Dżuma w mieście

Dżuma w mieście

Jego ojciec był dyplomowanym lekarzem. Swoją praktykę w Gdańsku prowadził przez dwadzieścia lat, wcześniej mieszkał w Toruniu. Na początku nie było mu łatwo, czuł się obco w wielkim, portowym mieście. Prócz dalekiego krewnego, który pozwolił mu u siebie zamieszkać, nie miał tu nikogo. Dopiero ożenek z Elżbietą, wdową po tutejszym medyku, ułatwił mu wtopienie się w miejscową społeczność i uzyskanie miejskiego obywatelstwa. Przez kilka lat był jedynym lekarzem kalwinem w luterańskim mieście i mimo licznych nacisków ze strony rodziny żony nie zdecydował się na zmianę wyznania. „Taki się urodziłem i taki umrę — zwykł mówić żartobliwie. — Jestem pewien, że w protestanckim niebie Kalwin z całą pewnością dogadał się z Lutrem. Miał na to trochę czasu”. Uznał jednak, że korzystnie i rozsądnie będzie ochrzcić potomstwo w luterańskim zborze. Dzieci było sześcioro, z czego czworo dożyło wieku dorosłego: Marta, Maria, Tomas i Hans.

Tomas, który po śmierci ojca przejął jego praktykę, odebrał spośród rodzeństwa najsolidniejsze wykształcenie — studiował w Niemczech, podróżował po Europie i wrócił do domu dopiero na wieść o chorobie rodzica. Marta i Maria powychodziły za mąż za dużo starszych od siebie, ogólnie poważanych kupców Schmieden, dwóch braci, którzy mniej więcej w jednym czasie utracili swoje poprzednie małżonki. Siostry stały się od razu posiadaczkami pięknych kamienic w środku miasta, a także niezwykle licznej gromadki dzieci, dla których były wyrozumiałymi macochami. Hans, najmłodszy z rodzeństwa, został pastorem. To jego rodzice kochali najmocniej, może dlatego, że był chorowity. Od początku było wiadomo, że jeśli tylko wyżyje, będzie duchownym, do niczego innego się nie nadawał. Całymi dniami czytał nabożne książki. Modlił się bezustannie i prześladował miejscowego pastora Fritza, nie odstępując go na krok, jak pies. Duchowny, któremu w pewien sposób schlebiało zainteresowanie chłopca, w końcu stracił cierpliwość. Kiedy nie poskutkowały prośby: — Idź się pobawić; lub drobne oszustwa: — Rodzice cię szukają; złapał za kij.

— Już mi stąd! — krzyknął raz niespodziewanie, a mały Hans, płacząc, wrócił do domu. Kiedy rodzice dowiedzieli się o nagannym zachowaniu duchownego, byli oburzeni, poszli do niego na rozmowę.
— Państwa syn uprzykrza mi życie — bronił się pastor. — Przez niego właśnie stałem się taki nerwowy.

Na wszelkie sposoby starał się wytłumaczyć swoje dziwne zachowanie, przeprosić, obiecać poprawę na przyszłość. Na próżno.

— Chrystus kazał dzieciom przychodzić do siebie — argumentowała matka.
— No, tak — pastor był zakłopotany — ale ja nie mam tyle cierpliwości, co nasz Zbawiciel.
— To widać na pierwszy rzut oka — odparł ojciec. — Idziemy — machnął ręką na pastora.

Od tej pory małżonkowie Prater oraz ich dzieci wybierali się na niedzielne nabożeństwa do innego kościoła. W mieście było ich wiele. W wieku dwudziestu lat Hans wiele ksiąg biblijnych znał na pamięć. Ze szczególną jednak lubością cytował Księgę Hioba, dlatego sąsiedzi często nazywali go tym imieniem. — Tego to Pan doświadczył — śmiano się, gdy zamyślony wchodził do kałuż albo ślizgał się na końskim łajnie. Miano go za dziwaka, a nawet półszaleńca. Nieustannie prześladował go pech, wmówił też sobie parę najdziwniejszych fobii, które uprzykrzały mu bytowanie na tym łez padole, na którym wszystko „marność i marność”. Bał się nie tylko piorunów, wiatru i pająków, ale również podwórzowych kotów, był przekonany, że siedzą w nich nieczyste siły. Unikał miejsc, w których przesiadywały, a przypadkowe spotkanie z mruczkiem opłacał lekką palpitacją serca, do której niekiedy trzeba było wezwać brata lekarza. Nie było tygodnia w jego życiu bez dolegliwości. Dziwne choróbska chętnie go nawiedzały, latem miał zazwyczaj katar, bolało go gardło, zimą ropiały oczy, na przemian miał zaparcia lub biegunkę. Ojciec mawiał o nim, gdy już miał wszystkiego dosyć: — Mój syn to najbardziej uniwersalnie cierpiący człowiek w tym mieście. Z pewnością nie umrze normalną śmiercią. W pierwszej parafii, do której Hans został skierowany, tak zraził swoją trzódkę niekończącymi się i niezrozumiałymi kazaniami, że w końcu zwierzchnicy zakazali mu je wygłaszać. Odtąd, gdy mówił z ambony, zwykł przed sobą stawiać klepsydrę, pilnował, aby jego mowy, zazwyczaj wieszczące rychły koniec świata, nie trwały dłużej niż kwadrans. Po dwóch latach otrzymał własną parafię i omal nie zginął wkrótce po jej objęciu, kiedy to stary dach plebanii zawalił się akurat w momencie, gdy on w sypialni czytał o zagładzie Sodomy i Gomory. Przerażony tym, co się działo wokół, był przekonany, że uczestniczy w opisywanych wydarzeniach. Krzycząc — „Boże, zmiłuj się nade mną, grzesznym!” — schronił się pod mocarnym dębowym stołem i tylko dzięki temu ocalał. Tomas opiekował się bratem, jak umiał najlepiej, często też wspomagał go finansowo. Obiecał to matce, która zawsze z naciskiem tłumaczyła swoim dzieciom: — Jesteście rodzeństwem i musicie się kochać. Kiedy wciskał mu w ręce talary, a Hans, zarumieniony niczym panienka, uciekał przed nim na drugi koniec pokoju, lekarz przekonywał: — Bierz, to tylko pieniądze. Kiedyś w niebie oddasz mi wszystko z procentem. Pastorowie z pewnością będą tam piastować ważne publiczne urzędy, a lekarze… Lekarze i prawnicy pójdą do piekła za swe grzechy — śmiał się. — Zgoda, oddam z procentem — odpowiadał po chwili namysłu Hans. — Wszystko i z procentem. Był absolutnie przekonany, że biorąc od brata pieniądze, zaciąga długoterminową pożyczkę, którą w przyszłości zwróci. W specjalnym kajecie niezwykle skrupulatnie notował wszystkie kwoty i nieudolnie raz na miesiąc lub dwa naliczał od nich stosowne procenty. Nie przejmował się rosnącą kwotą zadłużenia, pociechą była mu myśl, że skoro tu, na ziemi, jest biedny, to w niebie z pewnością będzie bogaty. To było logiczne i sprawiedliwe. Tomas miał z czego pomagać młodszemu bratu, jego lekarska praktyka kwitła, pieniądze pchały się do niego drzwiami i oknami. Wiele zawdzięczał ojcu, powszechnie szanowanemu lekarzowi, mającemu w mieście wcale liczną i dość bogatą grupę pacjentów, której od lat służył radą i pomocą. Tomas nie zmarnował tego kapitału zaufania. Był pracowity, zdobył solidne wykształcenie i miał to coś, co odróżnia złego lekarza od dobrego — niebywały instynkt, prawie magiczną zdolność bezbłędnego odczytywania przyczyny choroby. Często tłumaczył swemu bratu: — Jestem jak egzorcysta, w ciele i duszy przychodzących do mnie ludzi szukam demonów, które ich dręczą, a potem staram się je z nich wyrzucić raz i na zawsze. Uwalniam ich, ale tam, gdzie ty stosujesz modlitwy, ja używam leków. Tego nie sposób się nauczyć, z tym się trzeba urodzić — powtarzał. Hansa radowało to porównanie. Świadomość, że obaj walczą z tym samym przeciwnikiem, była dla niego miła. Czasami śniło mu się, że wraz z Tomasem pędził konno po niebieskich polanach naprzeciw czarnym, szatańskim hufcom, atakującym mgielne wzgórze. Byli rycerzami światłości, w bój prowadził ich anioł lub archanioł. Trąby niebieskie budziły go o świcie w takim nastroju, że od razu miał ochotę wygłaszać ludziom swoje piętnastominutowe kazania o zbliżającym się niechybnie końcu świata. Kiedy wspominał o swoich snach Tomasowi, ten nie brał jego słów poważnie: — Zawsze myślałem, że w niebie będziemy wypoczywać po tym wszystkim, co mamy tutaj, a ty mi mówisz, że trzeba będzie walczyć. Okropne — przekomarzał się.

