Dzieje Abrahama Wyrwikufla (I)

Dzieje Abrahama Wyrwikufla (I)

Marcina zobaczyłem pierwszy raz ponad dziesięć lat temu na Bombowym Balu Bezalkoholowym. Zaprosił mnie tam Zenek Laskowik, bym się przekonał, jak można poszaleć na trzeźwo.

Nie zamieniłem wtedy z Marcinem słowa. Musiałem się jednak na niego wówczas natknąć, czego dowodzą zdjęcia z zabawy przebierańców, które po latach wyciągnąłem z szuflady. Przebiegamy obok siebie w tanecznym korowodzie. Tak naprawdę poznałem go jednak parę miesięcy temu, gdy pojawił się u mnie ze swoją ekipą budowlaną. Nie mogłem znaleźć murarzy, a musiałem wybudować garaż. Był szczyt sezonu, kwiat siły roboczej wyemigrował w poszukiwaniu lepszego zarobku, a ci, którzy zostali, byli już dawno obstawieni. Poratował mnie znajomy ksiądz Paweł: „Poczekaj, zadzwonię do Abrahama, może ma jakieś luzy”. „Abrahama?” „No, Marcina…, ma firmę, u niego wszystko w życiu jak u Abrahama. To jego idol” – zaśmiał się ksiądz Paweł.

Z luzami u Abrahama było krucho, ale w tym wypadku zadziała dewiza: „Czego się nie robi dla księdza”. No i po dwóch dniach pojawiła się u mnie brygada. Na pierwszy rzut oka było widać, że to fachowcy „po przejściach”. Traktował ich z dużą wyrozumiałością. Z przymrużeniem oka. Rano wydawał dyspozycje, a sam się ulatniał na inne, bardziej strategiczne fronty. Zadawałem sobie pytanie: naiwny czy tak miłosierny?

Marcin wiedział, że ja piszę, a ja zdążyłem się dowiedzieć od Pawła, że jego historia pełna jest zakrętów. Nigdy nie ukrywałem, że jestem uzależniony od życiorysów, które ilustrują Einsteinową formułę: „Pan Bóg pisze prosto po krzywych liniach ludzkiego żywota”. Zacząłem przy kawie ciągnąć Marcina za język.

Jego życie zawsze było szaleństwem – kiedyś szaleństwem pod wpływem alkoholu, potem – na trzeźwo. Można je zrozumieć tylko pod pewnym warunkiem…

„Dobra nowina jest taka, że ja się nie muszę naprężać, że wszystko jest tak, jak Bóg chce. On ma moc takich gnoi jak ja poprowadzić. Ludzką mocą nic nie zrobię, jestem alkoholikiem, oszustem, gnojem, lakiernikiem, a Pan Bóg dał mi do wychowania gromadę dzieciaków. Nie nadaję się do tego, ale Bóg sobie wybiera takich jak ja. Nie chcę być pyszny. Taka świnia jestem. Bez ręki Boga jestem trupem”. Język Marcina ma niezwykłą urodę – doskonale w nim współistnieją słowa nabożne i wulgarne czy też, mówiąc bardziej uczenie, jest doskonałym przykładem połączenia sacrumprofanum. Szkoda, że takim żywym, wstrząsającym językiem posługują się tylko nieliczni kaznodzieje…

Kiedy wysłuchałem jego opowieści, pierwsze, co mi przyszło na myśl, to Ewangelia o ziarnach, które padły na skałę. Z tym że historia Marcina komplikuje jej wymowę… Nie każde ziarno, które padnie na skałę, jest skazane na zagładę. Jak się Bogu spodoba, Jego ziarna mogą wszędzie wydać plon. Albo też po prostu gnój w połączeniu ze skałą niekiedy przemienia się w żyzną glebę.

* * *

– Można powiedzieć, że w piciu osiągnąłem pełnoletniość. Piłem osiemnaście lat. Od piętnastego do trzydziestego trzeciego roku życia. Miałem trzech braci, wszyscy alkoholicy. Dwóch już nie żyje. Jeden usnął z papierosem i spłonął wraz z knajpą, którą prowadził. Na szczęście w nocy, gdy nie było ludzi. Drugi przed śmiercią podjął terapię, ale zmarł. Trzeci jest trzeźwym alkoholikiem. Ojciec pracował jako kelner i popijał pewnie codziennie, ale nie pamiętam, bym widział go pijanego. Mama nie piła w ogóle, ale… Kiedyś myślałem, że właśnie przez nią piłem. Wydawało mi się, że mnie nie kochała, a ona po prostu nie umiała okazywać uczuć. Jej mama całe życie walczyła o pieniądze, żeby utrzymać dwunastkę dzieci. Dziadek zmarł, kiedy moja mama miała dwa lata. Mama taki miała wzór, trudno, żeby umiała okazywać uczucia. Życie nauczyło ją walki o przetrwanie i zapobiegliwości. Miała brata, księdza w Belgii, który powierzał jej administrowanie swoimi pieniędzmi tu w Polsce, gdzie kupił dom. Mama wyznawała zasadę, że „gdy dobrze ma dobrodziej, to używi się i złodziej”.

Miałem 15 lat, zmarł mi ojciec. Akurat wtedy też zabrano z mojej parafii księdza, z którym miałem wspaniały kontakt. Byłem ministrantem u Matki Bożej w Cudy Wielmożnej. Jego przeniesienie było dla mnie wielką stratą, wkrótce przestałem chodzić do kościoła. Bracia zupełnie się mną nie interesowali. Pamiętam, że moja mama ciągle wyjeżdżała opiekować się swoimi siostrami, a nas zostawiała. Kupowała nam obiady w stołówce. Miałem poczucie krzywdy, w szkole nie bardzo mi szło, wszystko z wielkim trudem… Kiedy po szkole podstawowej powiedziałem, że idę do zawodówki, nikt o mnie nie zawalczył. Nikt nie powiedział: „Szkoda ciebie, możesz wyżej”. Uczyłem się jako lakiernik samochodowy i tramwajowy. Wpadłem w środowisko, gdzie panuje prawo pięści i gorzały. Szkoła zawodowa na Dębcu. Doznałem tam strasznego upokorzenia, bo dobierał się do mnie przerośnięty, dwudziestoletni facet. To wywarło piętno. Chociaż nie osiągnął swego, ciągle byłem zagrożony. Nie czułem znikąd wsparcia, nie mogłem z nikim o tym porozmawiać. Nie miałem nikogo bliskiego. Bracia? Byli starsi i w ogóle nie było więzi między nami. Ten, z którym miałem dobre relacje, zmarł akurat wcześniej. Drugi był typem złośliwca. Obnażał wszelkie wady drugiego człowieka, garbatemu z satysfakcją mówił, że jest garbusem. A ja – korpulentny, krzywe zęby. Miałem masę kompleksów. Nie było sensu się do niego zbliżać.

