Ewangelia daje czadu

Ewangelia daje czadu

Ks. Adam Rogalski stoi na skrzyżowaniu dróg tuż przed wejściem na teren Przystanku Jezus. Jego sutanna jednocześnie rzuca się w oczy i wtapia w tłum różnokolorowych dziwaków. — Przed chwilą dwaj sataniści chcieli sobie ze mną zrobić zdjęcie — opowiada tonem człowieka, którego niewiele jest już w stanie zaskoczyć. — I co? — Chcieli, to dlaczego miałbym odmówić?

Przystanek Woodstock to na trasie kolejowej stacja Żary. Sobota rano, 7 sierpnia. Drugi dzień festiwalu, z pociągu z Poznania wysypuje się kolejna partia „dzieci Owsiaka”. Rozkrzyczani, rozentuzjazmowani — dotarli do swojej oazy wolności.

— Uwaga — młodzież, która przyjechała na przystanek Woodstock — odzywa się skrzeczący głos w megafonie. — Proszę spokojnie przejść tunelem na ulicę, tam policja skieruje was dalej. Na woodstockowiczów to przywitanie działa jak płachta na byka: — K…, jak przy… tej babie! Nie po to człowiek tu przyjechał, żeby mu jakaś p… mówiła, co ma robić!

Credo Woodstocku

Woodstock to przede wszystkim zlot młodzieży z małych miasteczek w jednym z małych miasteczek. Chociaż zarówno scena festiwalu jak i wioska zlotowa, a oprócz tego alternatywne, towarzyszące Woodstockowi propozycje Kościoła katolickiego, ruchu Hare Kryszna, Zielonoświątkowców, Ruchu Przyjaciół Ziemi „Gaja” — usadowiły się na obrzeżach Żar, tysiące młodych rockmanów skutecznie opanowało całe miasteczko. Na ulicach tłum, gitary, trawka i piwo. Jedni śpią, inni — bardziej przedsiębiorczy — zbierają pieniądze na alkohol, większość bawi się w swoim gronie. Punki, hipisi, rastamani, rockersi — obok siebie i bez agresji. Wszyscy żyją trzema wielkimi sprawami: Owsiakiem, polskim rockiem, który „wciąż żyje” i legendarnym, amerykańskim Woodstockiem, o którym wprawdzie większość żarliwych rockmanów ledwie słyszała, ale kojarzy im się z hipisami, błotem i wolnością. Większość czeka na koncert „swojej” kapeli. Niektórzy przyjechali tylko na koncert Maanamu i Voo Voo.

— Po co oni tu są? — zastanawia się ksiądz Andrzej Draguła, jeden z najbardziej zaangażowanych duszpasterzy Przystanku Jezus. — Odnoszę wrażenie, że muzyka to ostatni powód. Przede wszystkim chcą się wyluzować. Taki odlot na wakacje.
— To świetna przygoda — mówią licealiści ze Świebodzina. — Poznaje się ludzi, na koncertach jest wspaniała atmosfera. Wielu jest tu kolejny raz.
— I ostatni — zaznacza długowłosy Cyklon w czarnych lenonkach, który, mimo że permanentnie chłodzi się piwem, wygląda na zmęczonego zarówno wszechobecnym kurzem jak i tłumem dookoła. — Robi się tu spęd hołoty.

Odgrzewany bunt

Ponad 120 tysięcy osób. Cała Polska. Chyba jest trochę prawdy w stwierdzeniu, że na Woodstocku czas się cofa — tyle, że nie do hipisowskich lat sześćdziesiątych. Raczej łapie klimat polskiej rzeczywistości sprzed kilkunastu lat. Stare namioty, mające czasy świetności dawno za sobą, dominują nad nowym sprzętem turystycznym. Śpiwory, kołdry, koce — wszystko służyło jeszcze rodzicom. Wymalowane sprayem trabanty, syreny, fiaty — takiego zestawu gruchotów dawno nie udało się chyba nikomu zebrać w jednym miejscu. Nad zlotowym miasteczkiem flagi z nazwami miejscowości, gdzieniegdzie hasła typu: „Praca dla socjalistycznej Ojczyzny — naszym obowiązkiem i radością”.