Sława Tomasa szeroko rozniosła się po mieście i okolicy. — Jest najlepszy — mówiono. Zaczęli go wzywać do swoich domów bogaci kupcy, wysocy miejscy urzędnicy: ławnicy, rajcy, burmistrzowie, a także przyjeżdżający do Gdańska, bajecznie bogaci wielmoże z Polski. Koledzy po fachu nie kryli zazdrości, przez jakiś czas nazywali go złośliwie „Muchołap”, powtarzając sobie jak dowcip fałszywą plotkę, że swoim pacjentom każe rozgryzać, oczywiście dla poratowania zdrowia, żywe końskie muchy. W miejscowym światku medyków, zwanych fizykami, specjalistów od wewnętrznych chorób oraz chirurgów, krojących, zszywających i składających połamane kości było zawsze bardzo ciasno, a w związku z tym mało przyjemnie. Walcząc o pacjentów, gotowi byli się pozabijać. Niewesołą sytuację zaostrzała konkurencja ze strony przyjezdnych adeptów tego zawodu, którzy nie mogąc otrzymać zezwolenia na praktykę, ukrywali się na przedmieściach i w tajemnicy przyjmowali chorych, biorąc od nich połowę, a nawet ćwierć zwyczajowego honorarium. Nazywano ich złośliwie partaczami, ale było to określenie niekiedy bardzo krzywdzące, część z nich bowiem miała wysokie wykształcenie i z pewnością dorównywała umiejętnościami lekarzom miejskim. Często byli oni wygnańcami z własnych ojczyzn, ludźmi srodze doświadczonymi przez los. Gdańsk traktowali jak ziemię obiecaną, zrobiliby wszystko, aby móc tu pozostać na zawsze. Zwłaszcza ubodzy chętnie korzystali z usług „partaczy”, nie tylko dlatego, że byli tańsi i równie skuteczni — ludziom z przedmieść wydawało się, że stanowią część ich świata. — Nie zadzierają głowy — mówili i mieli rację. Taki bowiem ma Pani Bieda zwyczaj, że zrównuje wszystkich.

Tomas mało się przejmował konkurencją „partaczy”, mało przejmował się czymkolwiek. Był przekonany, choć nie dzielił się swoimi spostrzeżeniami z bratem, że w raju nie będzie mu lepiej. Miał wszystko, czego potrzebował, a nawet dużo, dużo więcej. — Żyć, nie umierać — mawiał do siebie. Jego bogata klientela nie żałowała pieniędzy na swoje zdrowie, a on był jej ulubieńcem. W wieku dwudziestu dziewięciu lat stanął Tomas na ślubnym kobiercu, jego wybranką została mało urodziwa, ale wielce posażna córka ławnika starego miasta Mathiasa Rutha, Marta. To małżeństwo z rozsądku okazało się nadzwyczaj udane, małżonkowie rozumieli się doskonale i szczerze pokochali. Co roku Marta obdarzała Tomasa kolejnym potomkiem. Kiedy ukończył trzydzieści pięć lat, miał miłą żonę z dobrego domu, szóstkę dzieci, kwitnącą praktykę przynoszącą obfite dochody i dwa domy: kamienicę przy ulicy Grobla w samym centrum miasta i letnią rezydencję na przedmieściu, przy siedleckim potoku. Brat Hiob chrzcił wszystkie jego dzieci. Z Bożym błogosławieństwem wszystko miało się jak najlepiej, aż do roku 1708. Wtedy to w mieście pojawiły się pierwsze pogłoski o nadciągającej z południa zarazie. Tutejsi ludzie nie przejmowali się tym zanadto. Od kilkudziesięciu lat wszelkie epidemie omijały miasto szerokim łukiem, ostatnią pamiętało tylko kilku staruszków. Ich opowieści z tego czasu były tak nieprawdopodobne, jak baśnie. Nikt lub prawie nikt nie wierzył, że coś podobnego mogłoby się powtórzyć. — Zaraza przyjdzie albo nie przyjdzie — mówiono, lekce sobie ważąc zagrożenie. — Wszystko w rękach Pana. Coraz liczniejsze plotki docierały jednak do portowego miasta, ustalono na ich podstawie ponad wszelką wątpliwość, że epidemia zrodziła się na polach dalekiej Ukrainy, gdzie młody król Szwecji Karol XII wdał się w bitwę z rosyjskim carem. W walce poległo tylu żołnierzy, że nikt ich nie pochował. Trupy zaczęły gnić i tak powstało morowe powietrze. Wielka żółta chmura śmiertelnej zarazy wędrowała po nizinach Europy, siejąc wszędzie spustoszenie. — To kara za grzechy — zawyrokowali ludzie religijni — chyba nigdy wcześniej nie było tak wiele wojen i zgorszenia. Bóg stracił cierpliwość. Zastanawiano się powszechnie, czy epidemia dotrze aż do Gdańska. Kilku pastorów zaproponowało Radzie Miasta zorganizowanie we wszystkich kościołach nabożeństw przebłagalnych, inni, bardziej radykalni, domagali się od władz rozpędzenia na cztery wiatry kudłatych lafirynd, które stacjonowały od wieków przy ulicach Zbytki i Różanej. — Ta kloaka — wrzeszczał obdarzony tubalnym głosem pastor Johann Davies — sprowadzi na nas gniew Boży! Postanowiono również zarządzić bicie w dzwony, co, jak wiadomo, odpędzało wszelkie złe duchy i przywoływało krążące po niebie w poszukiwaniu zajęcia anielskie oddziały. — Być może ta epidemia jest karą dla katolików i prawosławnych za ich niegodziwości — starał się pocieszać zebranych młody duchowny Hans Prater, ale nikt jego słów nie potraktował poważnie. Młodzian chodzący z głową w chmurach i żyjący problemami proroka Jonasza widocznie zapomniał, że Szwedzi wyznawali tę samą religię, co gdańszczanie, a przecież od nich całe zło wzięło swój początek. Gdyby nie rwali się do walki jak wariaci, Pan Bóg nie musiałby karać całej ludzkości. Chaotyczne dysputy owocowały rozmaitymi spostrzeżeniami, przy czym zaznaczyć wypada, że znacząca większość wypowiedzi starała się odwoływać do argumentów quasi–rozumowych. — Ocali nas morski wiatr — powiadano. — On, silny, porywisty, rozgoni żółtą chmurę. Tak więc jeden z najbardziej przykrych elementów tutejszego klimatu — morski szkwał będący zgryzotą niekończących się wiosennych i jesiennych dni, miał teraz, wedle opinii wielu, ocalić miasto i jego mieszkańców. Szczególnie żywo w rozmowach dotyczących zarazy uczestniczyli medycy, to oni przekonywali uczenie, że „poważne epidemie ubiegłych wieków wymarły, bo tworzące je zarazki straciły swoją moc”. Uspokajali: — Obecna medycyna jest znacznie lepiej przygotowana do walki z takimi chorobami, postęp w tej dziedzinie jest niewątpliwy. Nikt już nie leczy wszystkiego żabim jadem, kałem indyka lub czymś jeszcze gorszym, dziś każde dziecko wie, że puszczanie krwi nie zawsze sprzyja odnowie sił zdrowotnych, a amulety to zwykły zabobon. Jest za to nieoceniona driakiew, lek drogi, ale wszechstronny, są balsamiczne żywice, tytoń i mnóstwo, mnóstwo innych leków, których nie znali nasi nieszczęśni przodkowie.

Słudzy boga Asklepiosa skromnie zauważali, że w żadnym stopniu nie można porównywać wiedzy prostych lekarzy sprzed pół wieku z tym, można dziś się dowiedzieć na uniwersytetach. W istocie, lekarze, o czym każdy wiedział, stanowili prawdziwą elitę wśród wykształconych ludzi, znali anatomię człowieka i wiedzieli, jak pobudzić tkwiące w nim humory.

