Dwadzieścia bochenków

Dwadzieścia bochenków

Polski ksiądz na wschodniej Ukrainie idzie do ludzi nie tylko z sakramentami, ale i z kawałkiem zwykłego chleba. Siostry szarytki pomagają mu wykarmić biednych.

Siostra Stasia całe dorosłe życie spędziła u szarytek, Sióstr Miłosierdzia ze Zgromadzenia Świętego Wincentego ŕ Paulo, służąc sercem i krzepkimi — rodem z polskiej wsi — muskułami Bogu i ludziom, a Pan w dobroci swojej dodawał jej sił.

Nigdy nie myślała, że gdy starość zastuka do drzwi, Duch Święty i przełożeni nakażą jej jechać na misje. Trudne misje na zniszczonej duchowo i materialnie przez bezbożny bolszewizm wschodniej Ukrainie. Dlaczego miałaby myśleć? Języków tamtejszych nie znała, bynajmniej nie pochodziła z Kresów. W zgromadzeniu pokora i posłuszeństwo więcej jednak znaczą niż nasze wyobrażenia. Bogu za to niech będą dzięki. Pojechała, została przełożoną. I rozpoczęła pracę. Na miejscu byli już ojcowie: Jan i Jacek.

Krajobraz nędzy

Głodne wokół ludziska: głodne Boga, głodne chleba powszedniego. Chore, opuszczone. Szczególnie dzieci i starcy, tylu ich — samotnych, bezbronnych.

W kołchozie pod Charkowem pierwszy raz w życiu zobaczyła chore z niedożywienia dzieci i trzydziestoletnie staruszki. Nie dostrzegła mężczyzn. Ci albo od rana do wieczora pijani, albo w więzieniu za worek ziarna skradziony na strawę dla najbliższych. Wrócą po roku albo po dwóch z gruźlicą czy jeszcze czymś gorszym. Jak wszystkich nakarmić? Jak dać im siebie, swoją obecność?

Kiedy ruszyła po okolicznych miasteczkach i wioskach, okazało się, że nie brak w nich Polaków, ochrzczonych przed laty w wierze katolickiej. Gdzie oni w swoim życiu nie byli… W połowie lat trzydziestych Stalin wywiózł ich z podwinnickich wiosek do Kazachstanu. Łaskawca: wywiózł, nie rozstrzelał, jak tych z 1937 roku. Większość ich bliskich po dziś dzień tam, nad rzekami Babilonu…

Kto mógł, ten wracał. Kto mógł i kogo rodzina jakimś cudem na Ukrainie przetrwała, bo o Polsce nawet marzyć nie śmieli. Zresztą Polska o nich pamiętać nie chciała. Jednak modlili się zawsze po polsku.

Buty jej zdjęli

Pani Ela z Merefy wróciła na Ukrainę przez Magadan i Kołymę. Najbardziej zaskakiwała jej polszczyzna: piękna, kresowa, dostojna. Wróciła do swoich bliskich, biednych i bez pracy. Wróciła i po osiemdziesięciu czterech latach tułaczki poszła do Domu Pana.

— Panie Zdzisiu…
— Słucham, siostro Stanisławo.
— Pani Ela z Merefy umarła.
— Panie świeć nad jej duszą. Wycierpiała swoje w tym życiu kobieta.
— Tak, wycierpiała. A ja nie mam jej teraz w czym pochować.
— Ależ ona ma rodzinę…
— Wszyscy na bezrobotnym albo przez pół roku bez poborów.
— Siostro, ile trzeba?
— Pewnie pięćdziesiąt zielonych wystarczy.
— Jak by trzeba więcej, proszę powiedzieć.
— W środę będziemy ją chować.
— Niestety, będę wtedy w Kijowie.

Przyszła środa, panią Elę pochowano. Gdy chorowała, ojcowie Jan i Jacek sprawili jej wielką radość, przyjeżdżając do jej mieszkania z Mszą świętą. I teraz odprowadzili ją na wieczny spoczynek… W niedzielę znów spotkałem siostrę Stanisławę.

