Dzieje człowieka – misterium prawdy

Dzieje człowieka – misterium prawdy

Zawsze pójdziemy albo drogą Piotra, albo Judasza. Istnieje ostatecznie tylko definitywna odmowa (nawet jeśli dokonuje się poprzez całkowitą obojętność) albo droga do Boga przez własną słabość. Trzeciej drogi nie ma.

Chrześcijaństwo niesie integralne przesłanie, że sensem dziejów, człowieka i ludzkości jest odsłona prawdy. „Na przełomie wieków”, „u progu nowego tysiąclecia”, warto do tego rozumienia prawdy wrócić.

Wyjście na jaw

Zacznę od bardzo charakterystycznej właściwości pewnych wyrażeń. Ktoś głosi prawdę, ale prawda równocześnie się wyłania. Ktoś poszukuje prawdy i dąży do niej, ale prawda także się objawia. Ktoś mówi prawdę, ale bywa, że — powiemy mocniej — jego słowa tchną prawdą. Mówi się prawdę w oczy, ale ona sama jak oliwa na wierzch wypływa. Raz ja szukam prawdy, drugim razem ona sama dochodzi do głosu.

Cytowane wyrażenia podkreślają bierność człowieka. Ktoś, kto w sposób nieoczekiwany zostaje skonfrontowany z doniosłą dla siebie treścią, z narzucającą się i bezsporną jej prawdziwością, rozpoznaje nagle siebie. Sposób, w który uprzytamniam sobie sens i jego prawdziwość, oddam trafniej, gdy powiem, że nawiedził on myśl, niż że został wymyślony, odkryty. Niewątpliwie, to ja go zrozumiałem, ale ten sens odsłania mi się samodzielnie.

Takie prawdy bywają bolesne. Zdarza się, że cierpimy z ich powodu. Spoglądamy prawdzie w oczy, chociaż jest gorzka, jak ma to miejsce w doświadczeniu głosu sumienia, poczucia winy. Przyjrzyjmy się sytuacjom, w których takie ujawnianie się prawdy ma miejsce.

Ktoś pije, bierze narkotyki, ale równocześnie jest najdalszy od uznania, że jest alkoholikiem, narkomanem. Odrzuca z uśmiechem samą myśl, obraża się nawet, gdy mówi mu to ktoś bliski i kochający, kto widzi jego degradację i nad nią boleje. Wreszcie nagle, i nie bardzo wiadomo dlaczego, w całej jaskrawości staje przed nim prawda o jego słabości. Ludzie mu o niej mówili, ale on to odrzucał. Teraz sam zacznie tak siebie opisywać. Pomiędzy jedną a drugą wypowiedzią jest moment nawiedzenia przez prawdę. Nie tylko jej nie szukał, ale także się jej przeciwstawiał. Mimo to ona go dosięgła. I jest tu sens mówić o prawdzie, bo uznana zostaje nie sama treść — fakt pijaństwa i narkotyzowania jest przecież oczywisty — ale przyjęta zostaje prawdziwość diagnozy: jestem pijakiem, jestem ćpunem. To rozpoznanie jest szokiem i bólem, ale przede wszystkim ujawnia prawdę. Jej cenności się wtedy nie czuje. Sprawia cierpienie, ale jest. Prawda doszła do głosu.

Wszelkie zabiegi psychologiczne mogą być ledwie przygotowaniem, ale dobrze wiadomo, że ta chwila prawdy wykracza poza psychologię. Psychoterapeuta nie ma nad nią władzy, chociażby bardzo się starał. Psychologowie zdają sobie sprawę z własnej bezradności, gdy swoimi zabiegami usiłują zmobilizować alkoholika czy narkomana do tego, by uświadomili sobie własną kondycję. Uprzytomnienie sobie ruiny zdrowia, rozpadu relacji z bliskimi także jeszcze nie prowadzi do uzyskania tej świadomości. Wielu to sobie uświadamia i nad tym boleje, ale za mało tego, by prawda o własnej słabości doszła u nich do głosu. Zdarza się, że ludzie przestają pić ze strachu, z powodu wrażliwości na krzywdę, którą swoim zachowaniem wyrządzają innym, ale nie bywa to równoznaczne z odkryciem i zaakceptowaniem prawdy o sobie. Utrata poczucia własnej godności, samoponiżanie też nie ma nic wspólnego z tą prawdą.