Pewnego słonecznego dnia, na progu listopada, wszyscy liczący się medycy miejscy, wystrojeni niczym książęta krwi, ruszyli w niezwykłej procesji główną ulicą miasta do ratusza. Przykuwały uwagę ich bogate, ozdobione koronkami kapoty, wysokie peruki i laski, którymi dostojnie stukali o bruk, niczym ślepcy. Przybyli do Wielkiej Sali Rady, aby zapewnić burmistrzów i Radę, że nie ma powodów do paniki. — Trzeba się zbroić — przemawiali niczym doświadczeni żołnierze — ale nie atakować. Nikt nie zastanawiał się nad sensem tej wypowiedzi, zadowalając się spostrzeżeniem, że skoro medycy nie boją się zarazy, to może rzeczywiście nie ma się czym przejmować. Od tamtej pory w mieście zaczęły się pojawiać liczne ulotki i broszury omawiające w przystępny sposób istotę przeróżnych epidemii, a zwłaszcza czarnej śmierci, ona to bowiem bezrozumnie krążyła teraz po świecie Bożym, wywołując tak straszne emocje. Przekonywano w nich, że istnieją obecnie na rynku i są dostępne medykamenty, które skutecznie mogą zabezpieczyć przed zachorowaniem. Podawano przykłady odległych miast — włoskich, hiszpańskich oraz mauretańskich — które stosując pewne sprawdzone środki bezpieczeństwa, a także korzystając z rad zawartych w prezentowanych publikacjach, wyszły z epidemii niemal bez szwanku.

„Przed zarazą nie trzeba nigdzie uciekać” — napisał Tomas, autor jednej z takich broszur. Na okładce przedstawiającej Asklepiosa z wężową laską mógł przeczytać swoje imię i nazwisko — Tomas Praetorius. Niżej był tytuł — O skutecznych lekach przeciw czarnej śmierci. Broszura sprzedawała się znakomicie. Nie na próżno mawiano: — Najlepiej zarabia się na ludzkim nieszczęściu. Zalecany w broszurze tajemniczy medykament o orientalnej nazwie był mieszanką prostych ziół i startych minerałów — przez półtora miesiąca znikał z półek zaprzyjaźnionych aptek w takim tempie, że przygotowujący go praktykanci nie nadążali ze sporządzaniem kolejnych jego porcji. Kiedy podejrzany proceder stał się przedmiotem wnikliwego śledztwa ze strony Rady, w wyniku którego zagroziła ona autorom broszur i sprzedawcom niesprawdzonych leków surowymi karami, pospiesznie zwinięto tak dobrze rozkręcający się interes. Jednak jeszcze przez wiele tygodni domokrążcy oferowali cudowny lek przeciw zarazie.

Napiętnowani przez Radę i kilku odważnych pastorów panowie medycy i panowie aptekarze niewiele przejmowali się gromami, które spadały na ich głowy z ambon, w zaciszu domowym obliczali dotychczasowe zyski i spodziewali się nowych. — Epidemia powinna odwiedzać nas częściej — śmiali się i zacierali ręce. Nie sądzili, że czarna śmierć stoi już na progu ich domu, ostrzy kosę kamienną osełką i puka w okna, raz, drugi i trzeci. Ona, gość z daleka, odrażająca, potężna i zachłanna, postanowiła tu właśnie, w bogatym, portowym mieście, zatrzymać się na dłużej.

Tymczasem nadeszła sroga zima, a z zimą czas przygotowań świątecznych. Ludzie majętni zaczynali udawać przyjaciół biedaków, łajdacy na krótki czas zamieniali się w poczciwców, na apele pastorów do sierocińców, domów żebraczych i szpitali zaczęły przybywać transporty pożywienia i opału. Najubożsi dziękowali Bogu, że wybrał ten czas na swe urodzenie — gdyby urodził się o innej porze, na przykład latem, wielu z nich nie przetrwałoby przerażająco długiej pory chłodów. Skruszone na kilka dni serca krezusów pozwalały nędzarzom zaznać sytości, a nawet cieszyć się drobnymi smakołykami z pańskiego stołu. Od świąt do sylwestra trwał ich karnawał. Mogli bowiem korzystać z dziwnej rozrzutności wielkich. Styczeń i luty należały do diabła — kto przeżył te dwa miesiące, mógł się uważać za szczęśliwca. Tomas w gronie najbliższych radośnie spędził święta Bożego Narodzenia. Przez kilka dni padał śnieg, więc widok za oknem był naprawdę śliczny, wystarczyło pochuchać w okienną szybkę pokrytą grubym lodem, aby przez powstały tym sposobem wizjer mieć wgląd w senne teraz życie miasta, które całe wyglądało jak z bajki. We wszystkich niemal pomieszczeniach pan doktor zarządził grzanie, więc służba biegała po pokojach z węglem i drewnem, wypełniły się ciepłem piękne holenderskie piece, w kominku zabuzował ogień. — Uwielbiam święta — mówił Tomas i tulił się do żony jak kot albo ganiał dzieci po ogromnych pokojach, grożąc, że wrzuci im za kołnierz lodowy sopelek. Chyba nigdy wcześniej świadomość własnego szczęścia nie była w nim tak potężna.

Zima trwała bardzo długo, srogi mróz złapał zaraz po świętach Bożego Narodzenia i trzymał aż do maja. Spowodował wymarznięcie oziminy, drzew owocowych oraz ryb w rzekach. Stanęły wszystkie miejskie młyny. Okowy lodu w zatoce były tak mocne, że pierwszy statek wpłynął do portu dopiero 11 maja 1709 roku. Powszechnie sądzono, że taki mróz wytraci krążące w powietrzu zarazki i odwróci od miasta straszliwe zagrożenie. Stało się jednak inaczej. Już na przełomie marca i kwietnia wśród chorych rozpoznano objawy dżumy. Pierwszym ogniskiem zarazy była gęsto zaludniona uboga dzielnica Starego Miasta zwana Rammbaum, leżąca na podmokłych terenach w pobliżu ujścia kanału Raduni do Motławy. Choć wzrastała liczba gorączkujących, nie wywołało to na początku paniki w mieście. Liczba zgonów nie zwiększyła się nagle. Śmierć stała w miejscu, kosiła, ale tylko biedaków. Tomas po namyśle postanowił więc wraz z rodziną, że nie wyjadą z miasta, przynajmniej na razie. Jak wielu innych bagatelizował niebezpieczeństwo. Wierzył, że zaraza po tak długiej wędrówce i ostrej zimie utraciła swą moc i jeżeli nawet zaatakowała, to niebawem odejdzie, zadowoliwszy się niezbyt wygórowanym okupem. Nie zrezygnował także z praktyki, ale jedynie znacznie ją ograniczył do grona stałych, najbogatszych pacjentów. Z uwagą czytał postanowienia Rady, wśród której członków miał kilku przyjaciół. Jej posiedzenia były niezwykle burzliwe, postanowienia odważne. Burmistrzowie zdecydowali się ogłosić, że mimo zagrożenia epidemią postanowili pozostać na miejscu i czuwać nad porządkiem i przestrzeganiem prawa w mieście. Ich postawa w znacznym stopniu zapobiegła wybuchowi paniki. Zapowiedziano również rozdawnictwo chleba i podstawowych lekarstw dla ubogich. Ustalano normy obowiązujące w nadzwyczajnym czasie, zachwiany powszechnym niepokojem porządek świata przywracano, odwołując się do podstawowych wartości. Ludzie z wolna oswajali się z nową sytuacją, myśleli: „Może nie będzie aż tak źle, w końcu jakoś to przeżyjemy z Bożą pomocą”.

Tomas zajął miejsce w nowo powstałej Radzie Zdrowia. Utworzyli ją na życzenie władz miejskich najznamienitsi przedstawiciele medyków, zarówno lekarze — fizycy, jak i starsi chirurdzy. Ich zadaniem było wspierać swoją teoretyczną wiedzą — na odległość rzecz jasna — mniej uczonych kolegów po fachu, tych, którzy osobiście mieli ruszyć do szpitali i zarażonych domów, aby tam leczyć i pielęgnować chorych. Do końca maja Tomas nie widział ani jednego chorego na dżumę. Miał rodzinę i starał się być nadzwyczaj ostrożny, szerokim łukiem omijał niebezpieczne dzielnice. Zaraz po wyjściu z domu wkładał do ust anielski korzeń i żuł go, napawając się aromatyczną wonią, która uderzała mu do nosa i przyprawiała oczy o łzawienie. Nauczył się też palić fajkę, a nawet polecił, aby znajdująca się w domu służba zaczęła palić, nawet kobiety.

Dość chłodna wiosna nikomu tym razem nie przeszkadzała, powszechnie bowiem sądzono, że upał mógłby się przyczynić do rozwoju choroby. Pewnego majowego dnia pastor Joachim Weickchman po jednej z niezwykle szczerych rozmów z Bogiem doznał objawienia i ogłosił swoim donośnym głosem, że zaraza oszczędzi miasto. Z podwyższenia ambony odczytał napisaną przez siebie, w części rymowaną dziękczynną modlitwę. Następnego dnia ulotka z wydrukowaną mową świątobliwego była rozdawana na ulicach i placach. Mówiło się, że w jej wydaniu pomogła Rada Miasta chcąca uspokoić wszystkich, że tam, w górze też ma swoje wpływy i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa — nieszczęście przejdzie bokiem.

