samej liturgii, albo jeżeli te części stały się mniej odpowiednie. To odnowienie ma polegać na takim układzie tekstów i obrzędów, aby one jaśniej wyrażały święte tajemnice, których są znakiem, i aby lud chrześcijański, o ile to możliwe, łatwo mógł je zrozumieć i uczestniczyć w nich w sposób pełny, czynny i społeczny. (nr 24)

Główne założenia reformy były następujące. Skoro liturgia jest szczytem i źródłem życia Kościoła, wszystko powinno z niej wypływać, wszystko powinno do niej wracać. Jako taka wymaga pełnego, świadomego, aktywnego uczestnictwa wiernych, uprawnionych do tego na mocy chrztu. Chwały Bożej nie można oddzielić od uświęcenia człowieka. W sprawowaniu rytów należy dbać o zachowanie istotowej jedności, a nie ścisłej jednakowości (nr 37–38). Zasadę tę należało brać pod uwagę przy układaniu obrzędów i rubryk. Nie musi być już tak, by wszyscy w Kościele identycznie sprawowali wszystko. Należy wszędzie starać się o „zdrową tradycję” i „uprawniony postęp” (nr 23). Konstytucja otworzyła drogę do używania języka narodowego (nr 36), podkreśliła wagę słowa Bożego proklamowanego w zgromadzeniu (nr 24), naciskała mocno na konieczność formacji liturgicznej kapłanów i świeckich.

Inne fragmenty Konstytucji rysowały kształt odnowionej celebracji. Obrzędy miały zostać uproszczone, przy zachowaniu ich istoty, aby odznaczały się „szlachetną prostotą”, miały być „krótkie i jasne bez niepotrzebnych powtórzeń, dostosowane do pojętności wiernych, aby na ogół nie potrzebowały wielu wyjaśnień”. Należało opuścić to wszystko, co z biegiem czasu stało się powtórzeniem, a jednocześnie przywrócić niektóre elementy stosownie do „pierwotnej tradycji Ojców Kościoła”. Struktura celebracji miała być klarowna i pokazywać wzajemny związek poszczególnych części (nr 34 i 50). Zgodnie z tymi założeniami dokonano reformy. Papież Paweł VI osobiście nadzorował jej wykonanie i — tak, jak to nakazywała konstytucja soborowa — każdy odnowiony ryt liturgiczny otrzymywał jego zatwierdzenie.

Reforma, jak to widać już z wyników głosowania nad Konstytucją o liturgii, spotkała się z dobrym, a niekiedy nawet entuzjastycznym przyjęciem. Byli — i są — jednak tacy, którzy krytycznie oceniają reformę. Zarzucają oni przede wszystkim to, że dokonano jej w przeciągu kilku zaledwie lat, podczas gdy ryty liturgiczne potrzebują czasu, by dobrze wzrastały. Innym zarzutem jest to, że reformy dokonano zza biurka, bez liczenia się z wrażliwością ludzi. To wszystko nie przesłoniło jednak krytykom prawdy, że ryty te, nawet jeśli nie pozbawione ułomności, zostały prawnie zatwierdzone przez najwyższy autorytet Kościoła i nie zawierają błędów doktrynalnych, że są zgodne z odwieczną i niezmienną wiarą Kościoła.

Reforma miała też od początku swoich nielicznych, ale zadeklarowanych przeciwników. Szczególnie ostro krytykowano nowy ryt mszy, zawarty w mszale promulgowanym przez Pawła VI. Uważano, że stary mszał (tzw. mszał Piusa V) jest lepszy, że nie należy go zmieniać, bo odzwierciedla on „mszę świętą wszechczasów”. Przeciwnicy zarzucali, że „nowy” ryt mszy zrywa z Tradycją, że zawiera nauczanie obce wierze katolickiej, albo wręcz, że zawiera elementy protestanckie czy protestantyzujące. Większość tych krytyków skupiła się wokół osoby arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, który po pewnym czasie założył Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, a w roku 1988, wyświęcając bez pozwolenia papieskiego dwu biskupów, naruszył poważnie prawo kościelne, dokonał aktu schizmy i popadł w ekskomunikę 1. Bractwo to istnieje również w Polsce i z jego nauczaniem można się spotkać stosunkowo łatwo, nawet w internecie, gdzie jest szczególnie aktywne. Zaznaczyć trzeba, że problemem dla członków Bractwa nie jest tylko sprawa liturgii, ale całe soborowe nauczanie o Kościele w świecie współczesnym, zwłaszcza o ekumenizmie i stosunku do religii niechrześcijańskich. Tutaj zajmiemy się jedynie niektórymi problemami związanymi z liturgią.