Gdy kończyliśmy szkołę zawodową, kumple powiedzieli mi, że na egzamin czeladniczy muszę przynieść litr cytrynówki. Upiłem się strasznie. Milicja znalazła mnie w krzakach. Afera. Towarzystwo poszło do chaty, a ja zostałem. Piłem inaczej niż wszyscy. Historie czarne. Zacząłem pracować w prywatnym warsztacie, ale wykorzystywano mnie okrutnie. Chciałem się wyrwać. Poszedłem do Cegielskiego i do liceum wieczorowego, żeby się na siłę wydobyć z dołów. Ale gorzała już mnie ciągnęła. Trzeciej klasy nie podjąłem, bo panienki, dyskoteki. Z panienkami miałem trudności, dopóki nie wypiłem.

Magdalena

Tak poznałem żonę. Na dyskotece. Piękna Madzia. Umówiłem się. Po pół roku się zaręczyłem. Nikt się na mnie nie poznał. To charakterystyczne dla całego mojego życia. Umiałem robić wrażenie. Ojciec Madzi załatwił bilety do „Adrii”. Wypiłem już w domu dla kurażu dwie setki. I na tej zabawie wyzwałem teścia od ch…, bo nie chciał mi postawić kolejki. I wtedy Madzia ze mną zerwała. Ale ja chodziłem pod okna, prosiłem o przebaczenie i ona pomyślała, że miłość wystarczy.

Miałem 22 lata, pobraliśmy się. Moja żona w podróży poślubnej zaszła w ciążę. Urodził się pierworodny Maciej. Od tego momentu rozpoczęła się udręka, bo kochałem Madzię, ale w ogóle nie byłem przygotowany do roli ojca. Z domu nie wyniosłem wzorców. Nauki przedmałżeńskie okazały się zupełną fikcją. Nie umiałem żyć. Ciągnęła mnie dyskoteka i wóda, a ja tu miałem prać obkichane pieluszki. Mieszkaliśmy w osiemnaście osób na 112 metrach kwadratowych, razem z rodziną ciotki.

Żona wysyłała mnie na spacery, szedłem z własnej woli, ale nie miałem do tego serca. Zawsze na spacerze kupowałem sobie piwo i miałem wszystko gdzieś. Po trzech latach urodził się nam drugi syn. Chodziłem po pracy do drugiej pracy, byle nie być z dzieciakami. Graliśmy w karty, piliśmy gorzałkę. Coś tam zarabiałem, ale coraz mniej pieniędzy przynosiłem. Świat mnie ciągnął, dupa mi się rwała. Żona próbowała kupować alkohol, żebym nie chodził gdzie indziej. Ale nie pomagało, bo uciekałem z chaty i szedłem dalej pić. Kiedy wybrali Jana Pawła II, siedziałem w „Tempie”. „No to pięknie!” – na to konto wypiłem kolejną setkę. Wszystko było dobre, jeśli służyło wódzie. Liczyła się tylko gorzała i piłka nożna. Niczym się nie interesowałem, byłem prymitywnym człowiekiem. Książki czytałem tylko do 17 roku życia. Bardzo dużo, żeby uciec od rzeczywistości. Szklarskie, Sawyery, Potop.

Wszyscy mówili mojej żonie, żeby mnie rzuciła. Ciągle jej nawalałem, kłamałem, ciemnotę wciskałem.

Niemcy

W 81 roku pojechałem do Niemiec, żeby zarobić na mieszkanie. A naprawdę to po to, żeby móc już pić bez przeszkód. Byłem totalnym egoistą. Spędziłem tam prawie pięć lat. Po pół roku nastał stan wojenny. Siedziałem w knajpie, na okrągło pokazywali Jaruzelskiego. Wystraszyłem się, że jestem w Polsce, ale gdy zrozumiałem, że nie i że nie muszę wracać, zacząłem dziękować Panu Bogu. Po paru dniach przedstawiłem się jako ofiara stanu wojennego i dzięki temu dostałem lepszą robotę. Taka świnia byłem. Gorzała wypłukała uczucia wyższe. W piątek dostawałem wypłatę, wypijałem jedno piwo i budziłem się w poniedziałek bez pieniędzy. Czasem przed świętami się otrząsnąłem i skombinowałem jakieś 50 marek na paczkę. Normalnie nic nie wysyłałem. Żonie mówiłem, że na pewno na cle ukradli. Mieszkałem w hotelu robotniczym. Kiedyś mówię do mojego kumpla Maksa: „Pożycz mi markę”, a on na to: „Chłopie, tobie to ja bym marki nawet do potrzymania nie dał, a co dopiero pożyczyć”. Do dziś pamiętam, jaki to był dla mnie wstrząs. Na to zapracowałem.

Niczego tam się nie dorobiłem. Samochody?… Miałem jakieś gruchoty, oszukane, ukradzione… Ten przysłowiowy Polak złodziej… w dużej mierze to była moja zasługa. Za niczym nie tęskniłem, wszystko było wypłukane. Tysiąc razy mówiłem sobie, że już nie piję. W poniedziałek się trzymałem, we wtorek straszna walka, a w środę już piwo za markę. Wyskakiwało z automatu. Wszyscy pili, tylko oni umieli. Miałem pseudonim Wyrwikufel. W Trinkhali tak potrafiłem zabajerować, że przez dwa lata dawali mi piwo na krechę. Jedyne, co robiłem poza piciem, to czasem chodziłem na strzelnicę.

Żony nie zdradzałem. Tak można by powiedzieć, w każdym razie nie miałem żadnych romansów. Do kościoła nie chodziłem, tylko przed kościół. Polski kościół w Hanowerze na Buchholzu… Tam toczyło się życie towarzyskie, kwitła giełda pracy. Na wiele lat odszedłem od Kościoła.