Niestety, pastor Weickchaman nie miał racji, pomylił się, odczytując z ust Najwyższego słowo Misericordia. Lud Gdańska przedwcześnie podziękował Bogu za łaskawość. To, co najgorsze, dopiero miało nastąpić. Przełomowym miesiącem okazał się czerwiec. Właśnie wtedy w okolicach lazaretu, w którym umieszczano wciąż jeszcze dość nielicznych chorych, wybuchła prawdziwa epidemia. Mieszkańcy kilkunastu domów pewnego dnia nie pojawili się na ulicy, potem następni, następni, w ciągu dwóch tygodni wyludniło się kilka przecznic. Lekarze nie mieli wątpliwości — zaczęło się na dobre. Liczba zachorowań zwiększała się z tygodnia na tydzień. Mimo to władze miejskie nie zastosowały drastycznych ograniczeń w ruchu ludności. Pomniejszano znaczenie epidemii w korespondencji kierowanej do miast, z którymi Gdańsk utrzymywał kontakty handlowe. W ten sposób starano się odwlec czas, gdy zostaną one zerwane. W odpowiedzi na list miasta Lubeki Rada pisała, że choroba dotyka tylko najbiedniejszych i nie jest powszechna. W dniu 25 czerwca wprowadzono też swoistą cenzurę: każdy, kto ośmieliłby się listownie przekazywać wiadomości mogące szerzyć panikę, powinien się liczyć z surowymi konsekwencjami. Dla winnych przewidziany był areszt, kara pieniężna, a nawet utrata życia. Niebawem zapytania o zarazę od sąsiednich miast zaczęły napływać jedno po drugim, nadeszły listy z Elbląga i Torunia. Wkrótce świat odizolował się od zadżumionego miasta. Epidemia szybko rozprzestrzeniła się wzdłuż murów miejskich, niczym wroga armia otaczała miasto, zajmując kolejne dzielnice: Siedlce, Nowe Ogrody, Szkoty, Orunię, docierając do miejscowości wokół miasta na Wyżynie i Żuławach. Żniwo śmierci było duże. Mówiło się o wsiach opodal Pruszcza, których ludność wymarła całkowicie. W samym Gdańsku na wieść o tym wybuchła prawdziwa panika. Zaskakującym zjawiskiem, na które wszyscy zwrócili wówczas uwagę, był fakt natury mistycznej — miasto opuściły wszystkie ptaki, zdarzyło się to w pierwszych dniach lipca. Ze łzami w oczach obserwowano odlatujące w nieznane stada gołębi, wróbli, sikorek i szpaków, niejeden pomyślał, że zbliża się ostateczny koniec, nadchodzi godzina zapłaty. Dopiero wówczas, stanowczo za późno, pomyślał Tomas o wywiezieniu rodziny z miasta. Jeden z bogatych mieszczan zaproponował im gościnę w swojej wiejskiej posiadłości, w okolicy ponoć nadzwyczaj zdrowej, wśród sosnowych lasów i w pobliżu morskiego brzegu. Majątek ów nazywał się Domatau. Żona i dzieci opuszczali dom niechętnie, wszyscy rzewnie płakali. Nie było jednak na co czekać, w lipcu zaraza wdarła się za mury, zaatakowała Stare Przedmieście, była tuż, tuż. Tomas wyjechać z miasta nie mógł, a przynajmniej nie powinien, obowiązywały go przepisy określone Ustawą lekarską z 23 kwietnia 1703 roku. Ostrzegały one wyraźnie, że każdy lekarz, który podczas zarazy opuści miasto, może się liczyć z utratą praktyki. Co prawda, te same przepisy nakazywały również wszystkim lekarzom włączyć się aktywnie do leczenia ubogich chorych, ale tym akurat punktem nikt z utytułowanych medyków nie zamierzał się przejmować. Wykorzystując atmosferę strachu, odwiedzali tylko wybranych, zamożnych pacjentów, inkasując zawrotne honoraria.

W tydzień po wyjeździe żony Tomas po raz pierwszy zetknął się z zarazą bezpośrednio. Wychodząc ze swego domu, ujrzał siedzącego pod ścianą sąsiedniego budynku człowieka, który wyglądał jak żywy, lecz był martwy. W ciągu godziny specjalne służby sprzątnęły go z ulicy. Ktoś powiedział: — To dżuma. Tomas wiódł jednak nadal życie spokojne, które niewiele różniło się od tego sprzed wybuchu zarazy. Oczywiście, tęsknił za żoną i dziećmi, ale świadomość, że są bezpieczni, uspokajała go. Większość dnia spędzał w domu, pił cierpkie wino i całymi godzinami czytał, do pacjentów wybierał się konno lub powozem, i to pod wieczór, kiedy robiło się chłodniej. Przejeżdżał przez mniej uczęszczane ulice, nie rozglądał się, aby niczego nie widzieć. W ten sposób zamierzał przetrwać zły czas. Jedynym miejscem, do którego zaglądał regularnie, był kościół. Lekarz, zawsze starający się oddać Bogu to, co Boskie, ale nie więcej, starannie uczestniczył w modlitwach, określoną, raczej niewielką kwotą nagradzając pastora za kazanie. Od miesiąca ich monotonia była zatrważająca. Trupy, trupy, wszędzie trupy — denerwował się Tomas, a przecież on też żył w tym mieście i niczego strasznego nie widział. Ludzie umierali zawsze — mówił. Był przekonany, że rozmiary nieszczęścia nie są tak ogromne, jak o tym powszechnie mówiono.

 Aż nadszedł 20 lipca. Wtedy zachorował stary Johann, niegdyś piastun Tomasa, najwierniejszy z wiernych, niemal członek rodziny. Samotny ten mężczyzna, nie chcąc narażać zdrowia swego pana ani reszty służby, zamknął się w szopie na podwórzu i tam, w zaduchu, wśród starych sprzętów, na słomie postanowił zakończyć swoje życie. Tomas był wstrząśnięty, potwornie bał się zarażenia, ale przecież nie mógł pozostawić Johanna samemu sobie, udawać, że skoro sługa siedzi w szopie, to go nie ma. Razem z Ewą i Małgorzatą, dwiema dziewczynami, które żona zostawiła mu do prowadzenia gospodarstwa, wyjęli drzwi do szopy, a potem, położywszy starca na ogrodowej taczce, powieźli go do domu. Bronił się, protestował ze łzami w oczach, ale był zbyt słaby. Przygotowali mu posłanie w służbówce. Tomas, szukając dla niego ratunku, postanowił wezwać któregoś z lekarzy publicznych, tych szaraków, którzy zmuszeni byli codziennie zmagać się z chorobą. Wiedział, że mieli daleko większe doświadczenie od niego w leczeniu zarazy. Podczas gdy on na posiedzeniach lekarskiej Rady udawał mądrego, oni mądrymi się stali w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni. Z całą pewnością na temat dżumy wiedzieli wszystko. Tomas posłał po jednego z nich, a potem czekał, bardzo długo czekał. Medyk, tak zwany chirurg, przyszedł na progu nocy, wyglądał na wyczerpanego. Był blady, miał podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Tomas nie podał mu nawet ręki.

— Ryszard Szwartz, ze szpitala na Siedlcach — przedstawił się przybysz. — Zdaje się, że mam przyjemność z doktorem Praetoriusem?— spytał.
— Owszem — potwierdził Tomas. — Wezwałem pana, bo mój sługa zachorował.
— Sługa — powtórzył tamten — no, tak. Kiedy zachorował?
— Podobno z samego rana. Miał dreszcze, potworny ból głowy i mięśni, potem dopiero, pod wieczór, pojawiła się wysoka gorączka — mówił Tomas. Starał się stłumić w sobie dziwne poczucie winy, wstydu, bo oto on, uniwersytecki lekarz, wezwał do siebie prostaka od wycinania nagniotków i składania kości, a tamten miał jeszcze czelność o coś go pytać, powtarzać słowa, robić miny. „Mógłby się przebrać, umyć” — pomyślał na koniec — w jego ubraniu może czaić się śmierć — effluvia znajdujące się w wyziewach, oddechu i pocie chorych. Przenikały one niepostrzeżenie do organów życiowych człowieka, wnosząc ferment do krwi oraz niepokój do umysłu. Tomas wiedział o tym wszystkim z książek.
— Mógłbym zobaczyć chorego? — spytał Szwartz.
— Oczywiście — gospodarz otworzył drzwi do służbówki. Ewa i Małgorzata przyniosły dodatkowe świece. W małym pomieszczeniu zrobiło się dziwnie jasno. Przybyły lekarz, zakrywając usta nasączoną czymś ogromną chustą, pochylił się nad Johannem, pomógł mu zdjąć koszulę, oglądał jego szyję i pachy, potem, nakazując, by obie służące zamknęły za sobą drzwi, obejrzał także pachwiny chorego. Podczas oględzin nie odzywał się wcale. Nikt też o nic go nie pytał. Dopiero kiedy wyszli do sieni, Szwartz się odezwał.
— Marne szanse, choć wszystko w rękach Boga. On umrze w ciągu dwóch dni. Proszę się na to przygotować.