Należy zwrócić uwagę na sposób argumentacji tradycjonalistów. Założenie podstawowe jest następujące: zmiany w liturgii stały się źródłem upadku wiary i moralności w Kościele, zwłaszcza na tak zwanym Zachodzie. Nie należało nic zmieniać w liturgii, bo wszystko, co nowe, jest niedobre. Upadek wiary na Zachodzie jest jednym z głównych argumentów mających przekonać o niesłuszności dokonanych zmian. Charakterystyczne, że tradycjonaliści wydają się programowo nie zauważać głębokiej odnowy życia chrześcijańskiego w posoborowym Kościele, choćby na terenie Francji.

Diagnoza stawiana przez tradycjonalistów brzmi: przed Soborem działo się bardzo dobrze, teraz, po Soborze, bardzo źle. Winni są temu „masoni” i „liberałowie”, którzy wkręcili się na ławy konsultorów Soboru, a niektórym udało się nawet zostać kardynałami i arcybiskupami (taki zarzut wielokroć wysuwano pod adresem abpa Annibale Bugniniego, sekretarza watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego, będącego spiritus movens reformy liturgii). Taka interpretacja Soboru prowadzić musi do przekonania, że zbiorowy amok ogarnął biskupów i nawet samego papieża, tak że zaczęli niszczyć dzieło Boże. Czy w świetle takiej interpretacji da się jeszcze utrzymać wiarę (dogmatycznie ogłoszoną) o nieomylności papieża i o asystencji Ducha Świętego w Kościele? Nie dziwi, że M. Lefebvre w końcu doszedł do wniosku, że Jan Paweł II nie jest prawdziwym papieżem, czyli że Stolica Apostolska jest pusta (tzw. sedewakatyzm).

Czy rzeczywiście życie liturgiczne przed Soborem było takie kwitnące? Jak wobec tego uzasadnić tak szybkie i dobre przyjęcie nowego rytu w całym Kościele, masowe tłumaczenia liturgii na języki narodowe, mrówczą pracę wielkiej rzeszy entuzjastów reformy? Skąd wzięliby się ci wszyscy ludzie, gdyby odnajdywali się bez zastrzeżeń w starym rycie?

Bardziej umiarkowani powiedzą, że Sobór był dobry, ale po nim nastąpiły nadużycia w dziedzinie reformy liturgicznej przeprowadzonej z pogwałceniem zasad zawartych w Konstytucji Sacrosanctum concilium. Wystarczy jednak spokojna lektura tego dokumentu, aby każdy nieuprzedzony czytelnik zobaczył, że wszystkie główne elementy reformy zawarte są już w Konstytucji soborowej i w oczywisty sposób z niej wynikają.

Tradycjonaliści chętnie uciekają się do argumentacji wykazującej nadużycia dokonane w sferze liturgii po dokonaniu reformy. Zauważenia godna jest metodologiczna nieuczciwość, związana z taką argumentacją. Porównuje się bowiem idealną liturgię „potrydencką” i praktykę (a właściwie jej niechlubną część) realizacji reformy Pawła VI. Powinno się zaś porównywać albo oba rytuały same w sobie, albo też praktykę liturgiczną przed i po Soborze. Niewątpliwie recepcja odnowy liturgii była związana z nadużyciami. Czy jednak fakt istnienia nadużyć może wystawiać cenzurkę temu, co jest nadużywane? Nadużycia w liturgii były i wcześniej. Spotykały się one zawsze z jednoznaczną oceną papieży, jak to się dzieje i teraz. Jan Paweł II w liście apostolskim wydanym na 25 rocznicę ogłoszenia Konstytucji o Liturgii poświęcił temu problemowi sporo uwagi 2.