— Wie Pan, a buty to jej zdjęli…
— Nie rozumiem.
— Jej, pani Eli. Nieboszczce. Zdjęli buty.
— Kto je zdjął?
— Rodzina, najbliżsi.
— Dlaczego?
— Powiedzieli, że przecież po śmierci i tak chodzić nie będzie, a tu przydadzą się żywym.
— Boże, co za żelazna logika.

Sałtowka

Sałtowka, w której przyszło żyć, modlić się i pracować siostrze Stanisławie, to robotnicza dzielnica ponadpółtoramilionowego Charkowa. Takie wielkie, brzydkie blokowisko, jakich niemało w siedemdziesiątych latach wyrosło na obrzeżach polskich miast. I tylko szare, brudne, nieumiejętnie zaizolowane okna ukazują różnicę pomiędzy tymi blokami i tymi u nas, w Polsce. Okna, a może jeszcze bardziej koszmarnie brudne, zasikane klatki schodowe… To tam, po tych klatkach, zbierał ojciec Jacek sałtowską młodzież. Ileż potem te jego dzieciaki dały radości zapracowanym, samotnym kobietom z podcharkowskich kołchozów! W tych kołchozach każdy przyjazd księdza z liturgią, w towarzystwie rozśpiewanej, sałtowieckiej dzieciarni, to wielkie święto. Ksiądz jedzie tam nie tylko z sakramentami, ale i z chlebem powszednim.

Zresztą i sałtowian nakarmić trzeba było. Do kaplicy świętego Wincentego, adaptowanej ze starego, sypiącego się już przedszkola, z każdym miesiącem przychodziło ich więcej. Przybywało dzieci do wykarmienia, a także bomżów, czyli bezdomnych. Skąd dać im chleba? W sercu tkwiło jak oścień to Chrystusowe: „Wy dajcie im jeść…”.

Dobijanie targu

Siostra Stasia dowiedziała się, że nieopodal ich kaplicy młody Żyd otworzył niewielką piekarnię. Słyszała, że wierzący, gorliwy, z całą rodziną do synagogi chodzi, szabatu przestrzega. To ją ośmieliło, wybrała się z wizytą do starozakonnego sąsiada.

— Szalom, witaj, starszy bracie.
— No, szalom. Kto jednak z nas starszy, to ja nie powiem. Przez grzeczność, a i szacunek dla siostry siwych włosów.
— Starszy w wierze.
— To prawda, ale przecież siostra nie przyszła do mnie na teologiczne dysputy ani też po to, aby mnie nawracać.
— Ano nie… Przyszłam zobaczyć, jak żyjesz, sąsiedzie. Przyszłam o sobie parę słów powiedzieć.
— Hmm… Ja co nieco o siostrach wiem. A żyję nie najgorzej. Co potem będzie — pokaże czas. Wszystko w ręku Najwyższego.
— Masz rację i dobrze, że trochę o nas wiesz. Będzie łatwiej mi zacząć.
— Niechże siostra zaczyna.
— Jak wiesz, karmimy dzieci i bomżów. Nie patrzymy na ich wyznanie. Wśród nich różni są… A głodni tak samo.
— Wiem. Dobrze robicie, tak trzeba.
— Mam dla ciebie, bracie, propozycję…
— Siostro, może ją uprzedzę? Dwadzieścia bochenków co trzy dni.
— Dobra propozycja. Prawie zgadza się z moją. Dawaj, ulepszymy ją nieco i dobijemy targu.
— No…?
— Dwadzieścia bochenków co dwa dni.
— Siostro, kto z nas jest bardziej starozakonny?
— Dobiliśmy targu?
— Ano, niech będzie. Najwyższy nasz targ pobłogosławi…

Od tego „targu” minęły z górą dwa lata. Powiadają, że siostra Stanisława zbiera się z powrotem, do Polski. Zbiera się, by po powrocie nam powiedzieć, że pomimo naszych kłopotów nie jesteśmy wcale najbiedniejsi, że inni nas potrzebują, że Kościół katolicki znaczy — powszechny…

„Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść…” (Mt 14,16).

wiosna 2000 roku

Dwadzieścia bochenków
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...