Dwa obrazy Chrystusa

Dwa obrazy Chrystusa

Sztuka europejska przez wiele stuleci przedstawiała chrześcijański obraz świata. Począwszy od malowideł w katakumbach aż do skomplikowanych barokowych plafonów, oglądamy wizualizację ucieleśnionego Boga, wiary w zbawienie, a także strachu przed wieczystym ogniem piekła. Chrystus jest w tej sztuce wszechobecny, mimo że zmienia się Jego wygląd i charakter: młody pasterz, władca kosmosu w mandorli, synonim bólu i cierpienia w scenach konania, sędzia dnia ostatecznego czy też niewidoczna dla nas aura, która rozpościera się nad światem codziennych zdarzeń.

Obraz Jana van Eycka Portret Arnolfinich (1434) jest przedstawieniem świeckim. Zarówno para małżeńska, jak i izba, w której jest ona sportretowana, tchnie mieszczańską wiarą w wartości doczesne. Bogate stroje i przedmioty codziennego użytku namalował van Eyck z szacunkiem i miłością do najmniejszego szczegółu. Intymność sceny i jej rodzajowy charakter nie budzą na pierwszy rzut oka najmniejszego skojarzenia ze światem boskim. Atmosfera solidnego dobrobytu i kupieckiego powodzenia wydaje się pozbawiona jakichkolwiek odnośników do spraw większych i ważniejszych niż materialna sfera życia. I to do tego stopnia, że zawarcie związku małżeńskiego, które prawdopodobnie jest tematem obrazu, odbywa się bez pośrednictwa Kościoła. Włoski kupiec Giovanni Arnolfini i córka kupca z Lukki Giovanna Cenani zawierają małżeństwo per fidem, przez ślubowanie wierności w obecności świadków, których widzimy w lustrzanym odbiciu, a którymi są przypuszczalnie: malarz obrazu Jan van Eyck i jego małżonka Małgorzata. Mimo to czujemy, że za mieszczańską samowystarczalnością i umiłowaniem przedmiotów kryje się boska obecność. Każdy szczegół emanuje ową boskością tak, jakby raj był tuż obok, za materialną powłoką życia. Wszystkie przedmioty: zdjęte obuwie, żyrandol z jedną palącą się świecą (mimo dziennego światła), różaniec, fotel z figurką św. Małgorzaty, miotełka, no i przede wszystkim lustro, którego rama udekorowana jest scenami pasyjnymi i której forma przypomina przedstawienia murów niebiańskiej Jerozolimy — ten ukryty symbolizm przekształca intymne zaślubiny Arnolfiniego i Cenani w sakrament małżeństwa, w którym Chrystus jest tym Trzecim — pośrodku kompozycji, niewidzialny, bo zastąpiony lustrem, które pokazuje nam dużo więcej niż sam obraz jest w stanie pokazać. Trzy sfery łączą się w lustrzanym odbiciu: przestrzeń samego obrazu, świat widza, który stoi przed obrazem oraz nieskończona dal wykraczająca daleko poza ramy płótna. Fascynacja, którą budzi Portret Arnolfinich, jest nieodłączna od owego niezmiernie dyskretnego zobrazowania Chrystusa — boskiej emanacji, niewidzialnej, ale mimo to obecnej; nie do ukrycia nawet w tak precyzyjnie przedstawionym świecie doczesnych wartości.

Przeszło 400 lat później swoją wizję Chrystusa maluje Eduard Manet (Martwy Chrystus z aniołami, 1864). Jego Chrystus jest konkretny, martwy, umęczony — po prostu człowiek. Gdyby nie tytuł obrazu i skrzydła aniołów, mógłby to być ktokolwiek: robotnik, kamieniołomiarz czy inna ofiara ciężkiej pracy fizycznej. Bez ducha, bez boskiej aureoli. Sama materia, ciężka, nie tylko dlatego, że pozbawiona życia, ale — przede wszystkim — pozbawiona wiary w to inne życie w zaświatach. Anioł po prawej stronie obrazu budzi szczególny niepokój: w roztargnieniu patrzy przed siebie, jakby myśli jego były zupełnie gdzie indziej. Jest smutny, ale smutkiem, który płynie bardziej z jego wewnętrznej rozterki, niż z faktu udziału w historii boskiego zbawienia. To Chrystus i aniołowie widziani przez obiektyw aparatu fotograficznego, „tu i teraz”, bez van Eyckowskiej wizji raju na ziemi. Nie martwy Bóg, tylko „martwa natura” — ciało bez życia i duszy. Chrystus jest samotny, aniołowie mają inne zmartwienia, a widz stoi przed obrazem, w którym boska obecność została zastąpiona wizją świata, w której człowiekowi nie dana jest najmniejsza szansa na pomoc niebios. Samotność Chrystusa ziemskiego przeobraża się w samotność człowieka opuszczonego przez Boga.

Chrystus mojej (ułomnej) prywatnej mitologii to nie jeden, ale właśnie dwa obrazy: niedające się ze sobą pogodzić Jego dwie natury. Niewidzialna, tajemnicza i pełna fascynacji aura boskości, którą czasami, choć niezwykle rzadko sztuka jest w stanie przekazać oraz Człowiek, którego twarz spotyka moją w dialogu z bliźnim bez Boga. Wartości estetyczne i moralne nie mogą zastąpić wiary, ale mogą być źródłem refleksji o życiu. Refleksji, które niekoniecznie są zaprzeczeniem walorów chrześcijańskich. Świat sztuki ma zdolność bycia przejściem pomiędzy duszą a ciałem, ucieleśnieniem prawd czy nastrojów, które wykraczają poza granice codziennych przeżyć i zmagań. Uchylając rąbek tego, co nie daje się zrozumieć czy nawet przedstawić, przypominają te najszczęśliwsze osiągnięcia ludzkiej kreatywności — łaskę wiary, otwierającą furtkę ku nieznanemu. Etyka miłości i poszanowania bliźniego to również otwarcie na to, co obce i nieznane: szacunek dla życia i inności drugiego człowieka. Inaczej mówiąc, jedyna do zaakceptowania osnowa międzyludzkich stosunków, niezależnie od tego, czy ciągle czekamy na Mesjasza, czy znajdujemy siłę w ucieleśnionym Bogu, czy też na własnych drogach zmagamy się z problemem dobra i zła — nie w obliczu Boga, ale twarzą w twarz z innym człowiekiem.

Dwa obrazy Chrystusa
Alena Marchwinski

urodzona w Polsce historyk sztuki. W 1969 roku zmuszona do emigracji.Pracownik naukowy Biblioteki Akademii Sztuk Pięknych w Kopenhadze. Autorka licznych prac z dziedziny historii malarstwa europejskiego...