Nieprawdopodobne, że żyję. Tyle razy mnie poobijali, okradali, że mnie nożem jakieś Turki nie zadźgały, to cud.

* * *

Marcin przyjeżdżał do mnie ze swoją ekipą zawsze elegancko ubrany. Marynarka w kratkę albo jasny lniany garnitur. Trudno go było skojarzyć z menelem, który ledwo uszedł przed nożami Turków.

Miał wspaniałą cechę: gdy rozpoczynaliśmy rozmowę, wyłączał komórkę. Albo się zastrzegał, że odbierze tylko, jakby dzwoniła żona. Gdy mówił, zapalał się. A gdy się zapalał, zaczynał się jąkać. A ludzie się jąkają albo wtedy, gdy nie mają wiele do powiedzenia i chcą rozwlec słowo w czasie, albo gdy mają do powiedzenia zbyt wiele. Marcin należy do tych drugich. Mówi całym sobą. Gestykuluje zamaszyście, a przede wszystkim ten jego wzrok „łamiący łyżeczki”… Podnosi na nosie okulary, jakby chciał poprawić optykę, zobaczyć wyraźnie, czy jego słowa docierają do rozmówcy, czy trafił do tarczy.

Powrót

– Moja żona przyjechała do mnie i mówi: „Wróć, zaczniemy wszystko od nowa”. Gdybym wyjechał parę dni później, to bym skończył w więzieniu – za niezapłacone rachunki, rzyganie, sikanie po bramach. Byłem kloszardem. Wszystko miałem w siatce.

Wiedziała, co sobie bierze na głowę, wierzyła w miłość. Dostała paszport przez kosmiczną pomyłkę. Na milicji przeoczyli, że od paru lat siedzę w Niemczech.

Wróciliśmy obładowanym maluchem. Przywieźliśmy proszki, stary telewizor, wideo, coś tam zorganizowałem, ukradłem. Przyjechałem do Polski wstawiony. Pamiętam powrót do małego pokoju pomalowanego przez żonę. Nie przywiozłem żadnych pieniędzy, niczego się przez cztery lata nie dorobiłem i ona o tym wiedziała. „Nie martw się, najważniejsze, żebyś nie pił”.

Była intendentką w przedszkolu, lecz nasze dzieci prowadziła do innego przedszkola. Ja siedziałem w domu i się witałem z Polską. Codziennie nowi znajomi i flaszka. Byłem dla nich atrakcyjny. Oglądali wideo i słuchali moich opowieści, „jak było”. Koloryzowałem niemożliwie. Przedstawiałem się jako ofiara. „Gdyby mnie Niemcy nie okradli, byłbym na parę lat urządzony”.

Żona wracała z dzieciakami, a ja pijany. Grałem w karty, chodziłem na jednorękiego bandytę. Do żadnej roboty nie chciałem się nająć. W Niemczech zarabiałem 18 marek za godzinę, a tu chcieli, żebym tyrał za 20 złotych dziennie. Myślałem, żeby wrócić do Niemiec.

Próba

Przyszedł 13 września 85 roku. Sprzedałem skradzione w Niemczech wideo. W nocy przegrałem w karty wszystkie pieniądze. Wróciłem do domu. Poszedłem do kuchni. Żona spała z dziećmi w pokoju, który był oddzielony dużym holem. Od wielu dni nie miałem z nią już żadnego kontaktu, myślała o rozwodzie. Napisała pozew, który znalazłem w czasie jej nieobecności. Wiedziałem, że lada dzień może go zanieść do sądu, jeśli się nie zmienię. A ja nie miałem żadnej nadziei na zmianę, na nic. Byłem nikim. Otworzyłem w kuchni pół litra, które kupiłem jeszcze na melinie. Odkręciłem gaz, zapaliłem papierosa. Żeby się zapić na śmierć, żeby to wszystko wyp… w powietrze. Nic mnie nie obchodziło, co się stanie z kamienicą, ze światem, z rodziną. To był moment, gdy dotknąłem dna. Stanął przy mnie szatan – to wiem na sto procent – i mnie okłamał, że nie ma dla mnie życia i żebym skończył. To, że wtedy, w tej nocy… Pan Bóg mnie otaczał opieką, chociaż Go przeklinałem. W tej nocy… Pamiętam tylko jedną rzecz. Przyszedł do mnie mój ojciec, który zmarł w 71 roku. Ani razu mi się nie śnił po śmierci. A tej nocy przyszedł i mówi: „Synku, co ty wyprawiasz?”. Pamiętam, jak dziś, ten jego płaszcz. Był w swoim jasnym, długim prochowcu. I kapeluszu. Całe życie ze mną nie rozmawiał, może dlatego wtedy jego słowa były tak mocne.

W środku nocy żonę obudził synek, że chce siusiu, chociaż nigdy tego nie robił. Poczuła gaz… Chlusnęła na mnie wodą, zacząłem coś bełkotać. Pootwierała wszystkie okna, podała mi w kompocie relanium, żebym spał i nie zrobił więcej głupstw. I sama zasnęła, z nerwów. Madzia zawsze z nerwów zasypia.

Po dwóch dniach zaprowadziła mnie do poradni przeciwalkoholowej. Przedtem nigdy tego nie próbowała. Szedłem potulnie jak owieczka, nie stawiałem żadnego oporu. Przyjęła mnie doktor. Opowiedziałem jej historię mojego życia, a ona mówi, że jestem alkoholikiem. „Być może”, odparłem, a ona, że nie być może, tylko na pewno. Zawołała Madzię: „Teraz mąż pani coś powie”. Nienawidziłem jej długo za to, co zrobiła, ale metoda okazała się skuteczna. Musiałem powiedzieć, że jestem alkoholikiem. To było najgorsze ze wszystkiego, co dotąd mnie w życiu spotkało. Musiałem swoją pychę kopnąć w dupę. Wyzwałem tę kobietę w głowie od najgorszej.

Byłem załamany. „Mam dwóch synów, mówię po niemiecku, mam żonę i malucha, i ja jestem alkoholikiem?”. Wracała stara pycha. Kiedy odkręcałem gaz, wiedziałem, że jestem ostatnią nędzą, a teraz miałem pretensje do wszystkich, jak mogą mnie tak nisko oceniać.

