Dziesięć lat później

Dziesięć lat później

W ostatnich dniach sierpnia 1977 roku, czyli równo po dziesięciu latach wracałem, bo tak trzeba to nazwać, do Poznania na stałe. Jechałem z poczuciem wyrządzonej mi krzywdy, jechałem obolały, jak na skazanie, nie przewidując zupełnie, że Pan Bóg ma w stosunku do mnie swoje zamiary i plany.

Zawsze marzyłem o tym, by studiować, zawsze uważałem, że trzeba zatrudnić rozum w służbę wiary tak, aby nikt nie powiedział, że wiara to zajęcie dla niemyślących. Wiedziony tą intuicją wstąpiłem do dominikanów, pragnąc nie tyle pracy parafialnej, ile duszpasterskiej z ludźmi na wysokim poziomie intelektualnym. Stało się inaczej. Po dwóch latach pobytu w Warszawie na kursie doktoranckim i po miesiącu kapelanowania w Świętej Annie koło Częstochowy zostałem skierowany do pracy z młodzieżą szkół średnich właśnie w klasztorze w Poznaniu. Ta decyzja prowincjała, nieomawiana ze mną wcześniej, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba i kosztowała sporo zdrowia. Napisałem nawet list do prowincjała, że szkodzi mojemu rozwojowi intelektualnemu i działa bez konsultacji z zainteresowanym, czego dzisiaj już się nie robi nawet w zakonach. Prowincjał nie odpowiedział, a ja posłusznie jak żołnierz przeniosłem się do Poznania. Do pracy z małolatami zrazu się nie paliłem i nie byłem przekonany – ambicje osobiste. Miałem już za sobą pierwsze publikacje w „Tygodniku Powszechnym”. Skoncentrowany na sobie jeszcze długo i boleśnie przeżywałem to zaniżenie lotu, jak mi się wtedy wydawało, i degradację mojej drogi życiowej i powołania zakonnego.

Razem z bratem Wacławem przybyliśmy do Poznania wczesnym popołudniem. Wiozłem ze sobą wszystko. Książki i ubrania oraz rower, na którym byłem na wakacjach z ojcem Jackiem Salijem i profesorem Włodzimierzem Fijałkowskim. Miałem pół litra czystej wódki i kilka pęt kiełbasy na pierwszą rekreację z braćmi.

Wiozłem też list od ojca Stefana do przełożonego klasztoru w Poznaniu. Tym przełożonym był wtedy ojciec Jan Janczak, który ze względu na astmę bywał często na leczeniu, a zastępował go odwieczny subprzeor ojciec Angelik Jarosz.

Ojciec Stefan pisał na kartce pocztowej, na odwrocie której był mężczyzna w garniturze z muszką i z bukietem kwiatów, co następuje:

Warszawa, 28 VIII 77

Przezacny Ojcze Przełożony!

Z rozdartym sercem, pełnym bólu zakonnego, a jednak nie pozbawieni ufności, licząc na dobroć Ojca, przesyłamy pod Waszą obediencję nasz „Skarb” – O. Jana, Pisarza Katolickiego. Sądzimy, że ten dżentelmen, który jest umieszczony na odwrocie niniejszej karty, będzie dobrym odbiciem postawy naszego Ojca Zesłańca, którego prosimy przyjąć i życzliwie traktować, jak macie napisane w asygnacie…

Pracy Mu nie żałować, jednak pomni na Ligę Ochrony Zwierząt, która może się ująć za Nim, ponad siły Go nie męczcie. Stwórzcie dlań warunki odpowiednie do kontynuowania pracy naukowo–pisarskiej, by snadź nie zaprzepaścił swego talentu i pazura literackiego… Jeżeli natomiast zauważycie, że praca i otoczenie monastyczne znuży Go wielce, proszę wypuścić Go na parę dni do Stolicy, aby odbył „drogę Jonaszową”, a to Go uzdrowi…

Was i Waszych poddanych oddajemy w Opiekę Bożą!!!

O. Stefan Matoga, prokurator

Następnego dnia ojciec Angelik odpisał ojcu Stefanowi.

Poznań, 29 VIII 77

Czcigodny i Łaskawy Ojcze Opiekunie Jana Góry!

Niniejszym kwitujemy odbiór przesłanego nam dziś – jak Ojciec był łaskaw napisać – „Pisarza Katolickiego” Jana Góry OP. Przyjmiemy go z życzliwością stosowną do wymagań stawianych przez nasze zakonne Konstytucje i Przełożonych. Zdajemy sobie sprawę, że po stołecznych hulankach i Jonaszowych eskapadach czeka nasz klasztor formacji ciężka praca nad reedukacją przekazanego nam osobnika – dlatego trudno już na samym początku mówić o wypuszczeniu go do Stolicy. Stawi się tam, gdy będzie mógł godnie reprezentować model pracowitego i pobożnego dominikanina. Pracy mu szczędzić nie będziemy, o czym Ojca najsolenniej zapewniamy, i dziękujemy za dotychczasową troskliwą nad Ojcem Janem Górą prokurę (chyba tylko ona uchroniła go od o wiele zgubniejszych wpływów Stolicy, niż te, którym był poddany).

Ścielimy się zakonnie i z wielką estymą dla Ojca

O. Angelik Jarosz OP

Taki oto pozostał ślad przekazania mnie Poznaniowi przed laty. Byłem tak zdenerwowany, że kiełbasę zjadłem i wódkę wypiłem sam, dzieląc się jedynie symbolicznie z ojcem Janem Spieżem, natenczas duszpasterzem akademickim, a moim współbratem z nowicjatu.