Przez lata ojciec wykorzystuje seksualnie swoją córeczkę. I wreszcie cała sprawa się wydaje. Dzieje się to przypadkiem. Mamy tutaj nagłość, zaskoczenie. Gdy jednak powiemy, że ujawniła się wstrząsająca prawda, to formuła ta opisuje coś zdecydowanie więcej niż ujawnienie okropnych faktów. Najważniejsze w tym ujawnieniu jest to, że dzięki wydobyciu na światło dzienne podłego procederu, może on być przerwany. Jak długo był skryty, tak długo trwała bezbrzeżna krzywda dziecka. Zło działało. Teraz odsłonięte, traci swoją jadowitość. Przestaje krzywdzić. W poprzednim przypadku jest dokładnie tak samo. Dopiero ujawnienie prawdy o własnej słabości pozwala na autentyczne wydobywanie się z niej. Człowiek może się zacząć wewnętrznie zmieniać, a nie tylko przestać pić na przykład ze strachu przed chorobą. Takie przytajenie uzależnienia może być spowodowane lękiem przed konsekwencjami, często jego czasowe osłabienie nie jest jeszcze równoznaczne z jego zniszczeniem.

Ujawnienie prawdy o molestowaniu seksualnym czy jakimkolwiek innym złu nie polega oczywiście tylko na tym, że zostaje ono wyciągnięte na forum. Epatowanie opinii publicznej takimi rodzajami zła, w czym celują dzisiaj media, jest w tej sprawie zupełnie bez znaczenia. Wystarczy, że patrzy ktoś, kto widzi ten rodzaj zła. Jego ingerencja, jego spojrzenie napełniają mrok światłem, od którego zło stroni. Prawda o złu musi odbić się w tym zewnętrznym spojrzeniu. Nie może to być wspólnik lub tylko ciekawski.

Przywołane dwa zaledwie przykłady są typowe dla tego doświadczenia, które opisujemy wyrażeniem ujawnianie prawdy. Niekoniecznie musi być to prawda o własnej słabości, złu moralnym, jak to ma miejsce w tych przykładach. To najtrudniejszy scenariusz. Są łatwiejsze. Oto osoba odkrywa swe najgłębsze powołanie życiowe, znalazłszy się w określonej, zadanej przez warunki zewnętrzne sytuacji. Albo poważna rozmowa z drugim człowiekiem staje się impulsem do uświadomienia sobie doniosłej moralnie prawdy, chociaż nie ona była przedmiotem dyskusji, świadomego zabiegania o nią. Są też zdarzenia w ludzkich losach uświadamiające miłość, którą żywi się do kogoś i o której jeszcze się nie wie.

I charakterystyczne jest w tym, że to nie sytuacja warunkuje ujawnienie się prawdy, że nie sposób dopatrzyć się tu związków przyczynowo–skutkowych. My w najlepszym razie wytwarzamy pewien klimat, pewne środowisko, w którym prawda może się wydarzyć, w którym jej tchnienie nas dosięga, w którym może dojść do głosu.

Prawda nastaje często wbrew woli, chociaż tej woli nie łamie. Odsłonięte łotrostwo ojca nie zmienia go moralnie. On sam może chcieć dalej zła, które czynił, ale ten podmuch prawdy najczęściej skłoni innych do blokowania mu dalszej możliwości czynienia zła. Lepiej lub gorzej zabezpieczy dziecko przed krzywdzicielem.