W poradni spotkałem jakiegoś Romana, co nie pił 8 lat. Zaprowadził mnie na mityng AA, a tam co rusz ktoś wstawał i mówił, że jest alkoholikiem… Zaraz po spotkaniu pobiegłem do „Tempa” i wypiłem pięćdziesiątkę. Kiedy ci ludzie mówili, że nie chcą pić do końca życia, to się przestraszyłem. Przecież całe moje życie to było picie i mecze. Jak miałbym żyć, jak miałbym oglądać mecz bez gorzały?

Od tego czasu chodziłem na AA, a żona na AlAnon. Chodziłem na grupy i brałem antikol. A mimo to piłem. Robiłem się wtedy czerwony jak burak. Chęć picia była tak wielka, że spod ziemi wydobywałem pieniądze. Nawet wybierałem dzieciom ze skarbonki. Wypijałem dwie setki i szedłem do kina, żeby nie było widać, że jestem taki czerwony.

Pewnego dnia rano żona mi mówi, że mam iść odebrać pranie, serwetę na niedzielę. Po drodze była „Przynęta”. Wszedłem, wypiłem piwo. Po chwili dwadzieścia pięć złotych na serwetę się rozpłynęło. Musiałem jakoś oszukać, bo piłem dalej. Na koniec wykopnęli mnie z knajpy. Leżałem na Świętym Marcinie, w samym centrum. Przechodził kolega, z którym się wychowywałem. Całe dzieciństwo graliśmy razem w kapselki. Wziął mnie na ramiona. Po drodze zwymiotowałem na niego. Zrzucił mnie na wycieraczkę przed drzwiami. „Następnym razem, jak mnie obrzygasz, to ci tak ryj skopię…”.

Żona nie wytrzymała. Na drugi dzień wyszła z pracy i poszła do dominikanów. W kościele zaczęła krzyczeć: „Panie Boże, niech on zginie, niech on umrze, ja jestem skończona, zrób coś!”.

Marcin, opowiadając tę historię, wszedł całkowicie w rolę lamentującej żony. Siedział naprzeciw mnie, potrząsał ręką i chłostał w zapalczywym gniewie siebie samego leżącego na wycieraczce. To niepoważne, ale w tej chwili ujęły mnie te kapselki. Taki ewangeliczny szczegół, który był dla mnie namacalnym dowodem, że to się zdarzyło naprawdę. Bo po co w tej chwili wspominać o kapselkach? Abraham leżał na Świętym Marcinie, wtedy to była ulica Armii Czerwonej, takie poznańskie Champs Elysées. Mieszkał paręset metrów dalej nad kinem „Muza”. Przypuszczam, że musiało go mijać wielu znajomych. Pewnie odwracali głowy ze zgorszeniem, ze śmiechem, a najprawdopodobniej udając, że nie widzą. Może by i pomogli „rannemu” sąsiadowi, ale jak, co z takim zrobić? I tylko miłosierny „Kapsel”, kolega z podwórka, pochylił się nad nim. Zaniósł przed dom, a potem obiecał, że „jak jeszcze raz, to skopie mu ryj”…

– Byłem w domu na takim kacu, na takim gigancie, czułem się jak szmata. Wieczorem nagle, nie wiem dlaczego, wstałem i poszedłem do tego samego kościoła co Madzia. Nie mogłem już wytrzymać tego obrzydzenia do siebie, że okradłem dzieci, że wszystkich zawiodłem. Syn już wcześniej powiedział mi, że nie ma na mnie co liczyć, i zapytał, po co przyjechałem z tych Niemiec.

Poszedłem do dominikanów. Żona nic o tym nie wiedziała. Tak samo jak ja nie wiedziałem, że ona tam była. To nie był przypadek, to był cud. Piętnaście lat nie byłem w kościele. Stanąłem pod chórem. I nagle ksiądz mówi: „Pomódlmy się teraz za tego, któremu jest najciężej”. Osunąłem się na kolana w rogu przy kolumnie i zacząłem płakać jak dziecko. Nie wiem, czy ktoś na mnie patrzył, byłem poza rzeczywistością. W tym momencie przeszyła mnie świadomość, że już nie będę pił. Cały kościół się za mnie modlił. Kiedy wychodziłem, wiedziałem, że odzyskałem życie. Czułem, że Jezus mnie dotknął. Nie umiałem sobie nigdy niczego wyobrazić bez wódki. Ona siedziała mi na ramieniu od rana do wieczora. I nagle to minęło. To był 11 lutego 1986 roku. Wyzdrowiałem w Dzień Chorych, Dzień Matki Boskiej z Lourdes.

Poszedłem na drugi dzień na grupę i powiedziałem, że zostało mi zabrane poczucie, że niepicie to tragedia. Nie muszę pić.

Weryfikacja

Znałem dobrze kościół, w którym Bóg dotknął Marcina. Przy nim jest klasztor, w którym mieści się Wydawnictwo W drodze. Na mszy często stałem w miejscu, gdzie rozpłakał się Marcin. Znałem księdza, który wypowiedział słowa o najbiedniejszym w kościele. Nie znałem tylko żony Marcina. A cały czas, gdy słuchałem jego opowieści, w tyle głowy słyszałem pytanie: Jak ona to zniosła?

– To jest wszystko takie nieprawdopodobne… Chciałbym na twoją historię spojrzeć oczami twojej żony.
– Nie widzę przeszkód, pogadaj z nią. Myślę, że Madzia się zgodzi. Wiesz, my jesteśmy już kilkanaście lat na Drodze. Przyzwyczailiśmy się do rozmawiania…

Wieczorem odebrałem telefon z informacją, że mam przyjść, kiedy chcę.

* * *

Mimo wszystko jechałem z lekkimi obawami. Czy żona Marcina nie potraktuje mnie jak intruza, wkraczającego w buciorach w ich życie intymne? Na szczęście się okazało, że oboje mają to samo przekonanie – jeżeli nasze doświadczenia mają komuś pomóc, to proszę…

Magda przyniosła placek, kawę i po paru minutach rozmawialiśmy z sobą, jakbyśmy się znali lata.

– Słuchaj, mówiąc brutalnie, chciałem u ciebie pewne rzeczy zweryfikować, bo to, co opowiadał mi Marcin, chwilami wydaje mi się niewiarygodne.

Marcin siedział obok nas na kanapie i w napięciu przysłuchiwał się rozmowie na swój temat. Unosił swoim zwyczajem okulary na nosie, wzrok jego wędrował z żony na mnie, a ze mnie na żonę, zupełnie jak za piłeczką tenisową.