Przed jednym z namiotów śpi grupa ludzi. Obok nich rozłożony na kocu pakiet przetrwania: bochenek chleba, konserwa turystyczna (gdzie to można jeszcze zobaczyć?) i butelka wódki.

W nocy — koncerty i zabawa. W dzień — spanie, leczenie kaca i „przepękiwanie” do wieczora. Żary aż duszą się od wygniecionych, zmęczonych twarzy. Bez muzyki i świateł trudno w nich odnaleźć ślady młodości.

— Bawić się też trzeba umieć — bronią Woodstocku Justyna i Karolina. Zdały w tym roku maturę. Justyna jest już studentką zarządzania i marketingu. Pełna kontrola i umiar — obie należą do tych, którzy znają swoje miejsce w szeregu, a Woodstock jest dla nich wakacyjną przygodą. Tacy — wbrew pierwszemu wrażeniu — stanowią całkiem liczną grupę wśród publiczności festiwalu. Większość jednak o życie obija się jak o ściany. Na tę przypadkowość, nijakość dekorowaną subkulturowymi kostiumami i zblazowanie nie wpłynie zapał Owsiaka. Żary to już nie Jarocin w latach osiemdziesiątych. Nie ma przeciwko czemu się buntować. Konsumpcja przecież nie jest w końcu taka zła — to całkiem przyjemne móc wypić piwo na każdym kroku, zrobić sobie od ręki tatuaż, kupić korale i koszulkę z nadrukiem.

Młodzi ludzie z Przystanku Jezus są jednak zgodni co do jednego: Na Woodstocku ewangelizuje się w gruncie rzeczy łatwiej niż na ulicy: — Ci, którzy tu przyjechali, czegoś szukają. Coś ich niepokoi i roznosi. To dobry początek.

Prawda? Do wyboru, do koloru

Owsiak: Ta młodzież to nie byle kto! To uczestnicy Orkiestry! To wielkie serca!

Ksiądz Andrzej: — Oni przyjechali zapomnieć o pytaniach: „Po co żyję? Jaki jest mój cel? Kim jestem?”.

Anka ze Świebodzina: — Nie wierzę w Boga. Ale gdyby księża u nas byli tacy, jak ci tutaj, umieli mówić do nas i bawić się z nami, codziennie biegałabym do Kościoła.

Przystanek Jezus najpierw zdenerwował Owsiaka tym, że Kościół organizuje alternatywny festiwal i podbiera mu ludzi. Ostatecznie stał się jedną z wielu imprez towarzyszących — takim Woodstock off. — Chcemy mówić tym ludziom, że Jezus jest prawdą. Ale trudno przebić się przez tych wszystkich, np. przez krisznowców, którzy uwodzą tę wyjałowioną młodzież. Gotowi są odpowiedzieć na wszystkie pytania i też twierdzą, że znają prawdę — mówi Karolina, studentka z Wrocławia, jedna z ośmiuset ewangelizatorów Przystanku Jezus.

Niedaleko rozbili swój obóz Zielonoświątkowcy. Wokół wielkiego namiotu, w którym śpiewają zespoły chrześcijańskie, krążą grupy wygłodzonych „golasów” albo takich, którzy oszczędzają na trunki. Czekają na darmową zupę, która dogotowuje się w kuchni polowej.

— Żołądek — to jest to, co najczęściej ich do nas przyprowadza — mówią organizatorzy sceny zielonoświątkowej. Wiedzą o tym również na Przystanku Jezus — dzielony przez księży i seminarzystów chleb to nie symbol. To obiad.
— Musimy trzymać się razem. Cel mamy wspólny, tak jak mamy wspólnego Boga — mówią o obecności kościołów chrześcijańskich na Woodstocku Iza i Wiktoria od Zielonoświątkowców. Właśnie wyjaśniają Danielowi, Szczepanowi i Dawidowi biblijny rodowód ich imion. — To niesamowite: trzej przyjaciele i taki zestaw — kręci głową z niedowierzaniem Iza.

