Duszpasterstwo to jednak budowanie

Duszpasterstwo to jednak budowanie

Kiedyś gorszyłem się, patrząc na księży, którzy zamiast duszpasterstwem zajmowali się budowaniem kościołów. I zdziwiłem się bardzo, kiedy spostrzegłem, że mojemu duszpasterzowaniu, które stało się moim głównym zajęciem i szczęściem (a w które zostałem wrobiony, bo ambicje miałem inne, chciałem pracować w obronie wiary, ale naukowo) – towarzyszy stale budowanie.

Idąc do pracy z młodzieżą, zrozumiałem od razu, że salka katechetyczna jest za mała dla naszych działań. Poszukiwałem zatem przestrzeni. Szukałem jej w innych klasztorach braci i u sióstr. Niewypał. Zakonnicy chcieli mieć spokój do kontemplacji, a obecność młodzieży im przeszkadzała, niekiedy nawet ich drażniła.

Przez jakiś czas poszukiwałem takiego miejsca w baraku na działce Dobrochny i Jacka, najstarszego pokolenia mojego duszpasterstwa, szukając inspiracji w puszczańskim wychowaniu Baden Powella, w archetypach harcerstwa. Bawiłem się chwilę w kapelanowanie harcerzom. Jeździliśmy na obozy, wędrówki, a na miejscu robiliśmy noce czuwania, roraty i nasze cudowne msze święte „siedemnastki”.

Kiedy pracowałem z młodzieżą szkół średnich, a były to lata 1977–1987, wybudowaliśmy razem kaplicę pod kościołem i nazwaliśmy ją „U Pana Boga za piecem”. Tam, w pobliżu piwnicy, był bowiem piec ogrzewający kościół i kotłownię. Było to schronienie dla naszego obrazu Matki Bożej Zwycięskiej – białoczerwonej kopii ikony Jasnogórskiej namalowanej w noc stanu wojennego przez Małgosię Sokołowską. Cudowna siermiężna kaplica, do której wszystko zrobiliśmy sami – ołtarz, okna, posadzkę i wykładzinę, wybieliliśmy ściany i założyliśmy oświetlenie. Każdy szczegół nas cieszył, był natchnieniem kolejnych działań i dokonań. Pamiętam drzwi z wizerunkiem świętego Dominika z blachy miedzianej zrobione w Gdańsku przez zaprzyjaźnionego artystę plastyka. Kaplica z czasem stała się własnością całego klasztoru, a dla tych, którzy jej dzisiaj używają, była po prostu od zawsze. Ileż tam się wydarzyło spotkań i modlitw, ileż intymności zostało w tych murach – pozostanie to tajemnicą naszych serc na zawsze. Nasz entuzjazm, wynoszenie gruzu i śmieci, gratów, walka z siostrą Salomeą, kucharką, która, jak zobaczyła odgruzowaną piwnicę, chciała tam zaraz mieć spiżarnię na zaprawy.

Drugim pomieszczeniem było lektorium im. Romana Brandstaettera, które zbudowałem na tarasie nad koksownią. Taras był niewykorzystany. Nic się na nim nie działo. Gnieździło się jedynie ptactwo. Profesor Jan Węcławski zrobił plany i ruszyliśmy z budową. Kiedy już mury były wyciągnięte, a robota szła w najlepsze, zjawił się jakiś agent i zaczął się wypytywać, skąd mamy pozwolenie na budowę. Nienawykły do takich przepytywań, odpowiedziałem, że od Pana Jezusa z nieba i ono mi wystarcza. Protestując, urzędowo wstrzymał budowę. Pamiętam, łaziłem do „wyznaniowego”, tłumacząc, że zatrzymywanie budowy w stanie wojennym jest niegospodarnością, że jak najszybciej należy ją skończyć, bo zacieka, a w zasadzie to nie jest żadna budowa, tylko maleńka plomba nad nieużytkiem mającym już swoje fundamenty. Lektorium zostało poświęcone i dedykowane Romanowi Brandstaetterowi, a że jego otwarcie zbiegło się z datą jego śmierci, biurko pisarza, fotel i sekretarzyk oraz trochę książek znalazło się w kąciku.

Lektorium jest teraz miejscem spotkań, biurem lednickim, miejscem pracy, sekretariatem. Młodzież je opanowała i pod moją nieobecność urządza je po swojemu, ale ja od czasu do czasu tam wkraczam i wszystko powraca na swoje miejsce.