– Ale co chciałbyś wiedzieć? – spytała Magda.
– Jak to jest możliwe czekać na człowieka tyle lat?
– Ja wiem, że Marcin opisuje nasze życie, jakby to był jeden wielki koszmar, a były przecież także w nim okresy radości. On to wszystko uśrednił, namalował jednym kolorem. Zanim wyjechał do Niemiec, owszem, wypił, ale też potrafił mnie gdzieś zabrać… Czasem przyniósł kwiatki, a jak już przyniósł, to sporo, zawsze był hojny w gestach. Kiedy on mówi swój piciorys, to wydaje mi się, że ja to inaczej widzę.
– To znaczy, że koloryzuje?
– Nie wiem. Ja nie mam pamięci do złych rzeczy, nie pamiętam bolesnych szczegółów.
– A pamiętasz wasze wyjście do „Adrii”, kiedy wyzwał swego przyszłego teścia od najgorszego?
– Tak.
– Nie zapaliły ci się lampki ostrzegawcze?
– Kiedy człowiek ma dwadzieścia lat i się w kimś kocha, to jest ślepy. Każdy myśli: w moim wypadku będzie inaczej, nasza miłość uzdrowi, co chore.
– I powiedziałaś: „Miłość wystarczy”.

Magda się uśmiecha.

– Skoro Marcin tak pamięta…
– Te słowa mogły oznaczać albo wielką naiwność, albo największą mądrość, mogą człowieka powieść ku przepaści albo go zbawić… Chyba raczej się nie łudziłaś, że w Niemczech haruje w pocie czoła, aby zarobić na mieszkanie.
– Tak, rodzina kpiła sobie ze mnie, że powinnam mu tam jeszcze posyłać paczki, bo ma ciężko. Widzisz, problem polega na tym, że ja nie widzę nic nadzwyczajnego w tym swoim czekaniu na Marcina. Mnie się wydaje, że to jest efekt ukształtowania w dzieciństwie. Przeżywałam pewne rzeczy inaczej emocjonalnie niż moja matka, ale zasady postępowania miałam z nią wspólne. To są geny… Matce nigdy nie przyszło do głowy, żeby podkopywać autorytet ojca, choć były momenty, gdy jako kobieta mogła się poczuć zawiedziona, zagrożona. Nie, zawsze było: „Papcie na baczność, ojciec wraca!”. Powrót ojca to była święta sprawa.
– „W łonie matki mnie utkałeś”…
– No tak. Fundament dostałam od mojej mamy i dostawałam go przez całe życie. Ona nie wyobrażała sobie, że można zostawić męża. Zawsze trzymała stronę Marcina. Zawsze w tle było ratowanie, żeby coś się nie rozpadło. Jako młoda dziewczyna wiele razy byłam na nią wściekła z tego powodu. Marcinowi gorzkie słowa mówiła teściowa, czyli jego mama. Moja go chroniła, zawsze widziała w nim jasną stronę.

Zresztą ja to wszystko troszeczkę inaczej rozumiem. Bo widzisz, my jesteśmy kilkanaście lat na Drodze. W neokatechumenacie. Człowieka ratuje ta chwila, gdy zrozumie, że Bóg ma wobec niego swój plan. Że nic w jego życiu nie dzieje się bezsensownie. Ja dzisiaj dziękuję za alkoholizm Marcina, bo ten alkoholizm nas może przed wieloma rzeczami uchronił… od wielu uwolnił. A ty nie wierzysz, że wszystko, co się dzieje, jest dobre?

– Jest dobre wtedy, gdy sprowokuje człowieka do przemiany, ale… Znałem ludzi, którzy pili od dzieciństwa i pijani umierali. Całe życie nie wytrzeźwieli…

Wtrącił się milczący do tej pory Marcin. Umówiliśmy się, że potowarzyszy nam na początku rozmowy, a potem się ulotni. Ale się nie ulatniał, słyszałem nawet, jak poinformował przez telefon, że nie przyjedzie o umówionej godzinie na budowę. Słuchał nas i jednocześnie wertował Biblię.

– Patrzcie, dzisiaj jest takie czytanie z Koheleta: „Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, by się nią trudzili. Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca”. To jest nie do pojęcia, że Bóg na założyciela narodu wybranego powołuje Abrahama, oszusta, człowieka, który w Egipcie handlował swoją żoną. Niby ze strachu, ale potem zobaczył, że na urodzie swej żony może zbijać interesy. Dla mnie Biblia jest codzienną porcją nadziei, że taka nędza jak ja ma do wykonania jakieś zadanie.

Magda pokiwała głową.

– Im więcej jest rzeczy, których nie pojmuję, tym bardziej jestem pewna, że Bóg to wszystko trzyma. Ale nie zawsze tak było. Kiedy poszłam na grupę AlAnon, to chciałam tak ją zreformować, żeby tam nie padało słowo Bóg. Strasznie byłam zbuntowana. Krzyczałam: „Gdzie On był, jak to wszystko się waliło?!”.
– A jednak pobiegłaś do Niego po pomoc. Pamiętasz ten swój krzyk w kościele dominikanów? Dlaczego nie wytrzymałaś akurat wtedy? Przetrwałaś najgorsze… Przetrwałaś Niemcy.
– Postawiłam się, bo już miałam inną świadomość. Od pół roku byłam na grupie AlAnon. Nie można się biernie godzić na wszystko. Miałam przeczucie, że Marcin tego dnia zapije, mówiłam to swej koleżance. Wracam do domu o szóstej, jego nie ma. Po chwili sąsiad zrzucił go pod drzwiami. To było jak trzęsienie ziemi. Wszystko we mnie pękło. Na drugi dzień poszłam do dominikanów. Wołałam przez łzy: „Boże, zabierz mi ten alkoholizm!”.
– Marcin mówił, że krzyczałaś, żeby to jego zabrał…
– Nie przypomnę sobie, jak to było. My zgadaliśmy się na ten temat parę lat temu. Najważniejsze w tym było to, że oboje osiągnęliśmy dno w sensie działania po ludzku. Oboje musieliśmy oddać wszystko Bogu. Pamiętam, że kiedy wyszłam z kościoła, to się uśmiechałam, bo wiedziałam, że coś się stanie. Zupełnie jakbym była nienormalna.
– I co się stało? Kwiaty, prośba o przebaczenie, przysięga, że już nigdy nie sięgnie po butelkę? Dlaczego się nie zgadaliście, że każdy zaznał jakiegoś przełomu?