Przeciwnicy odnowionej liturgii poddali drobiazgowej krytyce mszał Pawła VI. I tak, sam fakt wprowadzenia nowego mszału jest dla nich niezgodny z papieskim nauczaniem. Tradycjonaliści argumentują tak: bulla papieża św. Piusa V, wprowadzająca „potrydencki” ryt mszy, zawierała słowa o tym, że ryt ten ma pozostać niezmienny po wieczne czasy. Zatem nie powinno się niczego w nim ruszać. Pominę tutaj łatwy do rozwiązania problem języka prawniczego. Wystarczy bowiem przypomnieć, że zmian w rytuale „potrydenckim” dokonało wielu papieży przed Pawłem VI. Przykładowo, św. Pius X, zresztą patron lefebvrowskiego bractwa, odnowił brewiarz, którego również dotyczyła wspomniana wyżej klauzula „niezmienialności”. Ten święty papież widział potrzebę dalszej jeszcze reformy liturgii i dał temu wyraz w słowach: „Zaprawdę wszystko to — według opinii ekspertów — wymaga wielkiej długotrwałej pracy; dlatego musi upłynąć wiele jeszcze lat, zanim ta, rzec można liturgiczna budowla… oczyszczona ze smutnych przejawów starzenia się, na nowo się ukaże w splendorze swojej godności i harmonii” 3. Inny poprzednik Soboru, Pius XII, wprowadził nowe wydanie Psałterza, złagodził zasady postu eucharystycznego i w daleko idący sposób zmienił obrzędy Triduum Paschalnego i całego Wielkiego Tygodnia. Dla tych papieży słowa bulli Piusa V nie oznaczały bynajmniej bezwzględnej nietykalności potrydenckiego mszału czy brewiarza. Nie słyszy się jednak, by tradycjonaliści atakowali któregokolwiek z wyżej wymienionych papieży za zmiany, których dokonali. Natomiast posądzanie adwersarza o złą wolę, herezję czy modernizm stanowią cechę charakterystyczną tradycjonalistycznych ataków na zreformowany po Soborze rytuał.

Chciałbym tutaj zająć stanowisko wobec dwóch problemów liturgicznych, szczególnie atakowanych przez tradycjonalistów. Są to: nowe usytuowanie ołtarza oraz wprowadzenie do liturgii języków narodowych. Nie chcę przy tym bronić tych rozwiązań jako najlepszych i koniecznych, ale jako będących w zgodności z Tradycją Kościoła i nie „heretyckich”.

Usytuowanie ołtarza

Ta najbardziej widoczna zmiana w posoborowej liturgii poddana została fali — niewybrednej często — krytyki ze strony tradycjonalistów. Krytyka owa charakteryzuje się kilkoma stałymi. Po pierwsze, mówi się, że nigdy w historii nie odprawiano „twarzą ku ludowi”, lecz zawsze była to celebracja „twarzą ku wschodowi”, ze względu na specjalne znaczenie wschodu we wczesnochrześcijańskiej tradycji, dla której modlitwa w tym kierunku była zwróceniem się ku Chrystusowi i oczekiwaniem Jego powtórnego przyjścia. Celebracja twarzą ku ludowi ma być w oczach tradycjonalistów przyznaniem racji Lutrowi, który taki sposób postulował, bo tak się zwracał Chrystus do uczniów podczas Ostatniej Wieczerzy. Co więcej, dla tradycjonalistów takie usytuowanie ołtarza zaprzecza ofiarniczemu charakterowi mszy i nadaje jej wymiar uczty.

Jest prawdą, że każda ortodoksyjna tradycja liturgiczna znała modlitwę ku wschodowi i że w przeważającej większości kościoły pierwotnego chrześcijaństwa były orientowane, to znaczy, że ich apsyda zwrócona była ku wschodowi. Znane były przypadki, w których kościół nie mógł być orientowany (jak na przykład bazyliki św Piotra czy św. Klemensa w Rzymie, których wejście, a nie apsyda, znajdowało się po stronie wschodniej). Wówczas celebrans zwracał się twarzą ku wschodowi, a więc w kierunku nawy, zamiast apsydy. Pytanie, jak wówczas stali wierni? Nie mamy tutaj pewności. Być może i oni również byli zwróceni ku wschodowi, jeśli prawdziwą okaże się hipoteza, że w pierwszych wiekach nawa główna była pusta, a wierni stali w nawach bocznych. Można więc z łatwością wyobrazić sobie zwrot wiernych ku wschodowi, który nie byłby odwróceniem się plecami do ołtarza. Jednak tutaj należy dokonać dwu ważnych zastrzeżeń. Po pierwsze, co do miejsca zajmowanego przez wiernych, mamy do czynienia z hipotezą liturgiczną. Po drugie, i ważniejsze, nawet jeśli hipoteza ta jest słuszna, tak działo się jeszcze w średniowieczu, jednak już nie po Soborze Trydenckim. Otóż wtedy właśnie stopniowo przestano orientować kościoły, zwłaszcza w miastach, gdzie coraz większą rolę odgrywało kryterium estetyczne, na przykład usytuowanie kościoła względem placu, przy którym stał. Za tym posunięciem nie poszła jednak orientacja modlitwy, jak by się tego można było spodziewać. Kościół barokowy z apsydą zwróconą na zachód ma ołtarz, przy którym nie można już odprawiać twarzą ku wschodowi (wyjątki się zdarzają, ale przede wszystkim w Rzymie. Tak jest np. u św. Piotra). I tak już od prawie 400 lat buduje się kościoły, gdzie kapłan, stojąc przy ołtarzu, nie zwraca się już na wschód. Prócz tego w starych rzymskich kościołach ustawionych za zachód, gdzie można odprawiać twarzą ku wschodowi, główna nawa napełnia się wiernymi, którzy w naturalny sposób zwracają się ku ołtarzowi, czyli ku zachodowi — i ku celebransowi. Należałoby o tym pamiętać, używając argumentu z „orientacji modlitwy”. Zmiana sposobu odprawiania na „twarzą do ludu” dokonała się w okresie, gdy symbolika wschodu nie przemawiała do świadomości wiernych od prawie 400 lat.

