Ewangeliczna kultura zmiany

Ewangeliczna kultura zmiany

Nie wiem, jak wyglądają powitania i pożegnania księży na parafiach. Poszedłem do zakonu, ponieważ bałem się losu stryja księdza, którego starość i niedołęstwo przeżywane w samotności i upokorzeniu były dla mnie nie do zniesienia. Stryj bał się domu starców, kochał wolność i przestrzeń. Osaczony przez niezrozumienie umarł w klinice po udanej operacji oka. Wszystko poszło szybko i zgodnie z przewidywaniami, ale postanowiono wykąpać staruszka i otworzyć okno w mroźny zimowy poranek. Wszyscy jakby się umówili. Umarł na zapalenie płuc. Byłem podłamany.

Może dlatego do dziś kurczę się na myśl o losie staruszka. Może dlatego tak bardzo pragnąłem, aby w naszym domu na Jamnej spędzali wakacje starsi ojcowie, by wśród natury i młodzieży mogli nabrać dystansu do swojego wieku i stanu zdrowia.

Cieszę się ogromnie, że ojciec Stanisław, nasz najstarszy, bo dziewięćdziesięcioletni współbrat z Poznania, odważył się przyjechać na Jamną i spędzić wśród młodzieży i studentów kilka tygodni. Podziwiałem w jak naturalny sposób ten dawny duszpasterz akademicki wpisał się w środowisko, jak był ciekawy ludzi i świata. Od razu pomyślałem, że będę się zaprzyjaźniał ze starszymi ojcami i zapraszał ich na Jamną, aby dom był wielopokoleniowy.

W podobny sposób zrodziła się idea rekolekcji dla księży seniorów. Stało się to na Jamnej jesienią 2002 roku podczas rekolekcji dla księży pracujących w duszpasterstwie młodzieżowym. Próbowaliśmy wtedy dzielić się radością bycia kapłanami i duszpasterzami. Pragnęliśmy wydobyć i nazwać motywy bycia radosnymi w naszym powołaniu i posłudze. Raz jeden się zdarzyło, że ktoś z obecnych próbował narzekać na swojego proboszcza, ale żaden z uczestników nie podjął tematu. Nikt nie miał ochoty się osłabiać, więc poszliśmy do przodu w naszych planach i naszych marzeniach.

Trochę się oczywiście obawialiśmy, czy nasze siermiężne warunki nie przestraszą seniorów. Tak się nie stało. Zebrała się dziewięcioosobowa grupka – wystarczy jak na dobry zaczyn. Opowieść każdego z uczestników dotycząca drogi do kapłaństwa, spotkanych ludzi, radości i upokorzeń oraz ostatecznego zwycięstwa wiary, nadziei i miłości była klejnotem. Bogactwo Kościoła objawiło mi się tym razem w sercach tych ludzi…

Starość jest walorem, bogactwem potrzebnym nam wszystkim tak jak młodość. Starzy księżą są skarbem Kościoła. Jeśli przeżyli swoje kapłaństwo w wierności Chrystusowi i Jego ołtarzowi, to z pewnością mają coś do powiedzenia.

Ksiądz Zygmunt urodził się na Wschodzie. Języka polskiego nauczył się, gdy miał 20 lat. O tym, że rodzice znają ten język, dowiedział się w czasie wojny, gdy po polsku rozmawiali z żołnierzem Wermachtu (żołnierz był rodem ze Śląska). Wtedy zreflektował się, że to z powodu bolszewickiego terroru rodzice bali się rozmawiać z własnymi dziećmi w ojczystym języku. Rektor seminarium, do którego się zgłosił, powiedział, że to Chrystus przemienił w nim bolszewika w katolika. Po skończeniu seminarium przyszła pora, aby się udać na pierwszą placówkę. Ksiądz Zygmunt pojechał tam autobusem, zabierając ze sobą kilka pakunków. Kiedy dotarł na miejsce, przy autobusie czekali ministranci w komeżkach, aby zaprowadzić go na plebanię.

Najpierw zaprowadzili go jednak przed kościół, na którego progu zobaczył starego proboszcza w komży i stule opartego o drzwi i trzymającego w ręce pacyfikał, czyli krzyż z relikwiami do ucałowania. Przywitał wikarego i zaprowadził do kościoła przed Najświętszy Sakrament, który wyjął z tabernakulum i pobłogosławił nim młodego księdza.

Ksiądz Zygmunt zapamiętał to powitanie na całe życie. Zapamiętał starego proboszcza, który go przywitał na progu kościoła i błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, któremu miał odtąd służyć.

Podobno jeden z przeorów przywitał przybywającego do klasztoru ojca słowami: – Nie jesteś mi do niczego potrzebny… – tak jakby klasztor był jego własnością. Sam też przypominam sobie swoje wyjazdy z Warszawy i z Krakowa, które odbywały się cichaczem, jakbym wstydził się mającej nastąpić zmiany. Miłym akcentem moich przenosin z Warszawy do Poznania był list napisany przez ojca Stefana do ojca Angelika, że przekazują Poznaniowi swój umiłowany skarb, czyli mnie, i że mają mi tu nie żałować roboty, a od czasu do czasu wypuszczać mnie do Warszawy, abym zanurzał się w kulturze. Ojciec Angelik odpisał, że pracę dla mnie znajdzie, a dopiero po jej wykonaniu będę mógł odwiedzać Warszawę. Poznań jednakże tak mnie dociążył, że na żadne kulturalne wyjazdy nie było szans. Tak też zostało do dziś.

Myślę o kulturze zmiany. Dlaczego zmiany są tak bardzo bolesne? Dlaczego nie mogą być szansą dojrzewania dla obydwu stron? Czy zawsze muszą stwarzać pozory zagrożenia i odepchnięcia? Czuję, że rekolekcje dla kapłanów seniorów na Jamnej będą coraz liczniejsze, ponieważ trzeba pozbierać takie skarby, chociażby jak to powitanie młodego wikarego na progu kościoła, które stało się pieczęcią na całe jego kapłańskie życie. Czy zakon, który miał mnie uchronić przed poniewieraniem na starość, potrafi tego dokonać? Odpowiedź na to pytanie przyniesie przyszłość.

Moja matka mówiła, że tak, jak będziemy się odnosić do starszych, tak i nas kiedyś potraktują. Zapraszam więc na Jamną ojca Stanisława, ojca Walentego i przygarniam ich szczerym sercem. Chcę, aby mieli udział w mej radości. Na starość, nawet jeśli mi inni dadzą kopniaka, to myślę, że ta miłość, którą im ofiarowuję, powinna wystarczyć; że kiedy wyciągnę z portfela pogniecione zdjęcie ojca Stanisława na osiołku, święty Piotr nie będzie miał wątpliwości, że powodowałem się miłością.

Tymczasem Panu Bogu codziennie dziękuję, że duszpasterstwo, które prowadzę, ma potężną lokomotywę w postaci Jamnej i Lednicy, dzięki czemu młodzież i ja sam mamy co robić.

Ewangeliczna kultura zmiany
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...