Przykłady przekonują, że za wyrażeniem „ujawnienie prawdy” stoi znaczące i bogate doświadczenie. Poszukajmy sytuacji, gdzie fenomen ten osiąga swe optimum.

Ponaglenie Judasza i uprzedzenie Piotra

W tym celu zaryzykujmy analizę fragmentu rozmowy zapisanej u św. Jana (13,21–38), która miała miejsce podczas Ostatniej Wieczerzy. Błysk prawdy, który pojawia się w rozmowie Jezusa z Judaszem i później z Piotrem, promieniuje przenikliwym światłem. Ujawnienie prawdy dotyczy tu ludzkiej słabości i grzeszności, czyli tego, co w nas opornie ustępuje przed prawdą. Tamta noc, gdy ujawniły się zamysły serc wielu, była nocą prawdy.

Ostatnie słowa, które Jezus kieruje podczas Ostatniej Wieczerzy do Judasza, brzmią: „Co chcesz czynić, czyń prędzej”. To jest przynaglenie. Jezus wie, że Judasz go zdradzi, i przynagla go do tego. Od takiej interpretacji uciekamy, bo zdaje się, że ona rzuca cień na doskonałość Jezusa. Dobrze wiemy z własnego doświadczenia, że w naszych ponagleniach kryje się niedopuszczalny nacisk na cudzą wolność. W tych różnych: „pośpiesz się”, „szybciej”, „proszę wziąć się do roboty”, tkwi coś, co przymusza do pośpiechu. Ponaglenie Judasza nie podoba się nam jeszcze z innego powodu. Ponaglić kogoś do spełnienia czynu to wziąć współodpowiedzialność za ten czyn. Wygląda to i głupio, i obrazoburczo: Jezus miałby udział w zdradzie samego siebie! Ten nonsens trzeba odrzucić w sposób racjonalny.

Judasz wobec Jezusa, który nad nim płacze, wobec ostatniej szansy wycofania się ze zdrady symbolizowanej przez podanie kawałka chleba, postanowił definitywnie i nieodwołalnie, że zdradzi swego Nauczyciela. Ta decyzja dojrzewała długo. Jeszcze w tym momencie można było się z niej wycofać, chociaż było to już niesłychanie trudne. Teraz stała się ostatecznie nim samym. Judasz prawdziwie chce zdradzić i to „chce” nabrało charakteru ostatecznego. Jezus wypowiada to ponaglenie wtedy, gdy ono nie może wywrzeć żadnego nacisku na wolę Judasza, bo ten już podjął decyzję. Mówi: „Co chcesz uczynić”, odwołując się do jego decyzji, która raz na zawsze zamknęła przestrzeń wolności Judasza.

Dlatego, że ta przestrzeń jest zamknięta, Jezus nie ma najmniejszego współudziału w zdradzie Judasza. On tylko przyśpiesza konsekwencje tego wyboru i czynu. Zło nie tylko zostało ujawnione, gdy Jezus wskazał na osobę zdrajcy, ale jego obecność ma się ukazać w działaniu. To znaczy, że szybciej przegra, że szybciej dopełni się Boże zwycięstwo. Taki sens mają słowa Jezusa po wyjściu Judasza: „Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy” (J 13,31–32). Dopóki zło trwa utajone, dopóki czai się nieujawnione, dopóty Bóg nie może odebrać należnej Mu chwały. Dopóki zło wykluwa się i gra z ludzką wolnością, dopóki trwa tam niedookreślone, mętne, dwuznaczne, dopóki nie zwróci się wprost przeciw Jezusowi, dopóty On nie może go unieszkodliwić. To unieszkodliwienie jest tytułem do Jego chwały.