Poważniejszym zarzutem jest ten, który mówi, że zmiana sposobu celebracji spowodowała protestantyzację liturgii, zanik wiary w ofiarniczy charakter mszy. Zamiast tego ołtarz stał się stołem, ofiara zastąpiona została ucztą. Tak przynajmniej chcą to widzieć tradycjonaliści. Tymczasem zapominają, że chrześcijański ołtarz od zawsze ma formę stołu i tak się do dziś nazywa w tradycji bizantyjskiej: ta hagia trapeza — święty stół, co w niczym nie przeszkadza chrześcijanom wschodnich obrządków w wierze, że uczestniczą w prawdziwej ofierze Chrystusa. Tak samo dla średniowiecznej mistyczki Hildegardy z Bingen ołtarz był „życiodajnym stołem”.

Przeciwstawianie sobie uczty i ofiary nosi na sobie piętno polemik z czasów, gdy prawda o ofiarniczym charakterze Eucharystii została przez reformację zakwestionowana. Trzeba jednak pamiętać o tym, że postulat celebracji „ku ludowi” nie może być przypisany Lutrowi jako pierwszemu. O takim sposobie celebracji słyszymy już wcześniej, co przyznaje nawet tak niechętny tej posoborowej zmianie Klaus Gamber 4. Jest jednak ważniejsza sprawa. Samo przeciwstawienie jest błędem, bo posługuje się logiką „albo–albo”: albo ofiara, albo uczta. Taka logika jest całkowicie sprzeczna z katolickim (grecki termin katholikos pochodzi od słów kata — wedle i holos — całość) sposobem uprawiania teologii, który, gdzie tylko się to da uczynić bez uszczerbku dla integralności wiary, używa modelu „i–i”, broniącego pełni tajemnicy. A więc: i ofiara, i uczta.

To, że Eucharystia jest również ucztą, pokazują choćby teksty „przedsoborowego” mszału, takie jak choćby sekwencja na święto Bożego Ciała, która posługuje się terminologią związaną z posiłkiem, a przy końcu nazywa nas commensales: współbiesiadnikami, a dokładniej „towarzyszami stołu” Chrystusa. Słynna jest również średniowieczna antyfona, używana w liturgii Bożego Ciała, tak mówiąca o Eucharystii: „O święta uczto, na której pożywamy Chrystusa, odnawiamy pamięć Jego męki, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”. Za autora tego tekstu uważa się św. Tomasza z Akwinu. Przykłady można by mnożyć. W różnych epokach różne aspekty danej nauki były podkreślane, nie można jednak, akcentując jedne, zaprzeczać innym. Takie ustawienie sprawy niewiele ma wspólnego z katolickością.

Świadectwem zaś tego, że zwrócenie ołtarza „do ludu” nie musi oznaczać automatycznej utraty wiary w ofiarniczy charakter Eucharystii mogą być miliony katolików w Polsce i na całym świecie, którzy nadal wierzą, że msza jest ofiarą Chrystusa i Kościoła. Ustawienie ołtarza bynajmniej tej wiary nie zniszczyło.