Marcin kręci głową.

– Czułem, że Jezus mnie dotknął, ale co miałem mówić? Przecież ja już sto razy przyrzekałem, że nie będę pił. Dlaczego Magda miałaby w to uwierzyć?

Suchy

– Dwudziestego trzeciego marca pojechałem do Zakroczymia na rekolekcje trzeźwościowe. Wyspowiadałem się u ojca kapucyna, który w czasie wojny był w Dachau. Ojciec Benignus, z brodą, przypominał ojca Pio, powiedział mi, że Pan Bóg mnie kocha takiego, jakim jestem. Za pokutę dał mi jedną Zdrowaśkę… Byłem wstrząśnięty. Za te wszystkie złodziejstwa i kłamstwa, za to wszystko, co zrobiłem żonie, dzieciom, Bóg podarował mi nowe życie. Powaliło mnie miłosierdzie. Z dwoma kolegami poszedłem podpisać deklarację, że nie będę pił. Obaj wytrwali w trzeźwości.

Ksiądz mówi, podpiszcie, na ile kto chce, ale najlepiej na rok. No to Andrzej, trzymając różaniec, nagle oznajmia, że podpisuje do końca życia. To ja powiedziałem, że też.

Przyjechałem z tym dyplomikiem do domu. Ale zamiast zachwytu w oczach Magdy zobaczyłem przerażenie. „Co ty zrobiłeś? Człowiek nie może ręczyć, że będzie coś robił zawsze. Nie wiesz, co cię spotka”.

Magda się śmieje i potakuje.

– No tak, byłam przerażona. Przez myśl mi nie przeszło, że on może nie sięgnąć po butelkę. Strach, co będzie, jak teraz zapije?
– Jednak wiara i łaska mnie niosła. W czerwcu 86 miałem 4 miesiące abstynencji. Pojechaliśmy z kolegami z AA do księdza Jana Chrzanowskiego, którego w ogóle wtedy nie znałem. Prosił mnie, bym powiedział parę słów w kościele. Cały struchlałem. Objął mnie z taką miłością, przytulił. Mnie, tego gnoja. Ile razy go widzę, to zawsze go w rękę całuję.

Chodziłem na AA trzy razy w tygodniu. I nadal grałem w karty z kolegami z grupy, bo nie miałem swojego życia. Jak widziałem knajpy, to przechodziłem na drugą stronę, odczuwałem fizycznie, jakby miał mnie wchłonąć jakiś wir.

Początki niepicia były ciężkie dla rodziny. Byłem dla niej nadal nieobecny. Jedynym problemem dla mnie było trzeźwienie, a raczej niepicie. Dwa lata się boksowaliśmy. Ciągle kłamałem. Mówiłem, że idę do pracy, a nic nie robiłem. Użalałem się nad sobą. Mam 33 lata i jestem jak worek mięsa. Nic nie umiem. Nie umiem podjąć decyzji, żadnej. Dorosły… Nikt, niedojda. Wszczynałem z tej niemocy awantury. Madzia zaczęła mnie prowokować, jakby chciała powiedzieć: „Idź się napij”. Dostałem dar, ale jako człowiek nic się nie zmieniłem. Po jednej z awantur wyszedłem w końcu się napić. Już stałem na Placu Wolności w kolejce po piwo, w kuflach. „Ty…, ci pokażę, teraz ci pokażę!” – byłem nabuzowany, wyzywałem nadal w duchu żonę. Byłem dwa miejsca od nalewacza i oprzytomniałem. Zadzwoniłem do sponsora. W AA niektórzy mają do pomocy kogoś z większym okresem trzeźwości, bardziej dojrzałego. Wyratował.

Po dwóch latach mego niepicia, okresu „suchości”, nasze małżeństwo było w proszku. Skąd miałem mieć pokorę? Byłem pyszny jak paw. Osiemnaście lat piłem.

Owoce sykomory

– Magda, jak to możliwe? – spytałem. – Wytrzymałaś tyle lat. Stał się cud, u dominikanów. Czy to nie była nagroda na tyle wielka, że wszelkie późniejsze kłopoty powinny się wydawać na miarę człowieka? A tobie właśnie wtedy puszczają nerwy. Nie bałaś się, że po tych kłótniach znów znajdziesz zasikanego męża na wycieraczce przed drzwiami?
– Marcin całe życie uciekał z domu. Prowokowałam, żeby zapił, bo nic się nie zrealizowało z moich oczekiwań. Nie było go dla mnie, dla domu.
– Ale minął koszmar.
– Uważałam, że skoro już jest, to niech będzie dla mnie, a nie, że ja widzę, jak na grupach się ściska z dziewuchami. Bryluje, świeci. Wyjeżdża w dzień i w nocy, by ratować kolegę czy koleżankę, która zapiła. O ratowaniu domu, rodziny nie myślał. Wiele kobiet, żon alkoholików, którzy przestali pić, miało te same zastrzeżenia. Oni są tak szczęśliwi, że nie piją, że cały czas się ściskają. A ich żony były odrzucone w czasie picia i kiedy przestali – to samo. „Co się musi wydarzyć, żebym weszła na swój tor, żebym odebrała, co mi się należy?” – płakałam. Kiedy pił, mogłam mieć nadzieję czy się łudzić, że jak wytrzeźwieje, to się zmieni. Teraz nie pił i był dla mnie bólem. W nic już nie wierzyłam. Nie zdawałam sobie sprawy, że alkoholik zwykle tyle lat musi trzeźwieć, ile pił. Rodziny alkoholików rozpadają się najczęściej, gdy jedno przestaje pić i spostrzegają, że nic ich nie łączy albo nic nie są w stanie zbudować. Za mało się mówi, że wraz z trzeźwieniem jednego z małżonków musi „trzeźwieć” także drugi, ten, który nie pił.