Dobro i zło, miłość i nienawiść, zachwyt Bogiem i wstręt wobec Niego, niechęć do Niego i pragnienie Go są w nas niedookreślone. Stanowimy zbitkę jednego i drugiego, mieszankę. Gdy zło osiągnie swoją masę krytyczną i postanowi uderzyć w Jezusa, jak ma to miejsce w momencie definitywnej decyzji Judasza, już wtedy zaczyna On doznawać chwały Zbawiającego od zła, Unicestwiającego zło.

Ujawnianie zła przez Boga polegające na odsłonięciu prawdy jest równocześnie przyspieszaniem jego klęski. Odkrywanie prawdy o złu towarzyszy odkrywaniu prawdy o Bogu, przysłoniętej przez tę strefę szarości. Zło ujawnione jest złem przegranym niezależnie od ilości cierpień, które jeszcze wywoła. Jego siła jest w tym zatajeniu swej natury, w pokątnym i nieujawnionym wpływie, w niezauważalnej obecności.

Zupełnie inaczej jest z Piotrem. Piotr wyznaje Jezusowi swą miłość i oddanie. Tyle znaczy to żarliwe: „Życie moje oddam za Ciebie”. Odpowiedź, którą słyszy: „Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz”, jest uprzedzeniem. Piotr wyznaje miłość, która nie podejrzewa siebie o słabość. Jezus pomaga mu ją zobaczyć, uprzedza, że ta słabość dojdzie do głosu. W tym, co mówi, nie ma smutku rozczarowania. Nie ma zarzutu. Wiedziony mądrą miłością, uprzedza fakt. Prawda zostaje ujawniona. Jezus odsłania Piotrowi to, czego on sam o sobie nie wie. Odkrycie tego, co nastąpi, nie polega na prostym przepowiadaniu wydarzeń i zachowań. Słowa Jezusa mają większą moc.

Po pierwsze nie ograniczają wolności Piotra. Ludzie, którzy wierzą w przepowiednie, sądzą, że „tak musi już być”. Piotr wierzy słowom Jezusa, ale doświadcza też prawdy swego serca, prawdy swych przeżyć. One mówią coś zgoła przeciwnego. Jest rozdarty. To rozdarcie boli, ale pozwala zachować czujność. Piotr upadnie nie z powodu fatalizmu, nie z powodu braku czujności. Trudno nie być czujnym, gdy się usłyszało takie słowa. On upadnie, bo jego wolność nie sięga sytuacji, w której się znajdzie. Póki co rządzi nim bez reszty słabość. Rządzi z ukrycia, z nagła, z zaskoczenia. I wola Piotra jest tu bezradna.

Po drugie przyśpieszają dojrzewanie duchowej sylwetki Piotra. Czy bez słów Jezusa uświadomiłby sobie, że jest w nim otchłań, która się w nim otwarła na dziedzińcu arcykapłana? Czy żałowałby drobnego kłamstewka, które ukuł naprędce z miłości do Mistrza? Gdyby nie wspomniał na słowa Jezusa, czyż zapłakałby łzami skruchy? One go oczyszczają. Dzięki nim się dopiero nawraca. Dzięki nim staje się definitywnie Skałą. Krystalizuje się jego duchowy kształt. Słowa Jezusa są zbawcze, bo ujawniając prawdę o słabości miłości Piotra, pomagają mu w osiągnięciu duchowej pełni.

Chrystus w obu sytuacjach odsłania prawdę o złu i słabości. Słowo „odsłania” nie oddaje wszystkiego, co się tu dokonuje. To rzeczywiście misterium prawdy. Ujawnieniu ulega prawda ludzkiego serca, prawda jego podstawowego wyboru, dokonuje się krystalizacja rdzenia duchowego człowieka. To nie dwie historyjki z wyjątkowych wydarzeń męki Pańskiej, ale droga każdego z nas. Nie ma innych dróg do wieczności niż te dwie. Obojętnie, jak będą wyglądać konkretne losy każdego w charakterystycznych tylko dla niego detalach. Zawsze pójdziemy albo drogą Piotra, albo Judasza. Istnieje ostatecznie tylko definitywna odmowa (nawet jeśli dokonuje się poprzez całkowitą obojętność) albo droga do Boga przez własną słabość. Trzeciej drogi nie ma.