Jaka była prawdziwa intencja zmiany ustawienia ołtarza? Przede wszystkim chodziło o to, by uczynić ołtarz punktem centralnym całej przestrzeni sakralnej, by uwolnić go od ciężkiej nastawy, przy której wyglądał niekiedy jak półka w bogato ozdobionej ścianie. Reforma liturgiczna chciała przez to podkreślić jego wyjątkowość, jaką ma jako miejsce uobecnienia się Ofiary Krzyża, stół Pański i „ośrodek dziękczynienia, które się spełnia przez sprawowanie Eucharystii” 5. Czy zawsze się udawało taki ołtarz postawić, żeby ten soborowy zamiar wyrażał? Na pewno nie. Nie jest jednak tak, że nie udało się to nigdzie i nigdy. A szacunek, jaki okazuje się w kościołach ołtarzowi, czy piękne ryty jego dedykacji pokazują wyraźnie wolę Kościoła, by ołtarz był otoczony czcią i szacunkiem wiernych. Wyjątkowo niesmaczne i bolesne jest w tym kontekście określanie posoborowego ołtarza jako „mebla”, a mszy przy nim sprawowanej jako „herezji biesiadnej”, co się niestety zdarza niektórym tradycjonalistom.

Wprowadzenie języków narodowych

Podstawowym zarzutem, jaki się wysuwa wobec wprowadzenia do liturgii języków narodowych, jest niezgodność tego posunięcia z postanowieniami Soboru Watykańskiego II. Przyjrzyjmy się więc odpowiedniemu tekstowi:

KL 36. § 1. W obrzędach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego, poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe.

§ 2. Ponieważ jednak i we Mszy świętej, i przy sprawowaniu sakramentów, i w innych częściach liturgii użycie języka ojczystego nierzadko może być bardzo pożyteczne dla wiernych, można mu przyznać więcej miejsca, zwłaszcza w czytaniach i pouczeniach, w niektórych modlitwach i śpiewach, stosownie do zasad, które w tej dziedzinie ustala się szczegółowo w następnych rozdziałach.

§ 3. Przy zachowaniu tych zasad powzięcie decyzji o wprowadzeniu języka ojczystego i o jego zakresie należy do kompetencji kościelnej władzy terytorialnej, o której mowa w art. 22, § 2 [to znaczy konferencja episkopatu — przyp. mój], w wypadku zaś gdy sąsiednie okręgi używają tego samego języka — po zasięgnięciu także rady ich biskupów. Decyzja ta musi być zatwierdzona przez Stolicę Apostolską.

§ 4. Przekład tekstu łacińskiego na język ojczysty do użytku liturgicznego powinien być zatwierdzony przez kompetentną kościelną władzę terytorialną, wyżej wspomnianą.

Zasady wprowadzone przez Sobór są czytelne. Choć łacina pozostaje językiem kultu w rycie rzymskim, to jednak możliwe jest wprowadzenie doń języków narodowych. Wprowadzenie to podlega ścisłym normom. Po pierwsze, racją dlań jest pożytek dusz (§ 2). Po drugie, wprowadzenie języka narodowego i jego zakres należy do konferencji episkopatu, która to decyzja potrzebuje zatwierdzenia Stolicy Świętej. Po trzecie, przekłady nie są dowolne, ale muszą być zatwierdzone.

Sprawę wprowadzenia języków narodowych pozostawiono zaś konferencjom episkopatów. Nie była to żadna odgórna decyzja. Wszystkie episkopaty świata skorzystały z tej możliwości i to jak najpełniej. Trudno wobec tych faktów utrzymać tezę o odgórnym sterowaniu zmian w liturgii przez masonów czy kryptoprotestantów.

Twierdzeniu, że wprowadzenie języków narodowych jest sprzeczne z nauczaniem Soboru, sprzeciwia się również fakt, że pierwsze ruchy zajmujące się obroną łaciny w liturgii powstały zaledwie kilka miesięcy po ogłoszeniu Konstytucji o Liturgii 6. Pierwsze niesoborowe dokumenty regulujące wprowadzanie języków narodowych datują się zaś na lata 1964, 65 i 67. Obrońcy łaciny musieli więc z samego dokumentu soborowego rozumieć, „co się święci”.