Tomas usiadł. — Mój Boże — westchnął ciężko. — Nie ma żadnej nadziei? — spytał. — Koszty nie odgrywają tu żadnej roli. Zapłacę tyle, ile będzie trzeba, za lekarstwa i opiekę.

Ubogi doktor nisko pochylił kark, wpatrywał się w podłogę, jakby się zastanawiał, potem podniósł głowę i spojrzał Tomasowi prosto w oczy. Był wściekły.

 — Miałem setki pacjentów i wiem, co mówię. On umrze w ciągu dwóch dni. Ale… — zawahał się — czytałem pana książkę o pewnym cudownym leku na zarazę, proszę go więc teraz zastosować — burknął nadzwyczaj niegrzecznie. Tomasowi odjęło mowę. Z taką arogancją nie spotkał się dotąd w życiu. „To wariat” — pomyślał, gdy tamten zbierał się do odejścia.
— Nic panu nie zrobiłem, żebyś mnie pan tak obrażał — powiedział jeden z pierwszych medyków w mieście. — Proszę nie zapominać o tym, kto panu dał pracę i kto może pana z niej zwolnić. Może wówczas będzie pan bardziej uważał na słowa.

Doktor Szwartz stał już przy drzwiach, ale zawrócił, zbliżył się do Tomasa na odległość kroku.

 — Śmierć, doktorze — syknął — to ona dała mi pracę, ona też pewnie mi ją odbierze. I doprawdy, proszę mnie nie straszyć. Po tym, co przeżyłem w ciągu ostatnich tygodni, niczego się już nie boję. Nawet piekła.

Tomas miał w głowie zamęt.

— Nie można więc Johannowi pomóc? — spytał już nieco innym tonem.
— Nie, do Boga tylko należy decyzja, może jego godzina jeszcze nie wybiła. Proszę przyjść… — zawahał się chirurg — proszę jutro przysłać kogoś do mnie. Zmiany gnilne we krwi doprowadzą niebawem do jej ścięcia, wstrzymania krążenia i śmierci, lecz… Gdyby pojawiło się wyraźne obrzmienie na węzłach chłonnych, w pachwinach, wtedy można mieć nadzieję. To znak, że choroba wydziela się na zewnątrz. Dam wtedy odpowiednie plastry, które trzeba będzie umieszczać na wrzodach — powiedział. — Nie robiłbym sobie jednak żadnej nadziei. Miał rację, Johann zmarł nazajutrz. Tomas zawiadomił o tym urzędników i wtedy dopiero zetknął się prawdziwie z tym, z czym stykać się dotąd nie chciał. Po zmierzchu pod dom przyjechał, głośno turkocząc, ogromny kryty karawan, do sieni wkroczyło kilku ponurych mężczyzn w jednakowych surdutach, zabrali Johanna i wrzucili go na wóz, jak zwierzę.
— A gdzie trumna? — spytał Tomas.
— Nie ma trumien — odparli. — Jeszcze dwa tygodnie temu chowaliśmy po kilku w jednej, ale teraz nie nadążylibyśmy ich zbijać. Postanowienie Rady jest takie, żeby chować wszystkich w masowych grobach. Zbyt wielu umiera, panie.
— W masowych grobach? — Tomas nie mógł uwierzyć. — Jak to? Bez pogrzebu?
— Pastorzy nie chcą przychodzić na cmentarz, nie odwiedzają także chorych. Jest dwóch młodych studentów teologii, którzy za pieniądze zgodzili się słuchać spowiedzi umierających. To wszystko. Takie, panie, czasy. Lękliwe — wyjaśnili.

Tomas był wstrząśnięty, nie mógł pozwolić, aby Johann, ten Johann, który poświęcił mu całą swoją dojrzałość i nauczył wszystkiego, co było smakiem jego dzieciństwa, odszedł w taki sposób, został złożony w ziemi bez żadnej modlitwy.

 — Poczekajcie — zawołał na cmentarnych parobków. — Pojadę z wami.
— To niemożliwe — odrzekli zgodnie. — To zbyt niebezpieczne. Niech wielmożny pan zostanie lepiej w domu.

Tomas podjął już jednak decyzję i nie zamierzał jej zmieniać.

 — Zapłacę.

 Magiczne słowo podziałało na mężczyzn. Przestali protestować. Tomas zgarnął z półki mały modlitewnik, z fotela zerwał piękną kapę, rzucił ją w ich kierunku.

— Tym go okryjecie. Niech nie leży bezpośrednio w ziemi. Podobała mu się, więc niech ją ma.

Doktor pospiesznie wyprowadził konia ze stajni. Zapadał zmierzch, ogromna landara, kołysząc się, przemierzała brukowane ulice.

— Musimy jeszcze zabrać na przejażdżkę kilku pasażerów — wyjaśnił jeden z karawaniarzy, kiedy zatrzymali się przed bogatą kamienicą o parę przecznic dalej. Tomas z niezdrową ciekawością spoglądał na wyciągnięte sztywno nogi leżących na wozie trupów. Ekipa uwijała się szybko, w białych prześcieradłach wynosiła ciała umarłych z mieszczańskiego domu. Z wysokości konia Tomas przyglądał się im i liczył — raz, dwa, trzy — małe nóżki, coraz większe, sześcioro dzieci i matka. Ogarnęło go przerażenie, oni byli tak podobni do jego rodziny. Śmierć skosiła wszystkich jednego, jak można przypuszczać, dnia. Lekarz pomyślał, że gdyby jego coś takiego spotkało, odwróciłby się od Boga raz na zawsze. Jaki sens ma wiara, jeśli w chwilach trudnych nie możemy liczyć na pomoc Tego, do którego się modlimy, podobno wszechmocnego.

Wóz nie wyjeżdżał z miasta przez główną bramę. Tomas nie wiedział o tym, że niedawno przez wał przeprowadzono drogę, którą można było w trochę ponad kwadrans dotrzeć na największy z miejskich cmentarzy pod górą Hegelsberg. Prowizoryczny most pozwalał przetransportować ciała zmarłych przez głęboką fosę. W absolutnym milczeniu kondukt opuścił mury miasta, dopiero potem mężczyźni zaczęli rozmawiać, byli bardzo swobodni, mówili o tym i owym, jakby zapomnieli, w czym uczestniczą i że towarzyszy im świadek.

— Kiedy to się skończy — mówił jeden z nich — resztę życia poświęcę na zapładnianie kobiet. Wcześniej grałem w karty, a teraz będę zajmował się miłością aż do ostatniego tchu, codziennie.

Reszta się śmiała.

— Ja będę pił — powiedział drugi.
— To znaczy, że nic się w twoim życiu nie zmieni — rzekł następny i znów się śmiali. Tomas widział tylko czarne kontury ich pleców, słyszał głosy, lecz nie odróżniał ich. Od dawna nie przestawał z prostakami i raziło go w nich wszystko: wygląd, słowa, a nawet chód. Byli dla niego jak robactwo.
— Hola! — usłyszał nagle głos przed sobą, właśnie dojechali na miejsce, za murem ceglanym rozciągało się królestwo śmierci, dalej były wysokie wzgórza, jeszcze dalej niebo. Tym, który ich zatrzymał, był niski, dość korpulentny mężczyzna o skwaszonej, okrągłej twarzy, miał chude nogi i potężne ramiona, jedno oko przysłonięte czarną opaską i wystające przednie zęby.
— A ten tam, to kto? — zapytał, wskazując na Tomasa. Tłumaczyli mu coś po cichu, słyszał ich postękiwania i jeden stłumiony chichot. Miał wrażenie, że ma do czynienia z gnomami, nie ludźmi. Wreszcie usłyszał mruknięcie — „dobra” — i pojechali dalej. Gdy mijali cmentarną bramę, jej strażnik nisko, teatralnie skłonił głowę: — Witam jaśnie pana, proszę nie oddychać głęboko.