Apokalipsa — misterium prawdy 1

Nie potrafimy samodzielnie pozbyć się obecnego w nas zła. Brak nam wystarczającej przenikliwości umysłu, brak siły woli. Wykorzystuje ono nasze słabości. Istnieje na przykład inercja ludzkiego umysłu. Jeden z jej przejawów polega na tym, że nie przeszkadza nam bezkształt pojęciowy. Żyjemy w świecie, którego do końca nie nazwaliśmy, chociaż zasadniczo potrafimy to robić. Zło korzysta z tego, że nikt nie próbuje go nazywać. Dzięki temu bezkarnie działa. Karmi się brakiem radykalizmu w naszym odniesieniu do prawdy. Potrafimy rozpoznać pewne rodzaje nieprawdy, ale nie czynimy tego. Podobnie pasożytuje na ułomności naszej wolności. Mogliśmy o czymś decydować, leżało to w naszej mocy, ale rezygnujemy. Żeruje na naszej tępocie i obojętności aksjologicznej, na tym, co wymyka się naszej wrażliwości moralnej. Bywa, że przemyślnie wplata się w dobrą wiarę człowieka, wykorzystuje jego wrodzoną dobroć połączoną z rażącym brakiem roztropności. Umieszczone tak poza zasięgiem rozumu, woli, serca, działa z ukrycia. Nie można go pokonać bez odsłonięcia. Paraliżuje i zwycięża je dopiero światło Prawdy. Dramat zaparcia Piotra musiał się dokonać. Każdy z nas przejdzie go także, chociaż jego scenariusze są absolutnie niepowtarzalne.

Jeśli taką drogą człowiek postępuje ku pełni swego ducha, to znaczy, że także dzieje w swej najgłębszej, duchowej warstwie będą mieć taki charakter. Zło nie tylko indywidualne, ale zło skryte w strukturach, relacjach społecznych, systemach politycznych, zło pasożytujące na wszelkiej międzyludzkiej komunikacji i więzi musi zostać odsłonięte — to będzie jego klęską.

Do rejestru ludzkich słabości, które zło spożytkowuje dla siebie, trzeba dodać jeszcze jeden rodzaj związany ze wspólnotową naturą człowieka. Każdy z nas zastaje kulturę, ustanowienia społeczne i jest nieuchronnie wydany na ich wpływ. Nie potrafimy go do końca uchwycić, przekracza naszą świadomość. Jest w nas bezwolność, nieusuwalna podatność na wpływ otoczenia. I na mocy tej właściwości naszej natury każdy z nas jest bezbronny wobec zła, które tędy nas dosięgnie.

Popatrzmy na coraz bardziej aktualne przykłady. Starzec, człowiek nieuleczalnie chory, kaleka w zbiorowości, która solidarnie podziela pogląd, że eutanazja jest gestem miłosierdzia. Dziecko w kulturze takiej jak nasza, która jest ślepa na wartość niewinności. Patrzmy jednak nie tylko na ofiary społeczeństwa gorszycieli lub eutanastów, ale na te miliony ludzi kolektywnie przeświadczonych, że zabójstwo starców jest cnotliwe, że gorszenie dzieci nie jest grzechem wołającym o pomstę do nieba. Zło wpisuje się w oczywistość powszechnego, acz fałszywego mniemania, powszechnej niewrażliwości etycznej, i działa. Im doskonalej zindoktrynowana wspólnota, im skuteczniej zachowana w stanie niewrażliwości moralnej, w trwałym stanie lekceważenia prawdy, spoganienia, tym trudniej jej członkom wyrwać się z oczywistości nieprawdy, która jest i faktem, i normą postępowania, i ideałem, do którego się dąży. Człowiek w takiej społeczności zostaje odcięty od prawdy przez duchowe wytwory, duchowy klimat wspólnoty.