Wysuwa się jeszcze inne powody, dla których należało utrzymać łacinę. Tradycjonaliści utrzymują, że głęboka cześć dla Boga wymaga specjalnego języka kultu, który chroni przed „reklamiarskim roztrąbieniem” tajemnic, wprowadzenie zaś języka narodowego powoduje utratę bojaźni Bożej, a więc i miłości Boga. Ponadto, łacina jest widzialnym znakiem jedności Kościoła. I jeszcze argument z realizacji reformy: wprowadzenie języka narodowego bynajmniej nie uczyniło wiernych bardziej obeznanymi ze sprawami wiary.

W tym kontekście pożyteczne będzie popatrzeć choćby w skrócie na historię tłumaczeń liturgicznych w chrześcijaństwie. W dziedzinie chrześcijańskiej celebracji liturgicznej bardzo ostrożnie należy używać twierdzenia „zawsze tak było”. Jest niewiele elementów celebracji, o których można tak powiedzieć. Otóż jednym z tych niewielu elementów jest sprawa tłumaczenia liturgii na języki narodowe. Tłumaczono bowiem, od kiedy greka przestała być językiem wspólnym chrześcijan. Pierwszym znanym sposobem było tłumaczenie symultaniczne, zwłaszcza gdy na liturgii obecni byli przedstawiciele wielu języków 7. Gdy Ewangelia dociera tam, gdzie nie zna się greki, bardzo szybko dokonuje się tłumaczenia liturgii. Dialekty koptyjskie wchodzą do liturgii przed 275 rokiem (św. Antoni Pustelnik nie znał greki, a jego nawrócenie zaczęło się od usłyszenia słów Ewangelii w kościele). W Etiopii wcześniejsza ewangelizacja z IV wieku pogłębiona została w wieku VI przez mnichów syryjskich. Powstało wówczas tłumaczenie liturgii na ghe’ez, ówczesny etiopski. Armenia miała liturgię we własnym języku już na przełomie IV i V wieku, dzięki staraniom katholikosa Sahaka. W Gruzji już w V lub najpóźniej VI wieku istniała liturgia w języku narodowym. Od św. Jana Chryzostoma dowiadujemy się, że Goci, nawróceni na chrześcijaństwo podczas pobytu na Bliskim Wschodzie¸ mieli liturgię w swoim języku, a co najmniej czytania 8.

Na Zachodzie, pierwszy po łacinie mówił Kościół w Afryce 9. Rzym na początku celebrował po grecku. Łacina stała się oficjalnym językiem Kościoła Rzymskiego dopiero od połowy IV wieku (za czasów papieża Damazego, 366–384 r.), jednak wiele wskazuje na to, że zmiana ta rozpoczęła się już w III wieku, w miarę jak zmieniał się skład narodowościowy rzymskiej wspólnoty chrześcijan. Jednocześnie były w Rzymie wspólnoty mówiące, a stąd też celebrujące liturgię po grecku.

Działalność misjonarska Wschodu i Zachodu w naturalny sposób owocuje liturgiami w językach narodów ewangelizowanych. Wystarczy przytoczyć misję Cyryla i Metodego, którzy w IX wieku z papieskim błogosławieństwem wprowadzali liturgię w języku słowiańskim. Pod wpływem dominikanów w XIV–XV wieku dokonano tłumaczeń liturgii rzymskiej na grecki i armeński. Pod wpływem teatynów tłumaczono liturgię rzymską na gruziński (1631), arabski (1624), syryjski (1716), etiopski (1639). Franciszkanin Giovanni de Montecorvino otrzymał w 1305 roku pozwolenie nawet na przetłumaczenie słów modlitwy eucharystycznej (tam verba canonis quam praefationis) dla Mongołów.

Sobór Trydencki wcale nie zmienił tak drastycznie tej sytuacji, jak się to może wydawać. Podczas trwania obrad Soboru wcale nie dla wszystkich było jasne, że liturgię należy koniecznie odprawiać po łacinie (np. T. Campeggio, biskup Feltre, w roku 1546 mówił, że nie widzi powodu, dla którego byłoby nadużyciem używanie języka narodowego). Cytowany przez tradycjonalistów kanon 9 pochodzący z XXII sesji Soboru w roku 1562 brzmi: „Jeżeli ktoś twierdzi, że (…) należy Mszę odprawiać tylko w języku narodowym (…), niech będzie wyklęty”. Nie oznacza on jednak, iż nie wolno sprawować w językach narodowych, ale że nieprawdą jest jakoby tylko w językach narodowych można było odprawiać.