Nasz syn miał ogromne problemy. Najpierw obsesyjnie rozpowiadał wszędzie, co się stanie, jak tatuś wróci. Tatuś z nim będzie jeździł na rowerku, będzie chodził do kościółka, będzie z nim rozmawiał. Powrót ojca okazał się dla dzieci katastrofą. Kiedy był w Niemczech, co prawda nie mieli ojca, ale mieli poukładany dom. W wielu sprawach pomagała mi matka. Mieli porządek, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Wrócił tata i nie dość, że nie spełniły się ich marzenia, to jeszcze wszystko runęło. Powrót tatusia okazał się klęską. Ten, który miał być powodem do dumy, leżał pijany pod płotem na widoku wszystkich. Natychmiast zaczęły się nagany dla Maćka. Potem tatuś zaczął trzeźwieć. Nie pił, ale nadal nie widział swoich dzieci. Szczególnie starszy syn przez lata nie był w stanie mu wybaczyć.

– Nie wiedziałem, jak się rozmawia z dziećmi. Ze mną nikt nigdy nie rozmawiał – Marcin to mówi takim tonem, jakby tłumaczył, dlaczego tak było, ale wcale się nie chciał usprawiedliwiać.
– I co się stało? Jaki cud musiał się wydarzyć, żebyście siebie odnaleźli?
– Nie mogłam już sobie poradzić. Krzyczałam na dzieci w bezradności. Pewnego dnia siedziałam na środku ciemnego pokoju i mówię, że zwariuję. Czułam się totalnie odrzucona. Czekałam na czułość, a on wracał, brał gazetę lub książkę, a potem nagle dzwonił telefon i wybiegał przejęty kogoś ratować. Tego dnia wszedł i jak zobaczył mnie w tym ciemnym pokoju, pyta, co jest. Powiedziałam, że musimy porozmawiać. Do tej pory się tylko żgaliśmy. I nagle jakby się otrząsnął. Powiedzieliśmy sobie o swoich oczekiwaniach. Nie tylko ja mówiłam o swoich żalach, ale on także. O tym, że cały czas czuje się kontrolowany. Ciągle żyłam strachem, że zapije, stąd ten odruch wąchania, wydawało mi się, że dyskretnego, który go ranił. Coś tej nocy puściło. Zaczęliśmy rozmawiać o nowym życiu. Zaczął mnie przytulać. Przez pierwsze dni wydawało mi się to takie nieporadne, sztuczne, wymuszone przez moją skargę. Ale z czasem ta czułość stała się prawdziwa… Nie umiem tego nazwać. Wiesz, to coś tak jak z sykomorą. Jadłeś kiedyś sykomorę?
– Nie…
– Jest niezwykle gorzka, dopóki jej nie przekłujesz. Tak jest z naszym sercem. Dlatego Jezus kazał wejść Zacheuszowi na sykomorę.

Biznesmen

– Pewnego dnia zacząłem z kolegą z AA handlować masłem. Kupowaliśmy cały samochód masła i sprzedawaliśmy w ciągu dnia za dwukrotną cenę. Sklep na kółkach, żadnych podatków, czysty zysk. Pieniądz płynął strumieniem. Przeprowadziliśmy się do pięknego mieszkania na osiedlu. Potem sprowadzaliśmy z Austrii pomarańcze. Nie dojechaliśmy na targ, a wszystko nam wykupili. Interes taki, jak w tamtych czasach, korzystanie na braku przepisów, bez cła, łapówki. W końcu przerzuciliśmy się na handel pościelami i ręcznikami. W kilku miastach mieliśmy hurtownie. Kupa forsy, nie wiedzieliśmy, co z nią robić. Kupiliśmy fabrykę. Za dwa miliardy starych złotych gotówką. Dwaj niepijący alkoholicy. Fabryka bawełniana, zatrudnialiśmy pięćset osób.

Wybudowałem ogromną willę, pałac. Mieliśmy służbę, pieniędzy tyle, że szafy się nie zamykały. Auto za półtora miliarda. Chciałem pokazać, że jestem ktoś. Ilu miałem przyjaciół, którzy klepali mnie po plecach. Jeździłem do Warszawy, gadałem z ministrami. Byłem prezesem klubu piłkarskiego i za moich czasów wprowadzaliśmy go do I ligi. Pan Bóg odbiera rozum, jak chce kogoś ukarać. Wydawałem pieniądze, które kombinowałem w chory sposób, po to, żeby ktoś sobie biegał po boisku. Robili mi zdjęcia, a ja rosłem w próżność. Chociaż cały czas chodziłem na AA. Nie zapominałem, że dzięki temu, że tam jakoś uporządkowałem swoje życie, stanąłem na nogi. Po przerobieniu Szóstego Kroku, który nakazuje trzeźwiejącym alkoholikom zadośćuczynić za wyrządzone szkody – te, które można – pojechałem do Hanoweru. Zajeżdżam z kolegą, właściwie kierowcą, do mojej Trinkhali, gdzie wypiłem morze piwa na krechę. Wchodzę i szok! Koło baru na żółtej kartce napis: „Martin Pole…” „Marcin Polak winien dwa i pół tysiąca marek…”. Ta kartka wisiała cały czas przez te parę lat. Wyjąłem banknoty. Opowiedziałem barmanom o moim wyjściu z nałogu. Szczęki im poopadały… Nie mogli zrozumieć.

* * *

– Wszystko miałem, tylko że żona nie odbierała naszego dobrobytu jako błogosławieństwa. Chciała żyć skromnie i spokojnie. Prawda, Madziu? – Marcin zwraca się do żony ze śmiechem, a ona potakuje i oboje się śmieją nad sobą z tamtych czasów. Magda przyniosła albumy. Pokazuje mi zdjęcia z owych chwil „świetności”. Piękny ogród, wspaniała willa. Goście, goście, uczty, grille, Marcin w garniturze, Marcin w markowym dresie. Są także stare zdjęcia z Niemiec, jeszcze nad kuflem.

– Któregoś dnia mój wspólnik poszedł do kasyna. Wygrał 30 tysięcy, wrócił, i znów poszedł, ale już nie wygrał, tylko przegrał. Ja byłem na tyle głupi, że nie umiałem temu zaradzić. Brał pieniądze z kasy i szedł do kasyna. Mówił, że jedzie kupić bawełnę. Trzy razy kupił, a dwa razy nie kupił. Byłem głupi, nie nadawałem się do tego biznesu. Dałem wspólnikowi pełnomocnictwa i pojechaliśmy na wakacje. Po paru dniach dzwoni gosposia i mówi, że przyszli panowie i wszystko nam plombują i zabierają.