Ojciec Jan zaraz wskazał mi dwie cele do wyboru. Jedna mniejsza narożna z gościnnym pokoikiem przechodnim oraz druga większa od ulicy Libelta, ale ciemniejsza. Wybrałem tę mniejszą, z widokiem na skrzyżowanie ulic Libelta i Kościuszki i z rozleglejszą perspektywą. Zaraz naprzeciwko klasztoru po drugiej stronie ulicy stał kasztan, który w chwili, gdy przyjechałem do Poznania, gotował się do wysypu. Zresztą wzdłuż ulicy Kościuszki było sporo kasztanów, które z czasem uschły zaatakowane przez szkodnika. Ten poznański kasztan był dla mnie ważny, ponieważ przypominał mi ten, który stał pod oknem mojej celi w klasztorze w Warszawie na Freta. Kasztan warszawski był często jedynym towarzyszem moich rozmyślań i modlitw, a także dramatycznym wspomnieniem czasów wojny i Powstania Warszawskiego. Kojarzył mi się zawsze z ojcem Krzysztofem Kasznicą, uczestnikiem Powstania, który jako inwalida wstąpił do naszego zakonu i nosił w swoim ciele niepowyciągane odłamki granatu, który wybuchł w pobliżu. Tak samo i mój kasztan naszpikowany był metalem i odłamkami pocisków.

Kasztan w Poznaniu, naprzeciwko okna mojej celi, był łącznikiem i symbolem ciągłości mojego powołania. Chociaż nie miałem już tyle czasu, co w Warszawie, na kontemplację widoku sprzed okna. W Poznaniu zawładnęła mną młodzież.

Ten kasztan po kilkunastu latach usechł i zastąpiono go innym.

Po przekątnej stał bank, który zmieniał swoją nazwę, ale był to taki bank, w którym można było przechować tych marnych kilka dolarów niezbędnych do wyjazdów za granicę. Na bank patrzyło się poprzez lipę, pod którą zatrzymywał się ubek idący ze mną na rozmowę do rozmównicy klasztornej. Nazywał się Piotr Grzelczak. Nie wiem, czy tak się nazywał, czy tak się tylko przedstawiał. Nie chciałem go drażnić stanowczą odmową, rozmawiałem o głupotach i o tym, o czym wszyscy wiedzieli, aż poprosiłem przeora o zakaz spotykania się z nim. Ubek dał mi wtedy do podpisu moją książeczkę pt. Kasztan. Wpis był taki: „Ubolewam, ubolewam bardzo, że nie jesteśmy po tej samej stronie barykady, ale da Pan, że staniemy ramię w ramię”. Potem załatwiałem mu jakieś leki z darów zagranicznych dla chorego dziecka i już więcej go nie widziałem.

Po drugiej stronie ulicy Kościuszki było podwórko Dowództwa Wojsk Lotniczych. Na samym początku ten rozległy obiekt był ostro pilnowany przez całą dobę. Żołnierz z karabinem chodził bez przerwy, nudził się i patrzył mi w okna, które zasłaniałem lnianą siermiężną zasłoną. Na płocie były wielkie napisy, że obiekt jest wojskowy i że jest absolutny zakaz fotografowania. Zdarzyło się, że któryś z asystentów naszego ojca generała podczas wizytacji usiłował robić zdjęcie sąsiedztwa klasztoru, został natychmiast zatrzymany na kilkadziesiąt minut i wrócił do nas ogromnie przestraszony. Pamiętam tę interwencję i radość w klasztorze, że dominikanin z Zachodu doświadczył komunistycznej rzeczywistości.

Z okna nade mną, z salki nowicjatu, skoczył kiedyś i zginął na miejscu kandydat na dominikanina pochodzący z Rosji. Nikt nie dociekł motywów tego rozpaczliwego czynu. Spytał tylko wcześniej ojca magistra, czy w zakonie modlimy się za tych, którzy umarli jako nowicjusze lub kandydaci. Zaalarmowana ambasada sowiecka dyskretnie wyciszyła wydarzenie, a i w klasztorze jakoś nikt nie komentował.

Klasztor wielokrotnie bywał otaczany kordonami formacji ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) – uzbrojonych mężczyzn ubranych w kufajki i hełmy z pałkami i tarczami w rękach. Robili z początku wrażenie, ale później oswoili ze sobą społeczeństwo. Ludzie rozbroili ich dobrocią i solidarnością.

Kiedy się mieszka w jednej celi przez trzydzieści lat, to nawet mimochodem można zauważyć pośród masy przepływającej pod oknami poszczególne typy czy jednostki. Pamiętam niskiego restauratora w peruce, który w niedzielę rano szedł do kościoła, i niektóre charakterystyczne starsze panie chodzące do naszego kościoła na poranne msze święte stale o tej samej porze.

Kiedy brama gospodarcza była jeszcze na tradycyjny zamek otwierany od wewnątrz, na podwórku naszym kręciło się wielu złodziei, mogli oni stosunkowo łatwo wyskoczyć na ulicę i zbiec. Od kiedy ojciec Tomasz Kwiecień założył automat kierowany pilotem elektronicznym, penetracje naszego podwórka przez złodziei stały się rzadsze.

Dziesięć lat później
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...