Po drodze były Hermanice. Tam urządzałem hermanicką łąkę i budowałem wiatę, a ojciec Bogumił wspaniałe łazienki i toalety. Powstał ośrodek, tylko go zaludnić i używać. Tam po raz pierwszy krążył nad nam Ojciec Święty w drodze do Skoczowa, tam zrzucał różańce. Hermanice były moim, naszym poligonem duszpasterskim. Tam uczyłem się zmagania z materią i ludźmi na większą skalę. Tam przygotowywałem się do animacji VI Światowego Dnia Młodzieży w Częstochowie w 1991 roku, gdy powstawała pieśń Abba, Ojcze!

Po VI Światowym Dniu Młodzieży zaistniała dla nas Jamna, podarowana przez gminę Zakliczyn nad Dunajcem. To już nie jeden obiekt, ale wioska nadziei, sioło całe z kościołem. Ileż tam się wyzwoliło emocji i entuzjazmu. Ileż czekania na Ojca Świętego, a kiedy przyleciał 16 czerwca 1999 roku, sama budowa kościoła była wydarzeniem. Powstał z pocałunku Ojca Świętego. Zobaczył bowiem pewien przedsiębiorca, jak Ojciec Święty mnie ucałował… a że nigdy nie widział takiej miłości, zaczął mnie wypytywać, kim jestem i co robię, a potem z tej rozmowy powstał kościół.

Myślałem, że na Jamnej skończę, że to będzie mój szczyt i łagodne lądowanie. Tam czułem się wspaniale, wydawało mi się, że będzie to powrót do czasów dzieciństwa, kiedy to w pobliskiej Paleśnicy u stryja na plebanii spędzałem najpiękniejsze na świecie wakacje. Lednicę, która pojawiła się w międzyczasie, odpychałem. Do angażowania się skłaniał mnie ojciec Tadeusz Klichowicz, ówczesny nasz przeor. Jemu też zostawiłem budowę, od której uciekałem. Miałem już dość budowy na Jamnej, a wcześniej w Hermanicach, kiedy walczyć trzeba było o każdy gwóźdź, ale Pan dawał znaki. „Lednicka Ryba” zaczęła ciągnąć. Spotkania lednickie stały się wydarzeniem, naszą lokomotywą duszpasterską. Zrozumiałem, że Pan wezwał mnie dalej.

Lednica stała się wyzwaniem. Uporządkować teren. Wykończyć surowy budynek. Zamontować okna, łazienki, tynki, posadzki, oświetlenie, schody, umeblować… A potem kolejny budynek i jeszcze kolejny… Każdy kamień, kabel, rurkę, gwóźdź i nakrętkę trzeba wyżebrać, wychodzić, poprosić, zarobić…

Ciekawe, że każda budowa opierała się na jakiejś starej strukturze. Kiedy wchodziłem, już coś było, podziemie kościoła, taras nad koksownią, stare budynki na Jamnej czy też szkielet budynku nad Lednicą wybudowany przez o. Tadeusza. Coś rzeczywiście było. To muszę uczciwie przyznać. Pozostawał tylko ten skromniutki ciąg dalszy.

To budowanie zewnętrzne budowało mnie wewnętrznie. Stwarzało we mnie przestrzeń dla innych. Rozsadzało mnie. Musiałem podzielić się przestrzenią, ciepłem, jedzeniem, czasem, modlitwą. Ostatecznie Panem Bogiem.

Budowanie jest męskim zajęciem. Jest myśleniem o drugich, jest przełamywaniem własnego egoizmu i egocentryzmu. Budując, rosłem wraz z ludźmi i budową. Pracując, wspólnie zbliżaliśmy się do siebie, do Boga.

Myślę nawet, że budowa jest w najdosłowniejszym sensie byciem z drugimi, ale jeszcze bardziej byciem dla drugich. A na tym przecież polega bycie chrześcijaninem. Tak oto, bez głębszej świadomości w tym względzie, stałem się budowniczym. Chodzi tylko o to, aby ta budowla we wnętrzu człowieka służyła miłości i ostała się na wieki. To, co na zewnątrz, jest zawsze tylko pretekstem.

Duszpasterstwo to jednak budowanie
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...