Moja pycha została nakłuta.

Nie, nie załamałem się. Nie sięgnąłem po alkohol.

Przesiadka

– Gdy dziś pomyślę, że byłbym fabrykantem, to jestem szczęśliwy, że ten wspólnik zaczął grać w kasynie. Błogosławię Boga, że jestem głupi i nie muszę brać udziału w tych jazdach do Warszawy. Kiedyś usłyszałem, że jeśli Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko będzie na swoim miejscu. Ale trudno mi to było zrozumieć, bo w ogóle nie znałem Boga. Moja żona dowiedziała się kiedyś w AlAnon o rekolekcjach neokatechumenatu. Jeszcze kiedy byłem fabrykantem. To nie były takie normalne rekolekcje, których człowiek wysłuchuje i być może zapamięta jakieś zdanie dla siebie. Te rekolekcje to był początek drogi. Madzia chwyciła się tego. W sobotę szła na mszę świętą, która trwała 2, 3 godziny. Wyjeżdżała na spotkania. Byłem zadowolony, że znalazła swoją oazę. Ja miałem swój biznes. I kiedy zbankrutowaliśmy, ona już była zmieniona, przygotowana na ten wstrząs, na to, że nagle przyjaciele, znajomi dziwnie wyparowali. Przedtem podśmiechiwałem się z jej modlitw. Taka jej nieszkodliwa pasja, hobby. Teraz, gdy zostałem bankrutem, spojrzałem na nią inaczej.

Po bankructwie jeszcze 2, 3 lata mieszkaliśmy w naszym domu. Tylko meble i samochody pobrali. Potem sprzedaliśmy mieszkanie, kupiliśmy małą działkę. Nie chcę o tym mówić w szczegółach, bo kombinowałem, oszukiwałem, unikałem komorników. Wstydzę się tego mataczenia, nawet teraz, jak o tym mówię, ale taki byłem, składałem się z przekrętów. Trudno się przyznać, że jest się oszustem. Tak… Prowadziłem grę, która i tak nie uchroniła mnie przed sprzedażą domu, ale poszukałem jakiejś chwilowej kwatery i kupiłem działkę. Znów zacząłem budować dom. Kilka razy mniejszy. Maleństwo na naszą miarę.

W tym czasie zacząłem prowadzić biuro obrotu nieruchomościami. Jakieś drobne pieniądze na początek miałem. Przesiadłem się z mojego luksusowego auta do starego fiata 125. Wydawało mi się, że wszyscy znajomi się śmieją. Bzdura. Czy to jakaś różnica, jakim samochodem człowiek jeździ? To jest w człowieku, to było we mnie. Dla wielu ludzi moje bankructwo nie miało znaczenia, ale ja się czułem, jakbym na czole miał jakieś znamię. To tak jak z alkoholem, kiedy przestajesz pić, to ci się wydaje, że wszystkim zależy, żebyś się napił, a jak nie, to się obrażają. Ja miałem takie rzeczy w głowie. Sądziłem ludzi według siebie. Pracował u mnie kiedyś prawnik, a ja się z niego podśmiechiwałem, że ma słaby wóz. I potem go spotkałem na skrzyżowaniu. Ja tym starym fiatem, a on w jakiejś limuzynie. Kiedy na mnie spojrzał, myślałem, że się zapadnę pod ziemię.

Ciągle chodziłem na AA. To było jedyne środowisko, gdzie czułem się pewnie. Tam nikt krzywo na mnie nie patrzył. Możesz tam gadać, co chcesz. Raz się wywiązała rozmowa o Kościele. Nagle ludzie zaczęli mówić, że niepokalane poczęcie to jest pieprzenie papieża. Doznałem poczucia wstydu, bo po niemiecku umiałem, a nic nie wiedziałem o swojej religii, nie wiedziałem, co to za święto Niepokalanego Poczęcia. Wiedziałem jedynie, że Matka Boska urodziła bez stosunku. Byłem zażenowany, było mi źle. Wróciłem w nocy do domu, obudziłem żonę i pytam, czy ta jej wspólnota jest w Kościele, bo jeśli tak, to chciałbym się do niej przyłączyć.

Madzia była już tam trzy i pół roku i nagle ja tam wszedłem ze swoją osobowością, z przebojowością. Nie umiem być z tyłu.

– Przez następne trzy miesiące wspólnota wiedziała o nas więcej niż my sami przez wszystkie lata – śmieje się Magda.
– Nie była zadowolona, że przyszedłem. Miała dosyć moich ambicji, kompleksów.

W 1996 roku w dziesięciolecie mojego niepicia wybrałem się na pielgrzymkę do Częstochowy. Drugi raz. Pierwszy raz poszedłem w 91 roku jako dziękczynienie za trzeźwość, za fabrykę, za dobrobyt. Zostawiłem auto. Nie wziąłem ani grosza. Poszedłem z moim synem. I pamiętam, że jak wychodziliśmy z domu z plecakiem, to mówiłem, jak to możliwe, przecież ja nie dojdę nawet do katedry. A to było raptem 2, 3 kilometry. Ale ruszyłem. Najciężej na początku było mi prosić ludzi o nocleg. Byłem biznesmenem, wynajmowałem, jakie chciałem, hotele. W trzech czy czterech domach mi odmówili. Ciężkie przeżycie. „O wy… mógłbym was kupić…” – kląłem w duchu. Musiałem poskromić pychę. Ale doszedłem do Częstochowy. 300 kilometrów.

Ten drugi raz wybrałem się już jako bankrut. Po stu siedemdziesięciu kilometrach mnie cofnęli. Moje ciśnienie oszalało. Lekarz powiedział, że nie wolno mi iść ani kroku dalej, bo nie ręczy za moje życie. Miałem do pogadania z Matką Boską, ale widać taka była wola… Stanąłem u wylotu miasta, by złapać stopa i wrócić do domu. Kiedy w czasie jazdy opowiedziałem gościowi swoją historię, mówi: „Panie, ja jestem niewierzący, ale jeszcze dzisiaj pójdę do kościoła”. Nigdy więcej go nie widziałem.

W każdym razie prawdziwe cuda w moim życiu wydarzyły się dopiero później. Niedługo Bóg kazał mi wyjść przed namiot i policzyć gwiazdy…

Cdn.

Dzieje Abrahama Wyrwikufla (I)
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...