Czas Apokalipsy, czas siódmej pieczęci, czas ostateczny to czas społeczności ludzkiej niemalże doskonale odizolowanej od Boga ze wszystkimi tego skutkami. Jest to zarazem czas niebywałego natężenia nieszczęść i cierpień ludzkości, która doznaje ostatecznych konsekwencji wybrania na początku dziejów własnej drogi, drogi bogoodstępstwa. Apokalipsę można i chyba trzeba odczytywać jako wstrząsający w swej wspaniałości obraz zwycięstwa prawdy. Na nim widać to, co ostatecznie mogą opisywać analizowane przez nas zwroty: „ujawnianie się prawdy” i „sprawczość”, „siła prawdy”.

Prawda wobec przemocy, bezczelności zakłamania czy przewrotności wydaje się często człowiekowi bezsilna. Tymczasem jej pozorna bezsiła jest jej mocą. Ona nie potrzebuje przemocy, by zwyciężyć, zwycięża swoją naturą. Im zło krzykliwsze, im bardziej brutalne, im więcej cierpienia i krzywd zadaje, tym bliższe swej klęski, bo tym bardziej jawne. Jego wrzaskliwość i dotykalność oznacza zaawansowany etap jego odsłonięcia. Już nie działa w półmroku, ale zostaje odkryte. Taki jest najgłębszy sens obrazów nieszczęść i kataklizmów, o których Apokalipsa opowiada.

Ludziom modlącym się znane jest bardzo charakterystyczne doświadczenie. Oto proszą Boga o usunięcie zła, które sprawia lub w którym żyje inny człowiek. Gdy zaś patrzą na następstwa swej modlitwy, widzą z niepokojem, że zło, zamiast ustępować, staje się coraz jadowitsze. Krzywdzi jeszcze okrutniej, jest jeszcze bardziej zuchwałe. Wtedy niejednokrotnie wątpią w sens swej modlitwy. Wydaje im się, że skoro zło przybiera na sile, to znaczy, że ich modlitwa nie została wysłuchana. Tymczasem jest właśnie odwrotnie. Odsłanianie się zła w całej pełni przyspiesza jego ostateczną klęskę.

Apokalipsa ukazuje ostatnie akty ludzkich dziejów jako ujawnienie natury szatana. Zostanie zdemaskowany. On i jego dzieła. Znajdzie się w blasku Prawdy. Zwycięstwo Boga nad szatanem — ojcem kłamstwa jest zwycięstwem Prawdy. Genialnym skrótem takiego rozumienia wydarzeń ostatecznych, o których Apokalipsa opowiada w detalach, jest stwierdzenie św. Pawła: „wówczas ukaże się Niegodziwiec, którego Pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust” (2 Tes 2,8). „Ukaże się”, bo już został ujawniony, osaczony, we wszystkich miejscach swej obecności. Wtedy, gdy się ukaże, zostanie pokonany mieczem Słowa — tchnieniem ust Jezusa. Tchnieniem tych ust jest prawda. W ostatecznej apokaliptycznej rozprawie z ust Siedzącego na białym koniu „wychodzi ostry miecz, by nim uderzyć narody”. Wtedy rozbłyśnie chwała Boga, którą zło przesłania, od której nas oddziela, której blask nas oślepia.

1 Uwagi zawarte w tej części wykładu są inspirowane książką M. Szamot Apokalipsa czytana dzisiaj i jej odczytaniem Objawienia św. Jana.

Dzieje człowieka – misterium prawdy
Marian Grabowski

urodzony w 1951 r. – doktor habilitowany fizyki teoretycznej, profesor zwyczajny nauk humanistycznych i kierownik Zakładu Filozofii Chrześcijańskiej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor p...