To, co Tomas zobaczył dalej, sprawiło, że włosy stanęły mu na głowie. Gdzie okiem sięgnąć, widać było groby, zapach śmierci unosił się wszędzie. Gromada kopaczy, rozpaliwszy kilkanaście ognisk, uwijała się przy taczkach i łopatach, w rogu cmentarza, pod samym wzgórzem powstawał monstrualny dół, prawdziwe wrota piekieł. Tomas zeskoczył z konia, ziemia pod jego stopami była podejrzanie miękka, przywiązał wierzchowca przy bramie i ruszył za wozem, wąska droga wiła się między mogiłami pierwszych miesięcy, kurhanami, które przykryły masowe groby. Było ich siedem, na każdym stał potężny czarny krzyż, mogłoby się zdawać, że przed chwilą zdjęto z nich Chrystusa i łotrów, z których jeden miał się stać pierwszym zaproszonym do nieba. Kiedy dotarli do otwartego dołu, był on już w połowie zapełniony ciałami, Tomas usłyszał, jak jeden z grabarzy mówił, że pod koniec tygodnia „grób będzie gotów”.

— Trzeba jeszcze tych na górze przysypać wapnem — usłyszał także.
— Jak to? Jeszcze nie przysypaliście?! — złościł się ktoś.
— Dopiero ich przywieźli z Domatau.

Dźwięk ostatniego słowa uderzył w Tomasa, słuchał dalej w narastającym napięciu.

— Aż stamtąd? Po co? Nie mogli ich tam pochować? — trwał dialog.
— Nie było komu. Umarli wszyscy.

Zdania jedno po drugim wpadały do umysłu medyka. Gdy usłyszał znajomą nazwę miejscowości, ogarnęły go złe przeczucia, dalsze słowa były jak uderzenia, waliły weń. Wreszcie nie wytrzymał.

— Jak to?! Jak to?! — zaczął nagle krzyczeć, odwrócił się i oszalałym wzrokiem rozejrzał się wokół. Wszyscy patrzyli na niego jak na wariata, byli przestraszeni. Grabarze przestali kopać, tragarze przenosić trupy, ten jednooki, co stał przy bramie, wyszedł do przodu.
— Jaśnie panie — powiedział bardzo spokojnie, tak jakby chciał go przebudzić ze złego snu. — Proszę się uspokoić.
— Oni powiedzieli, że w dole leży cała ludność wioski Domatau — mamrotał lekarz.
— Czy miałeś tam kogoś, panie?
— Tak — Tomas upadł na kolana na brzegu straszliwego dołu, odwrócony doń tyłem. — Oni tam są — jęczał. — Czuję to, na Boga, oni tam są! Widzicie ich? — spytał. Zbliżali się do niego powoli, bezradni wobec jego bólu.
— Nie wiemy, jak wyglądali. — odparł grabarz. Lekarz płakał.
— Byli tacy śliczni, moja żona i sześcioro dzieci: Anuszka, Elżbieta i czterech chłopców — Mateusz, Łukasz, Jan i Marek, jak czterech ewangelistów. Są tam z pewnością. Boję się spojrzeć, oni tam są na pewno!

Grabarz pochwycił go za ręce.

— Dopóki nie zobaczysz, nie będziesz wiedział. W tych dniach wielu z nas straciło bliskich, ja także pochowałem wszystkich swoich. On też. I tamten. Dlatego tu jesteśmy. Nam się nie śpieszy do życia, wolimy być tu, z rodzinami.

Zrobiło się już zupełnie ciemno, na skraj straszliwej mogiły przyszli ludzie z pochodniami, otoczyli potężnym kołem nieszczęsnego miejskiego lekarza, a choć on, w żarliwości serca wyrzucał ku niebu słowa modlitw tak gorące, że paliły mu skronie, na nic się to zdało. Cała jego siódemka leżała obok siebie na wierzchu ludzkiej pryzmy, tak jakby ich ktoś, może sama śmierć, ułożyła podług wzrostu. Prowadziła ich Marta, skrzywiona w konwulsyjnym bólu, z grymasem uśmiechu na twarzy. Ten uśmiech był straszny. Tomas poczuł, jak uginają się pod nim nogi. Zakręciło mu się w głowie i zemdlał. Grabarze zanieśli go pod mur i ocucili. Kiedy otworzył oczy, oni stali nad nim i rozmawiali, poczuł na sobie ich ciężki oddech.

— To mój koniec — powiedział i znów zapłakał. Gdy ponownie zajrzał w głąb dołu, ujrzał umarłych przysypanych białym wapnem, leżeli pod nim i wyglądali niczym nieszczęsne kukły. Drżącymi usty modlił się za spokój ich dusz, a grabarze narzucali na wapno kolejną warstwę ziemi, biel znikała pod czernią. Kiedy już było dosyć ziemi, z wozu zdjęto nowe trupy. Wrzucano je do wnętrza dołu, jak padlinę. To ostateczne, cmentarne zjednoczenie wszystkich ludzi stało się — takie miał Tomas wrażenie — nowym prawem. Widząc to, był przekonany, że tak już będzie zawsze i skoro jego cała rodzina spoczęła w dole, to i on, i wszyscy inni powinni także tam spocząć. Całe miasto powinno się zapaść pod ziemię. Stary modlitewnik bez otwierania rzucił do wnętrza dołu. — Pomódl się za nich, Boże — powiedział cicho.

Do miasta wracał pieszo, konia prowadził za sobą. Wędrował po ciemnych ulicach. Myślał o swoich najbliższych i łzy lały się po jego policzkach, cały przód koszuli miał mokry od łez. Rozglądał się wokół z nadzieją, że oni przybędą z tamtej strony, aby mu się pokazać, zamachać ręką z oddali. Życie straciło dla niego wszelką wartość. Kiedy przybył do domu, było bardzo późno. Postanowił nic nie mówić służbie o swojej tragedii, był przekonany, że zaraza nie oszczędzi go, zamierzał jej w tym pomóc. Przez całą noc przygotowywał się do poranka, kazał spakować sobie parę ubrań, jedzenie, pieniądze. Służące były przerażone.

— Pan nas opuszcza? — spytały.
— Nie martwcie się, będę niedaleko — powiedział. — Idę pracować do lazaretu. Odwiedzę was.
— Mój Boże! — krzyknęły przerażone.
— No właśnie, mój Boże! — wymamrotał — mój Boże!

Służki złapały go za poły surduta.

— Niech pan tego nie robi! — błagały. — Pani nie pochwaliłaby takiego postępowania, zaklinamy pana na wszystkie świętości! — darły się wniebogłosy.
— Mylicie się, pani byłaby zadowolona — rzekł.

 Gdy usiłowały jeszcze mówić coś jedna przez drugą, gromkim „Koniec!” wstrzymał dalsze dyskusje.

— Taką podjąłem decyzję — powiedział. Rano, skoro świt, wyszedł z domu, letni dzień budził się na wschodzie. „Będzie gorąco” — pomyślał lekarz. „W porze żniw, śmierć żniwuje” — przypomniał sobie strofę wiersza. Kierując się do lazaretu, zajrzał najpierw do sióstr, ale ich nie zastał, potem ruszył poza wały miasta, na plebanię, do brata. Bardzo długo się z nim nie widział. Od czasu, gdy wybuchła zaraza, starał się nie wyruszać na dalsze wycieczki. Nie tyle bał się o siebie, ile o swoich najbliższych. Teraz ich już nie było na świecie. Nie musiał się bać, oni byli trupami, on czuł się trupem. Kilkakrotnie zapukał do drzwi plebanii, obszedł ją wkoło, starając się zajrzeć do środka, zapukał do kościoła, wreszcie zaczepił kogoś z sąsiedztwa.
— Szukam pastora — powiedział. Mężczyzna z czerwoną, nalaną twarzą przyglądał mu się bacznie, paląc fajkę, jak niemal wszyscy teraz.
— Nie ma go, wyjechał. Oni wszyscy pouciekali z miasta, pozostawiając nas na pastwę diabła — zaśmiał się, obnażając żółte zębiska. — Tfu — splunął na ulicę.
— Kiedy wyjechał?— zapytał Tomas.
— Gdzieś na początku czerwca, bardzo wcześnie. Zabrał ze sobą dwa wozy książek do czytania. Pojechał z nimi gdzieś na wyżyny. Tak mówił kościelny. Od tej pory świątynia stoi zamknięta. Mówią u nas — „Pan Bóg się stąd wyprowadził”.