Po Soborze Trydenckim istnieją dość liczne przykłady używania języków narodowych w liturgii i to w Europie. Istnieje kompletny mszał po chorwacku z XVI wieku. Istnieje również oficjalne, przeznaczone do użytku liturgicznego, tłumaczenie rytuału rzymskiego na język chorwacki dokonane w roku 1640. Powodem tłumaczenia było to, że kler lokalny nie znał łaciny. Używano tego rytuału długo później, nawet wtedy, gdy poziom kleru się podniósł. Przedrukowano go w 1827 roku w Wenecji, a poprawiono pod względem językowym i wydano w Rzymie w roku 1893, następnie w Zagrzebiu w 1929. Nie ma w tym rytuale ani słowa po łacinie. 23 listopada 1932 roku Kongregacja Rytów zaaprobowała podobny rytuał w języku słoweńskim, na mocy pozwolenia wydanego przez Benedykta XV z datą 17 kwietnia 1921 roku. Istnieje ponadto w dialekcie dalmatyńskim księga zawierająca lekcjonarz na niedziele, święta, sekwencje, błogosławieństwa okolicznościowe i inne modlitwy. Były dwie edycje tej księgi: rzymska w 1840 roku i w Rjeka w 1880. W Chorwacji istniał rytuał dla metropolii Sarajewo (Graz, 1887). Tekst jest łaciński, ale duża część jest dwujęzyczna (łacińska i chorwacka). Podobnego rytuału używał kler rzymski w Serbii, podobnie w Czechach.

Okazuje się więc, że od zasady utrzymania łaciny jako języka kultu były wyjątki i to całkiem liczne. Jak widać, Stolica Święta nie miała problemu z uznaniem zasadności tłumaczenia tekstów liturgii. Pokazuje to, że papieże nie obawiali się w tych przypadkach ani utraty pobożności czy poczucia „sacrum” przez lud Boży, ani rozluźnienia więzi z papiestwem. Paradoksalnie, wielu obrońców łaciny w XX wieku tę łączność straciło przez przylgnięcie do schizmy abpa Lefebvre’a.

Warto na koniec przypomnieć sobie i to, że tajemnice wiary chrześcijańskiej są tak dalece tajemnicami, że nie muszą bać się zrozumiałych języków narodowych. Jeżeli bowiem tylko język ma bronić poczucia świętości sprawowanych tajemnic, to możemy dojść do paradoksu, że większy dostęp do nich ma niewierzący filolog klasyczny od nieznającej łaciny mniszki klasztoru kontemplacyjnego. Mądrze pisał Chesterton: „Prawdziwi mistycy nie ukrywają tajemnic, lecz je ujawniają. Ukazują tajemnicę w pełni światła, a gdy ją ujrzymy, nie przestaje być tajemnicą. Ale fałszywi mistycy ukrywają zawsze tajemnicę w mroku, a gdy ją odkryjemy, przekonujemy się, że to błahostka” 10. Misteria chrześcijańskie nie muszą bać się ujawnienia.

Trzydzieści sześć lat po opublikowaniu Konstytucji Sacrosanctum concilium wciąż trwa debata o reformie, o obecnym kształcie liturgii, o jej blaskach i cieniach. Dla jednych reforma nie doszła tak daleko, jak powinna, dla innych poszła stanowczo za daleko. Czytając teksty tradycjonalistów, w których prawda i rzeczywista troska miesza się z przesadzonymi, często histerycznymi głosami, a czasem wręcz z fałszem, można ulec swoistej panice. Czy naprawdę tylko samo zło wyniknęło z reformy soborowej? Czy czeka nas w Polsce ten sam kryzys, który dotknął Kościół na Zachodzie Europy? Czy odwrócenie ołtarza twarzą do ludu zachwiało wiarą w ofiarniczy charakter mszy? Czy wprowadzenie języka narodowego zniszczyło poczucie świętości i misterium? Pozwolę sobie odpowiedzieć głosem osobistym. Zdałem sobie sprawę, że ja sam i moja wiara są odpowiedzią na te pytania. Zostałem wychowany po Soborze, w liturgii w języku narodowym i przy ołtarzu twarzą do ludu. Niemniej wierzę mocno w to, że msza jest ofiarą, ale nie zaprzeczam, że jest również ucztą. Jest ona dla mnie Najświętszą Tajemnicą wiary i język, w którym ją jako kapłan sprawuję, wcale nie zubaża tego misterium. Jeśli bowiem misterium prysnęłoby wraz ze zrozumiałością słów, cóż to by było za misterium?