Biskup lubi rocka

Kościół katolicki zorganizował w Żarach Przystanek Jezus pod hasłem „Młodzi młodym”. Są wśród nich seminarzyści, księża, uczestnicy ruchu Odnowy w Duchu Świętym i członkowie wszelkich innych formacji katolickich — na Woodstock mogli przyjechać wszyscy, którzy poczuli w sobie ducha apostolskiego i dostali zaświadczenie od księdza, że się nadają.

— Wielu z nas ma tam swoich kolegów — Robert macha ręką w kierunku wioski zlotowej, która z daleka wygląda jak obóz uchodźców z Kosowa. Na scenie Przystanku Jezus kolorowe światła, czadu dają Tymoteusz, Maleo i Joszko — grają na ostro o Chrystusie, a ludzie skaczą, tańczą i nawet ci, którzy są jak najdalej — znajdują dzięki rockowi wspólny język z batmanami, pingwinami i tymi w białych koszulkach z portretem Jezusa z Całunu Turyńskiego. Koncert Tymoteusza zapowiadał biskup pomocniczy diecezji zielonogórsko–gorzowskiej.
— Bóg was kocha — oznajmia Tymoteusz ze sceny.
— A ja mam Go w d… — odkrzykuje ktoś z tłumu.
— On cię kocha i stamtąd.

Czy to nie za daleko? Czy kompromis, na jaki musi zgodzić się Kościół, aby zafunkcjonować i działać w takim miejscu, nie jest zbyt dotkliwy? Czy Bóg sprowadzony do tezy: „On Cię kocha mimo wszystko” — nie jest półprawdą?

— Są takie pytania — przyznaje ks. Andrzej. — Ale bierzemy przykład z Chrystusa. On, aby być czytelnym, zniżał się do sfery profanum. Był zrozumiały. My też musimy mówić takim językiem, który trafi.

W nocy z piątku na sobotę sataniści próbowali przewrócić krzyż wbity przez „tych od Jezusa” w miasteczku zlotowym. Nie udało im się.

W sobotę chłopacy „od Jezusa” znaleźli Pismo Święte zawinięte w pismo pornograficzne.

— Dla dużej części tej młodzieży obecność księży tutaj to prawdziwy szok — twierdzi ks. Andrzej. — To jest największy nasz sukces: obecność. Nie ma alternatywy, niezależnie od tego, jak to z estetycznego punku widzenia wygląda. Gdyby nas tu nie było, to znaczy, że nie mamy tym ludziom nic do powiedzenia. A oni wbrew pozorom nie przychodzą do nas tylko po chleb. I nie tylko na tym polega nasza rola, że znosimy do lazaretu takich, którzy sami już nigdzie by nie doszli. Niektórzy z nich pierwszy raz słyszą, że jako ludzie stanowią jakąś wartość.

Ksiądz Adam leczy swoje wątpliwości spowiedziami: — Codziennie kilka. Ale takie, które będę pamiętał całe życie.

Woodstockowicze o Przystanku Jezus:

— Mi nie przeszkadza — Arek ma nawet w kieszeni Ewangelię, którą dostał od jednej dziewczyny.
— Niech sobie będzie, nawet fajnie grają.
— Wczoraj takie dwie truły mi godzinę o Jezusie. Mówiły, że księża są OK. Bzdury. Ale ten Jezus, którego miały na koszulkach, to jest niesamowity. Z której strony nie stanąć — zawsze na ciebie patrzy.

Ksiądz Andrzej wypracował sobie już nawet własny rytuał pozdrowień: na hasło: „cześć ksiądz” odpowiada po prostu: „cześć człowiek”. Na zaczepne: „szatan, szatan, szatan” — ripostuje: „Jezus, Jezus, Jezus”.

Ewangelia daje czadu
Agnieszka Hyży

– absolwentka prawa UAM.Była dziennikarką "Życia Wielkopolski", współpracowała z tygodnikiem "Wprost"....