Tomas pochylił głowę. Ten człowiek musiał mówić prawdę, lekarz słyszał z niejednych ust, że pastorowie w tych ciężkich czasach nie świecili dobrym przykładem. Z obawy przed zarażeniem odmawiali odwiedzania chorych w lazarecie, domach zarazy i szpitalach, niektórzy opuścili miasto. „A więc Hans uciekł” — pomyślał. Czy miał jednak prawo go winić, on, który do niedawna lękał się wyjść z własnego domu? Nie żegnając się z nieznajomym, ruszył przed siebie. Przypomniał sobie lekarza, którego poznał przedwczoraj. Postanowił udać się do niego, a nie jak planował wcześniej — do lazaretu. Wiedział, że Szwartz przyjmował na Siedlcach, tam także mieścił się prowizoryczny szpital dla zadżumionych.

Dzień bujnie rozkwitał, słońce grzało coraz mocniej. Siedlce stanowiły przedmieście Gdańska i znajdowały się za wysokimi wałami miejskimi, powietrze było tu lepsze, choć nie tak dobre, jak na przedmieściach zwróconych ku morzu. Rosły tutaj owocowe drzewa, wokół wiele było ogrodów, stąd główna droga, biegnąca w stronę Kartuz, zwana była Nowymi Ogrodami. Lekarz bez trudu trafił na miejsce, każdy potrafił wskazać mu dom dla zadżumionych. Ozdobiony czarnym szyldem z napisem Armen Chirurgus (Chirurg ubogich) nie wyróżniał się niczym szczególnym od tych, które pobudowano tuż obok. W ciasnym korytarzu czekała długa kolejka chorych. Wyglądali strasznie, wielu z nich dręczyła niezwykle wysoka temperatura, ogromne tampony nosili na powiększonych węzłach chłonnych, pod pachami, na szyi. Niektórzy byli tu przynoszeni przez najbliższych, bo nie mogli chodzić, mieli silne bóle w pachwinach, ciała pokryte czerwonymi gruzłami. Potworny smród ropy i potu uderzył w Tomasa. „Oto jestem — pomyślał. — Ktokolwiek tu przybył, niech porzuci wszelką nadzieję” — zacytował Dantego i uśmiechnął się. Chciał umrzeć i oto znalazł się we właściwym miejscu. Posługa chirurgów dla ubogich odbywała się na koszt miasta, obejmowała opiekę szpitalną nad nimi oraz wizyty domowe u chorych z własnego rejonu, leczenie ich i wykonywanie niezbędnych zabiegów. Każdy z chirurgów miał kilka osób do pomocy — gońców, którzy zajmowali się roznoszeniem bezpłatnych leków, pisarza do spisywania chorych i osobę, która robiła opatrunki i przykładała plastry mające doprowadzić do pęknięcia wrzodów. Lekarz Schwartz przyjął Tomasa dość obcesowo, pewny był, że znany medyk przybywa po plastry osobiście tylko po to, aby udowodnić, że ma odwagę pokazać się w takim miejscu. Młody chirurg nie miał szacunku dla utytułowanych kolegów, uważał, że ich wiedza jest niewiele warta, a zachłanność woła o pomstę do nieba. Mało też było budujące ich zachowanie podczas zarazy, żaden bowiem z nich nie zaangażował się w bezpośrednią pomoc bliźnim, chyba że byli to bliźni nadzwyczaj bogaci. Gdy zatem Tomas powiedział mu, że przyszedł tu do pracy i nie chce za to żadnego wynagrodzenia, Szwartz był absolutnie zaskoczony. Nie dał tego jednak poznać po sobie. „Zobaczymy — pomyślał — co z tego wyjdzie”.

Zaczęli od razu. Tego dnia przyjęli sześćdziesięciu pacjentów. Następnego dnia pięćdziesięciu. Pracowali od rana do wieczora. Ryszard, bo tak miał na imię doktor Szwartz, powiedział, że zatrudniał tu dotąd balwierza, ale ten po szczególnie ciężkim tygodniu opuścił go bez pożegnania. Tomas coraz lepiej poznawał potwora zarazy, z pokorą — on, pomysłodawca cudownego specyfiku — uznawał własną wobec niej bezradność. Kogo chciała, pozostawiała przy życiu, pozostali nie mieli najmniejszych szans. Troskliwa opieka, najlepsze lekarstwa i najskuteczniejsze plastry nie zdawały się na nic. Choroba rozwijała się w różnym tempie, jej przebieg czasami był tak gwałtowny, że zarażony umierał po kilkudziesięciu minutach lub wręcz padał na ulicy, jakby doznał ataku apopleksji. Istniała opinia, że każdy, kto przeżył tydzień, najgorsze miał za sobą i mógł liczyć na wyzdrowienie. Zgon jednak zazwyczaj następował po dwóch, trzech dniach. Do czynników sprzyjających popadnięciu w chorobę zaliczano lęk, gniew, strapienie, a więc to wszystko, czego doświadczali mieszkańcy zadżumionego miasta. Za niebezpieczne uważano wilgotne powietrze, a zwłaszcza mgłę, która w tym klimacie pojawiała się nadzwyczaj często. Leki i plastry dla ubogich pobierano z apteki miejskiej, Tomas w towarzystwie jednego pomocnika udawał się tam co dwa, trzy dni. Przy okazji odwiedzał swój dom, Ewę i Małgorzatę.

Choć w mieście szalała zaraza, władze miejskie nie odwołały corocznego Jarmarku Dominikańskiego, otwierał go koncert gdańskich dzwonów i trębaczy. Kuranty zamiast, jak dotąd bywało, grać wesołe melodie, zaśpiewały Odwróć od nas, Panie, Twój gniewNiech będzie Bóg nam miłosierny. Wciąż wierzono, że Stworzyciel, ten dobrotliwy staruszek śpiący na wyżynach nieba, zbudzi się wreszcie i okaże swojemu ludowi łaskę, wybaczy, co zawinił, odpuści jemu grzechy i ocali. Wędrując po opustoszałym mieście, Tomas widział ludzi stojących w ogromnych kolejkach po darmowy chleb, jedyny ratunek przed głodową śmiercią. Z rozdawnictwa korzystało tysiące ubogich: wdowy, sieroty, ułomni, żebracy i kaleki.

Kończyło się lato. W pierwszym tygodniu września umarło ponad dwa tysiące ludzi, nikt już nie nadążał z ich pochówkiem, coraz częściej trupy widziano na ulicach, ludzie przyzwyczajali się do ich obecności. Opowiadano makabryczne historie o złodziejach wdzierających się do domów i zabijających całe rodziny, o szczurach, ogromnych ludojadach, których stada pojawiły się na Starym Przedmieściu. Każdy nowy dzień przynosił podobne sensacje. Tomas robił swoje, praca pozwalała mu zapomnieć o wszystkim, co się wokół działo, a ponieważ miał przekonanie, że już niebawem pożegna ten świat, nie oszczędzał się. Nigdy nie było mu za ciężko, nie dawał też po sobie poznać, że czuje się zmęczony. Obu lekarzy połączyła niebawem prawdziwa przyjaźń, taka, która nie wymaga słów i stałych zapewnień o oddaniu. Mogli na siebie liczyć i darzyli się szacunkiem. Wiele rozmawiali, ale nigdy o swoim prywatnym życiu. Tak miało pozostać do końca. Zmęczeni zasypiali przy lekturze, czasami grali w karty, Ryszard zazwyczaj przegrywał. Pracowali z niezwykłym oddaniem, był tydzień, kiedy przyjęli trzystu czterdziestu pacjentów. Ludzie wokół padali jak muchy, śmierć nie oszczędzała nikogo, pewnego dnia włożyli do cmentarnej landary jednego ze swoich pomocników, w tydzień potem drugiego. W niedzielę organizowali wśród pacjentów wspólną modlitwę, z Pisma Świętego odczytywali fragment, a potem śpiewali psalmy. Przekonywali siebie i cierpiących, że tam, gdzie gromadzą się dwaj lub trzej chrześcijanie, bez wątpienia przebywa sam Zbawiciel. Pod koniec września wszystkie miejskie cmentarze były tak zapełnione, że trupy chowano wszędzie, gdzie tylko było miejsce, mówiło się, że połowa miasta wymarła. Wiele domów było zabitych deskami, rzadko można było zobaczyć na ulicy spacerujących parami ludzi, przemykali się zazwyczaj pojedynczo, stroniąc od murów, z chustkami przytkniętymi do ust, z fajką w zębach. Miasto przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy, gdyby teraz wróg pojawił się u jego bram, mógłby je zagarnąć bez jakiegokolwiek trudu. Złożone chorobą trwało w straszliwej gorączce. We wrześniu 1709 roku nikt jeszcze nie wiedział, czy Gdańsk znajdzie w sobie odpowiednią siłę, aby powstać z martwych. Nadchodząca jesień przyniosła jednak wyraźną ulgę, coraz częściej zdarzało się, że chorzy wracali do zdrowia.