Także wspólnota, w której mnie Bóg postawił, jest tego świadectwem. Żyję w klasztorze, w którym liturgia jest centrum modlitwy i duchowości wspólnoty. Centralna celebracja w roku chrześcijańskim, Paschalne Triduum, otoczone jest z jednej strony uroczystą — acz współcześnie skomponowaną — polifonią. Liturgia godzin (dawniej zwana brewiarzem) w te dni otwarta jest dla wszystkich, którzy chcą się z nami łączyć, mimo tego jest gregoriańska, częściowo łacińska, częściowo śpiewana po polsku. Tak nie jest jednak tylko w święta. Nieszpory codziennie śpiewamy po łacinie i jest to śpiew gregoriański, według naszej własnej tradycji muzycznej. Jednakże struktura tych nieszporów jest „posoborowa”, zgodna z odnowioną liturgią godzin. Moi bracia wydają płyty z muzyką gregoriańską, którą w klasztorze kultywujemy jako istotną formę naszej modlitwy. Nie jest tak tylko w Krakowie. Podczas rorat u poznańskich dominikanów śpiewa się na początku godzinki, potem, na wejście, gregoriańskie Rorate coeli, a części stałe mszy są po łacinie. To nie jest tak, jakoby tradycyjne formy liturgiczne kultywowali wyłącznie zwolennicy mszy Piusa V. Nie mniej od nich czuję się miłośnikiem Tradycji, a jednak nie popycha mnie to do powrotu do „starej” mszy i obrzędowości, mimo że ją szanuję. Czuję się raczej zobowiązany do tego, by, jak każe Konstytucja o liturgii, było miejsce na „zdrową tradycję” i „uprawniony postęp”, co jest opowiedzeniem innymi słowy przypowieści o gospodarzu, który ze swego skarbca wydobywał rzeczy stare i nowe. Jestem głęboko przekonany, że to Duch Święty wprowadził zmiany w liturgii Kościoła i widzę wiele dobra, jakie się dokonało.

Trzeba jednak oddać tradycjonalistom sprawiedliwość. Ukazują oni luki w formacji i niewierności w liturgicznej praktyce Kościoła. To, że znajdują się w naszym Kościele ludzie skłonni przyjmować ich argumentację, pokazuje, jak słaba jest katecheza liturgiczna w naszym kraju, jak mało pietyzmu w sprawowaniu mszy w wielu kościołach, jak niewielkie oczytanie — księży i wiernych — w Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła. Bolesne są też przypadki księży, którzy traktują liturgię, jakby była ich prywatną własnością, z którą mogą robić, co się im aktualnie podoba. Dziękować tylko Bogu trzeba, że takich przypadków nie ma wiele. Mamy jednak jeszcze bardzo wiele do zrobienia, żeby reforma liturgii była rzeczywiście tym, do czego Duch Święty natchnął Ojców Soboru Watykańskiego II.

1 Ekskomunika ogłoszna została papieskim motu proprio Ecclesia Dei (2.07.1988). 
2 List apostolski Vicesimus quintus annus, 13. 
3 Motu proprio Abhinc duos annos (23.11.1913), cyt. w: Jan Paweł II, Vicesimus quintus annus, 3. 
4 Tenże, Zwróćmy się ku Panu!, Poznań 1998, s. 71. 
5 Wstęp ogólny do Mszału Rzymskiego, 259. 
6 Pierwszą taką grupą wydaje się stowarzyszenie pod nazwą „Una voce”, założone 19.12.1963 w Paryżu. 
7 por. Egeria, Pielgrzymka do miejsc świętych, 47. Są także wcześniejsi świadkowie: Prokop, Męczennik w 303 roku, miał trzy funkcje: lektora, egzorcysty i tłumacza na syryjski: in Syri interpretatione sermonis (zob. Passio męczenników z Nikopolis). 
8 Homilia 8, PG 63, 499–510, zwłaszcza 501. 
9 Łatwość jego upadku pod wpływem islamu tłumaczy się jego rzymskim charakterem: był łaciński w miastach, tam się rozwijała kultura i teologia, z czego wieś nic nie rozumiała. 
10 G. K. Chesterton, Niedowiarstwo księdza Browna, Strzała z nieba.

Duch Święty czy masoni?
Tomasz Kwiecień

były dominikanin....