Odmiana przyszła nagle, właściwie z dnia na dzień. W parafialnych rejestrach odnotowywano coraz mniej pogrzebów. — Zaraza odchodzi — mówiono. Nie było jednak tak wielkiej radości, jakiej można by oczekiwać, zbyt wielu ludzi straciło swoich bliskich, aby teraz cieszyć się z własnego ocalenia. Byli w żałobie, nie wyobrażali sobie normalnego życia bez zarazy, stałego zagrożenia, śmierci w tle. Powoli zagospodarowywano pustą przestrzeń, kadzono domy, w których gościła zaraza, zakopywano w ziemi pierzyny, aby wyszła z nich choroba, bielono ściany. Blady dym unosił się z wielu podwórek, palono śmieci, żywice, oleje, używano prochu, aby wyrzucić na zewnątrz ukrywające się w kątach domów złe powietrze. Budowano ogniska ze świerkowych bierwion, a na ich szczycie układano wysuszony koński nawóz. Coraz częściej można było zobaczyć ludzi odrywających deski, którymi zabito drzwi i okna opuszczonych domów, sprzątających obejścia, rozmawiających z sąsiadami na ulicy. Tomas poczuł się trochę niepotrzebny, w szpitalu ubywało pracy, w listopadzie wszyscy byli już zupełnie pewni, że to koniec gehenny. W kościołach pojawili się pastorzy, goście z niebiańskiego świata, wzywali gromko swoich wiernych, aby przybywali do świątyń, bo Bogu trzeba podziękować za ocalenie. Powstało przynajmniej kilka mów, które Cyceron przeczytałby z przyjemnością, po niemiecku, po łacinie i po polsku, tak, aby każdy zrozumiał. Miejscy medycy, grono najwybitniejszych przedstawicieli swojego fachu, znów zaczęli pojawiać się na placach i w Radzie, mieli powód do dumy, w istocie musieli dobrze poznać sekrety zarazy, skoro żaden z nich nie zmarł na tę chorobę. Większość z nich, mimo że żyła w zadżumionym mieście, nie widziała chorego na dżumę. Przeżyli dzięki własnej zapobiegliwości i zarobili tak wiele na swoich przestraszonych zamożnych pacjentach, że chyba nigdy przedtem nie zdarzył się im podobnie dobry rok. Wyglądali na uszczęśliwionych, syci, bogaci, mogli wreszcie bez obaw oddawać się paradowaniu, spodziewali się zaszczytów. Byli pewni, że ich dobra passa potrwa jeszcze parę miesięcy, tłumaczyli sobie, że ludzie przeczekają zimę i wiosną znów zaczną się bać. Choć zaraza nie pojawi się, bo lubi robić sobie długie interregna, to przecież strach ma wielkie oczy. Będzie jeszcze na czym zarabiać — zacierali ręce. Tomas pogardzał nimi. Dopiero teraz, z perspektywy dołu śmierci, widział, kim był dotąd, gdyby mógł, chętnie splunąłby sam sobie w twarz. Dwudziestego piątego listopada pożegnał się z Ryszardem Szwartzem, poczuł, że przyszła jego pora.

— Muszę wracać — powiedział. — Jakoś sobie poradzisz.

Chorych w szpitalu było niewielu, zbliżał się adwent.

W domu przywitały go Ewa i Małgorzata, obie dziewczyny były w dobrym zdrowiu. Rzuciły mu się na szyję, płakały. Uściskał je mocno i serdecznie. Po tym, co przeżył, czuł się bratem każdego człowieka. Powiedziały, że w przeddzień odwiedził je pastor Hans. Nalegał usilnie, aby Tomas, jeżeli tylko pojawi się w domu, spotkał się z nim niezwłocznie.

— Skoro tak — westchnął lekarz — więc ruszam.

Pieszo wędrował przez miasto, wiał przenikliwy wiatr, deszcz zacinał z dziką mocą. Było ciemno, zimno i brzydko. „Kto by pomyślał, że lato może sprowadzać śmierć, a jesień ocalenie” — pomyślał Tomas i rozciągnął to spostrzeżenie na całe ludzkie życie. Czy nie jest bowiem często tak, że cios spada na nas w porze dla nas najprzyjemniejszej, właśnie wtedy, gdy absolutnie się tego nie spodziewamy, gdy wiedzie nam się dobrze, gdy przyzwyczajeni do szczęścia przestajemy nawet dostrzegać, jak szczególnie zostaliśmy obdarowani przez los? Zanim dotarł na plebanię, był zupełnie przemoczony, miał jednak nadzieję, że brat usadzi go w pobliżu rozgrzanego pieca i poczęstuje solidnym kieliszkiem wiśniówki lub kielichem grzanego wina. Cieszył się na ten moment, z bratem czuł się zawsze bardziej związany niż z siostrami, które mało dbały o podtrzymywanie rodzinnych więzi. Zapukał mocno w drzwi plebanii, aby ten, kto znajduje się w ich pobliżu, raczył się pośpieszyć. Usłyszał szybki, kobiecy krok w sieni, a potem roześmiane, dziecięce głosy. Ogarnęło go wielkie wzruszenie, wydawało mu się, że rozpoznaje swoje dzieci. Drzwi otworzyły się szeroko i zobaczył ją, Martę. Zaniemówił. Ona uśmiechała się do niego, wyciągała ręce. — Jesteś — powiedziała — wreszcie! — Za nią stali Anuszka, Elżbieta, Mateusz, Łukasz, Jan i Marek. Tomas rozpostarł ramiona i mocno przytulił żonę do siebie, poczuł jej ciepło. Całowała go, a on nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. To nie mogły być przecież duchy, widział ich tak dobrze, czuł ich oddech, zapach. Ściskał dzieci, a one pociągnęły go do kuchni, przyniosły krzesło z oparciem.

— Usiądź przy piecu, mój mężu. Cały przemokłeś! — powiedziała Marta. — Przyjechaliśmy dopiero wczoraj wieczorem, zatrzymaliśmy się na plebanii, bo nie wiedziałam, czy w samym mieście jest już bezpiecznie. Ktoś powiedział nam, że nie mieszkasz w domu. Podobno zajmowałeś się zadżumionymi w szpitalu dla ubogich. Mój Boże, to prawda? — westchnęła. Patrzył na nią tak, jak katolicy patrzą na obrazy przedstawiające Najświętszą Panienkę, jej uroda promieniała, była żywa, żywa, żywa. Nawet jeśli to tylko sen — pomyślał — to co mi tam, niech się nigdy nie kończy. Niech trwa!
— U nas wszystko dobrze — przyklękła przy nim, chwytając go za dłonie, jego były zimne, jej gorące. — Mieliśmy być w Domatau, ale tam nie było odpowiednich warunków dla dzieci, po miesiącu przenieśliśmy się do Habichtsbergu, to też niedaleko morza, w środku sosnowego lasu. Koniecznie powinniśmy się tam kiedyś wybrać. To piękne okolice, zamieszkują je niezwykle życzliwi ludzie. Tak bardzo się cieszę, że cię widzę, tak bardzo mi ciebie brakowało, ale ty… Ty nie wyglądasz dobrze, jesteś chory? — spytała.
— Nie, skąd. To tylko wzruszenie, nie spodziewałem się was zobaczyć… — poprawił się pośpiesznie — tak szybko. Kiedy Małgorzata powiedziała mi, że był Hans i kazał przyjść na plebanię… — przerwał.

Marta spojrzała na niego dziwnie, przełknęła ślinę.

— To niemożliwe, mój kochany.
— Co jest niemożliwe?— spytał.
— Twój brat nie żyje — odparła.
— Hans nie żyje — powtórzył — Dlaczego o niczym nie wiedziałem?

Marta gładziła go po rękach.

— Zmarł podczas snu, wszyscy myśleli, że wyjechał jak inni, a on leżał tu przez cały czas, znaleźli go dwa tygodnie temu, wyglądał jak żywy. Był jak … — szukała właściwego słowa — zabalsamowany. Trudno w to uwierzyć. Pochowali go w podziemiach kościoła.

Tomas pochylił głowę i patrząc w podłogę, zastanawiał się, kto z nich jest umarły, a kto żywy. Skoro jednak Bóg zwracał mu rodzinę po tych wszystkich doświadczeniach, to czy on miał prawo do zadawania takich pytań? „Czas pokaże” — pomyślał i przytulił się do żony. To, co widział w czeluściach grobu, mogło być tylko zesłanym nań przywidzeniem, rodzajem próby, która miała wykazać, czy zasługuje jeszcze na cokolwiek. Tomas poczuł się jak Hiob, któremu Bóg najpierw zabrał, a potem oddał najbliższych. „Bogu niech będą dzięki” — wyszeptał.

Dżuma w mieście
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz.Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....